video-jav.net
OPINIE

Śmierć na życzenie

Tak. To jest możliwe. Dzieje się na naszych oczach. 104-letni biolog z Australii David Goodall poprosił o śmierć… i ją dostał. Umierał w specjalnie wynajętym pokoju, w jednej ze szwajcarskich klinik, słuchając “Ody do radości” - hymnu Unii Europejskiej

Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zwyczajne proste meble, nie wyglądają na specjalnie drogie, przeciwnie. Żółte ściany i jasna wykładzina, mają dawać poczucie ciepła, a storczyki na półce i na parapecie poczucie domu. W takich przytulnych pokojach, nie większych niż 20 metrów kwadratowych, w kilkuset klinikach w Szwajcarii, starsi, bogaci ludzie z całego świata  (Australia, USA, Ameryka Południowa, Europa ) proszą o śmierć i… ją dostają. Nie, nie proszą – kupują sobie śmierć.

Mniej więcej wygląda to tak, jak zobaczyliśmy w telewizyjnych przekazach z Bazylei w piątek 10 maja. Dowiedzieliśmy się w jakim pokoju, w jakim łóżku, w jakiej pościeli (tak na marginesie – najtańszej, z “kory”) umierał 104-letni biolog z Australii David Goodall. Wiemy też, że chciał umierać słuchając “Ody  do radości” z IX symfonii Beethovena. Zresztą “Odę” do słów poematu Fryderyka Schillera David Goodall śpiewał – i to nie fałszując – dzień wcześniej. To też pokazały telewizyjne kamery. Dlaczego nie?

W ostatnich dniach przed śmiercią 104-latek ubierał się w czarną bluzę z napisem “AGENING DISGRACEFULLY” – co można przetłumaczyć jako: “starzenie się jest pozbawione godności”. A może nawet należałoby to tłumaczyć: “starzenie jest haniebne, niewdzięczne”.

Goodall nie lubił starości i mówił o niej jako o głównej przyczynie swojej decyzji o śmierci na życzenie. “Oda do radości” to hymn Unii Europejskiej, może Goodalowi chodziło o to, że właśnie tu w Europie, a nie u siebie w Australii mógł skorzystać z eutanazji. Może “Oda” była hołdem złożonym staremu kontynentowi, a może Beethovenowi? Na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej w klinice, w której poprosił o eutanazję, żaden z dziennikarzy nie zadał pytania o Beethovena, pytano dość banalnie – banalnie w tej sytuacji – o zdrowie i samopoczucie.

Goodall mówił, że czuje się świetnie, i że jest szczęśliwy. Mówił też, że jego przypadek może być szansą dla jego rodaków z Australii na przyspieszenie i zmianę procedur eutanazyjnych obowiązujących na tym kontynencie. Goodall chciał, by eutanazja w Australii była dla każdego a nie dla śmiertelnie chorych.

Mówił też, że każdy chce mieć wybór kiedy zechce umrzeć. Skąd to wie? O to też dziennikarze nie zapytali. Do tego co już wiemy o tej eutanazji dorzucono nam jeszcze kilka szczegółów jak to, że przed śmiercią profesor zjadł ukochane danie większości Brytyjczyków, Australijczyków i swoje –  rybę z frytkami. Później poprosił o sernik.

Na kilka godzin przed zastrzykiem – zgodnie z procedurą – lekarz objaśnił Goodalowi zasady, dał mu instrukcję obsługi strzykawki. Goodall zmarł tuż po tym, gdy wybrzmiała IX symfonia. Sam odblokował w kroplówce przepływ trucizny albo jak mówi się w tej klinice – mieszanki leków eutanazyjnych, co – podobnie jak wcześniej zestaw do eutanazji – pozwolono filmować.

Tyle. Zwykła relacja reporterska. Tak to wygląda.

