Fot. Screen Youtube/VaticanNews
Pytania do papieża (II): Gdzie dostrzec Boga, gdy ciemność jest absolutna i nie mamy już sił?
Podczas wczorajszego czuwania na Stadionie Olimpijskim im. Lluísa Companysa w Barcelonie Leon XIV odpowiadał na pytania trojga młodych Katalończyków. Drugie pytanie zadała Carmina, nauczycielka z L'Hospitalet
Ojcze Święty, w świecie, w którym o różnych sprawach mówi się, krzycząc, są takie aspekty życia, które pozostają przemilczane, skrywane ze wstydu – jak depresja, cicha choroba dotykająca wiele osób, młodych i dorosłych, niosąca ze sobą ciemność, osamotnienie i niezmierzony ból. Czasami ten ból jest tak przytłaczający, że myśl o zniknięciu wydaje się jedynym wyjściem. Ja sama przez lata w milczeniu walczyłam, by wyjść z tej choroby, aż pewnej piątkowej nocy przegrałam tę walkę i próbowałam odebrać sobie życie. Jestem tutaj, ponieważ Bóg dał mi drugą szansę, za którą będę Mu wdzięczna na zawsze. Jest jednak wielu innych, którzy nadal zmagają się z tą ciemnością. Dlatego z całego serca pytam: gdzie możemy dostrzec Boga, gdy ciemność jest absolutna i nie mamy już sił? Jak możemy ufać Bogu, kiedy wydaje się, że nic – nawet my sami – nie ma już wartości?
LEON XIV: Przede wszystkim dziękuję ci za to, że dzisiaj podzieliłaś się swoim doświadczeniem cierpienia. Wzrusza mnie to, że potrafisz o nim mówić, że jesteś tutaj pośród nas i że znalazłaś siłę, by przyjąć tę drugą szansę, którą dał ci Pan. Podniosłaś się i na nowo podjęłaś drogę – a to jest wspaniały cud, który widzimy w wielu postaciach Ewangelii: w spotkaniu z Jezusem nawet ten, kto czuje się zagubiony, odzyskuje ufność wobec życia, zostaje uzdrowiony z choroby i może powstać, aby znów żyć.
W swoim pytaniu odniosłaś się najpierw do „cichej choroby”, jaką jest depresja.
Ważne jest, abyśmy uświadomili sobie, że zdrowie psychiczne jest coraz bardziej zagrożone w kontekście społeczeństw, które uważają się za rozwinięte. To znak, że jest coś głęboko błędnego w pewnej wizji rozwoju, która poddaje ludzi presji, oczekiwaniom i napięciom naruszającym podstawową równowagę życia.
Dlatego potrzebny jest system ochrony zdrowia, który wśród swoich priorytetów uwzględni także ten niewidzialny i powszechny rodzaj cierpienia, dotykającego również ludzi młodych.
Przeczytaj również
Twoje słowa pokazały nam jednak także, że ból wystawia na próbę wiarę oraz sens, jaki nadajemy życiu. Dotyczy to wszystkich, nie tylko tych, którzy w pewnym momencie przechodzą przez próbę choroby.
Słuchając cię, myślałem o tych godzinach ciemności, trwogi i bólu, które przeżywał Jezus, gdy zbliżała się godzina Jego śmierci. Ewangelie, opisując momenty Ostatniej Wieczerzy i modlitwy w Getsemani, podkreślają, że zapadał wieczór, że nadchodziła noc; podobnie, gdy mówią o chwili tuż przed Jego śmiercią na krzyżu, przekazują, że „mrok ogarnął całą ziemię”. Rzeczywiście, nie chodzi tylko o osobiste cierpienie: Syn Boży przyjmuje w swoim ciele całą trwogę, samotność i cierpienie ludzkości. W tych mrocznych godzinach, umierając na krzyżu, Jezus dzieli nasze cierpienie i objawia nam oblicze Boga współczującego, który dźwiga nasze boleści, cierpi razem z nami, płacze naszymi łzami i pozostaje u naszego boku ze swoją obecnością pełną miłości i miłosierdzia.
Przejście przez takie doświadczenie jest trudne – po wielokroć świadczy o tym Pismo Święte. Są chwile ciemności i cierpienia, które nasze społeczeństwo każe przemilczać, ponieważ pewne wzorce kulturowe chcą nas widzieć zawsze jako zwycięzców i ludzi doskonałych. Dlatego granica, kruchość i ból mają zostać usunięte, albo skazane na ogłuszające milczenie samotności, a nawet wstydu. W takich chwilach możemy instynktownie pomyśleć, że także Bóg nas opuścił.
Krzyż Jezusa mówi nam jednak, że Bóg nas nie opuszcza; że w chwili bólu i skrajnej samotności On pozostaje ukrzyżowany razem z nami
Że On przyjmuje nie tylko nasze łzy, lecz także krzyk naszego cierpienia, którego inni nie słyszą – krzyk, który Jezus uczynił swoim na krzyżu, mówiąc: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”.
Istnieje Katecheza o ostatnich godzinach Jezusa, w której Benedykt XVI mówi, że Jego cierpienie staje się modlitwą i krzykiem, i że odnosi się to także do nas: w obliczu sytuacji najtrudniejszych i najbardziej bolesnych, kiedy Bóg wydaje się nieobecny, powinniśmy raz jeszcze powierzyć Mu ciężary, które nosimy w sercu – nawet krzycząc do Niego, nawet protestując jak Hiob – pewni, że w jakiś sposób On staje się obecny i jest blisko, także wtedy, gdy pozornie milczy. Myślę jednak, że nie możemy czynić tego sami.
W godzinach bólu, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe, powinniśmy otworzyć się przed kimś, kto pomoże nam wypowiedzieć prostą modlitwę, kto będzie nam dyskretnie towarzyszył, bez pośpiechu, by wyjaśniać nam ten ból, kto weźmie nas za rękę i wyprowadzi z tego krzyku
Te doświadczenia niosą przesłanie także dla nas, wierzących, dla całego Kościoła: nie powinniśmy nadawać cierpieniu łatwych, duchowych wyjaśnień, sprowadzając je powierzchownie do „woli Boga” albo do jakiegoś Jego tajemniczego planu, ponieważ groziłoby to pomniejszeniem tego cierpienia, uciszeniem go i zranieniem osób. Bóg nie chce cierpienia; niesie je razem z nami i zaprasza nas, byśmy wytrwale Mu ufali. Pamiętajmy o tym, co mówił Papież Franciszek: z Bogiem życie zawsze się odradza.
ml/stacja7.pl, KAI