 

 dailymail.co.uk

 

Eutanazja jest prosta. W Szwajcarii, w Holandii, Luksemburgi i Belgii – dozwolona jest nawet niedobrowolna. W Szwajcarii kosztuje 7 tysięcy franków, czyli jakieś 25 tysięcy złotych. Bez trudu w internecie można znaleźć oferty. Podróżując zresztą po szwajcarskich miasteczkach bez trudu spotyka takie kliniki niemal na każdym rogu, mniej więcej jak w Polsce apteki. Od kliknięcia na stronie internetowej zaczyna się wszystko i trwa  tyle, ile zajmuje bankowy przelew.

Zdaniem ks. prof. Piotra Mazurkiewicza z UKSW, wybitnego politologa, byłego szefa COMCE, który wiele lat spędził w Brukseli, ten kraj to jest taki raj dla firm, które dokonują eutanazji. Stało się to tam już czymś w rodzaju bardzo dochodowej (rzecz jasna) turystyki. Od czasu do czasu dowiadujemy się również o wszelkiego rodzaju nadużyciach w stosunku do tych norm prawnych, które obowiązują. Pierwsze wrażenie jest takie, że jeżeli eutanazja jest legalna, to jest to jakiś rodzaj – w cudzysłowie – ucywilizowania tego procesu. Mamy jednak bardzo wiele świadectw pokazujących, że to jest proces, którego ucywilizować się nie da.

Doktor Kazimierz Szałata, etyk z Uniwersytet Kard. S. Wyszyńskiego poproszony przeze mnie o komentarz mówi krótko: “myśmy się pogubili, my nie wiemy co jest dla nas ważne. W Afryce wszyscy wiedzą, że najważniejsze jest życie. Chętnie pokazałbym pani zdjęcia ludzi bez rąk, bez nóg, bez oczu. Te niesamowicie uśmiechnięte gęby ludzi, którzy cieszą się że żyją, tego nie zobaczymy w Europie. To straciliśmy”.

Przypominam sobie, jak kiedyś Nikola Bute powiedział mi: “słuchaj, kiedy byłem przewodniczącym chrześcijańskiej demokracji w Szwajcarii, odwiedzałem domy spokojnej starości dla najbogatszych ludzi z całego świata. Ludzie mieli tam wszystko o czym można pomyśleć, a nawet rzeczy, które przerastają naszą wyobraźnię, ale nikt z nich nie dożywa końca, wszystko kończy się eutanazją”. Doktor Szałata opowiadał mi także o tym, jak kiedyś wizytował umieralnie Matki Teresy w Kalkucie, gdzie ludzie nie mieli lekarstw, nie mieli jedzenia, strasznie cierpieli, ale nikt nigdy nie prosił o skrócenie tych cierpień, bo ci ludzie mieli na szczęście mieć obok siebie oddane siostry Matki Teresy.

Powstaje pytanie: dlaczego?

Goodall powiedział, że ma dość, nie może już sam korzystać ze środków komunikacji publicznej, przestaje być samodzielny i nie ma ochoty być dłużej na tym świecie.

Dlaczego więc – pytam o to ks. prof Mazurkiewicza i dostaję odpowiedź: “musimy się z tym liczyć, że brak szacunku dla ludzkiego życia, także w formie legalizacji eutanazji, ściśle związany jest z zanikiem wiary religijnej i dechrystianizacją Europy, to jest dość zrozumiałe dlatego, że jeżeli patrzymy na to z punktu widzenia człowieka niewierzącego, to z jednej strony nic w jego przekonaniu nie czeka na nas po śmierci, więc jeśli nic dobrego go już nie spotka w dalszej fazie życia, to nie ma poczucia sensowności tego etapu. Z drugiej strony niewierzący jest przekonany, że on sam ma prawo o wszystkim decydować!”.

Jak patrzeć na eutanazję? A może trzeba na nią spojrzeć od tej strony, że ten zasadniczy spór, który się toczy dotyczy tego, kto ustala granice? Kto decyduje? Czy to jest tak, że o wszystkim może decydować społeczeństwo? Czy parlamenty? Czy indywidualny człowiek? Czy może jest jednak tak, że jest jakiś zbiór norm, który możemy nazwać warunkami ramowymi, wewnątrz których możemy decydować, ale nie wolno nam tych zewnętrznych granic przesuwać?

Małgorzata Ziętkiewicz

Małgorzata Ziętkiewicz

Dziennikarka programów Wydarzenia TV Polsat oraz "Wysokie C" w Polsat News i Polsat News 2

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Bioetyk o sprawie Alfiego

Sąd apelacyjny w Londynie odrzucił 16 kwietnia prośbę rodziców Alfiego Evansa o zgodę na przewóz go do kliniki w Rzymie, argumentując, że "to byłoby bezcelowe". - Niewłaściwe jest w tej sprawie to, że ostateczne decyzje podejmuje sąd, a nie rodzice - uważa ks. dr hab Piotr Kieniewicz, teolog moralista i bioetyk, którego poprosiliśmy o opinię.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ks. Kieniewicz zauważa, że w tego typu sprawach zaangażowane są zwykle wielkie emocje, zarówno po stronie rodziców, jak i innych ludzi obserwujących wydarzenia. Najczęściej jednak opierane są one na niepełnych informacjach na temat rzeczywistego stanu chłopca, stosowanej terapii i rzeczywistych możliwości, jakie ma współczesna medycyna.

Dlatego, zdaniem ks. Kieniewicza, nie można na ich podstawie wydawać kategorycznych ocen moralnych czy bioetycznych, zwłaszcza w sprawie tego, czy terapia jest już uporczywa, czy nie.

– O uporczywej czy “zaciekłej” terapii mówimy wtedy, gdy wysiłki lekarzy i cierpienia pacjenta są nieproporcjonalne do możliwych do osiągnięcia czy zakładanych efektów . Podtrzymywanie chorego przy życiu zdaje się wówczas służyć jedynie wydłużeniu czasu oczekiwania na śmierć – powiedział. – Aby ocenić taką sytuację należałoby najpierw wiedzieć dokładnie, czy ten dodatkowy czas rzeczywiście jest potrzebny (komu i na co?), czy nie. Należałoby odpowiedzieć na liczne pytania: W imię czego rodzice chcą przedłużać życie dziecka w ten sposób? Co takiego – z medycznego punktu widzenia – oferuje Rzym, a czego nie są w stanie zaoferować lekarze w Wielkiej Brytanii? A może chodzi o to, że Rzym po prostu oferuje szacunek temu dziecku i jego rodzicom, co nie jest bez znaczenia. Trudno to rozstrzygnąć wyłącznie na podstawie doniesień medialnych – zauważa ks. Kieniewicz.

Przypomina również, że tu stronami nie są ani rodzice, ani sąd, lecz pacjent – czyli to chore dziecko. Podmiotowość pacjenta daje mu prawo ostatecznego głosu w sprawie poddania się terapii lub rezygnacji z niej. Gdy nie może się wypowiedzieć, głos należy do jego prawnych przedstawicieli, czyli w tym wypadku do rodziców. Rodzice zatem powinni występować w jego, a nie swoim imieniu, troszcząc się o prawdziwe dobro swojego dziecka. Dlatego niewłaściwe jest to, że sąd uzurpuje sobie prawo do podejmowania decyzji o terapii lub jej zaprzestaniu, jednocześnie odmawiając rodzicom – legalnym przedstawicielom dziecka – prawa do przetransportowania go do innego ośrodka, lepiej ich zdaniem troszczącego się o chorego – podsumowuje ks. Kieniewicz.

16 kwietnia sąd apelacyjny w Londynie kolejny raz zajmował się sprawą Alfiego Evansa z Liverpoolu. Podtrzymał wyroki poprzednich instancji oraz odrzucił prośbę rodziców o zgodę na przewóz chłopca do kliniki Dzieciątka Jezus w Rzymie, która jest gotowa przejąć opiekę nad nim.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >