кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными
OPINIE

Śmierć na życzenie

Tak. To jest możliwe. Dzieje się na naszych oczach. 104-letni biolog z Australii David Goodall poprosił o śmierć… i ją dostał. Umierał w specjalnie wynajętym pokoju, w jednej ze szwajcarskich klinik, słuchając “Ody do radości” - hymnu Unii Europejskiej

Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zwyczajne proste meble, nie wyglądają na specjalnie drogie, przeciwnie. Żółte ściany i jasna wykładzina, mają dawać poczucie ciepła, a storczyki na półce i na parapecie poczucie domu. W takich przytulnych pokojach, nie większych niż 20 metrów kwadratowych, w kilkuset klinikach w Szwajcarii, starsi, bogaci ludzie z całego świata  (Australia, USA, Ameryka Południowa, Europa ) proszą o śmierć i… ją dostają. Nie, nie proszą – kupują sobie śmierć.

Mniej więcej wygląda to tak, jak zobaczyliśmy w telewizyjnych przekazach z Bazylei w piątek 10 maja. Dowiedzieliśmy się w jakim pokoju, w jakim łóżku, w jakiej pościeli (tak na marginesie – najtańszej, z “kory”) umierał 104-letni biolog z Australii David Goodall. Wiemy też, że chciał umierać słuchając “Ody  do radości” z IX symfonii Beethovena. Zresztą “Odę” do słów poematu Fryderyka Schillera David Goodall śpiewał – i to nie fałszując – dzień wcześniej. To też pokazały telewizyjne kamery. Dlaczego nie?

W ostatnich dniach przed śmiercią 104-latek ubierał się w czarną bluzę z napisem “AGENING DISGRACEFULLY” – co można przetłumaczyć jako: “starzenie się jest pozbawione godności”. A może nawet należałoby to tłumaczyć: “starzenie jest haniebne, niewdzięczne”.

Goodall nie lubił starości i mówił o niej jako o głównej przyczynie swojej decyzji o śmierci na życzenie. “Oda do radości” to hymn Unii Europejskiej, może Goodalowi chodziło o to, że właśnie tu w Europie, a nie u siebie w Australii mógł skorzystać z eutanazji. Może “Oda” była hołdem złożonym staremu kontynentowi, a może Beethovenowi? Na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej w klinice, w której poprosił o eutanazję, żaden z dziennikarzy nie zadał pytania o Beethovena, pytano dość banalnie – banalnie w tej sytuacji – o zdrowie i samopoczucie.

Goodall mówił, że czuje się świetnie, i że jest szczęśliwy. Mówił też, że jego przypadek może być szansą dla jego rodaków z Australii na przyspieszenie i zmianę procedur eutanazyjnych obowiązujących na tym kontynencie. Goodall chciał, by eutanazja w Australii była dla każdego a nie dla śmiertelnie chorych.

Mówił też, że każdy chce mieć wybór kiedy zechce umrzeć. Skąd to wie? O to też dziennikarze nie zapytali. Do tego co już wiemy o tej eutanazji dorzucono nam jeszcze kilka szczegółów jak to, że przed śmiercią profesor zjadł ukochane danie większości Brytyjczyków, Australijczyków i swoje –  rybę z frytkami. Później poprosił o sernik.

Na kilka godzin przed zastrzykiem – zgodnie z procedurą – lekarz objaśnił Goodalowi zasady, dał mu instrukcję obsługi strzykawki. Goodall zmarł tuż po tym, gdy wybrzmiała IX symfonia. Sam odblokował w kroplówce przepływ trucizny albo jak mówi się w tej klinice – mieszanki leków eutanazyjnych, co – podobnie jak wcześniej zestaw do eutanazji – pozwolono filmować.

Tyle. Zwykła relacja reporterska. Tak to wygląda.

 

 dailymail.co.uk

 

Eutanazja jest prosta. W Szwajcarii, w Holandii, Luksemburgi i Belgii – dozwolona jest nawet niedobrowolna. W Szwajcarii kosztuje 7 tysięcy franków, czyli jakieś 25 tysięcy złotych. Bez trudu w internecie można znaleźć oferty. Podróżując zresztą po szwajcarskich miasteczkach bez trudu spotyka takie kliniki niemal na każdym rogu, mniej więcej jak w Polsce apteki. Od kliknięcia na stronie internetowej zaczyna się wszystko i trwa  tyle, ile zajmuje bankowy przelew.

Zdaniem ks. prof. Piotra Mazurkiewicza z UKSW, wybitnego politologa, byłego szefa COMCE, który wiele lat spędził w Brukseli, ten kraj to jest taki raj dla firm, które dokonują eutanazji. Stało się to tam już czymś w rodzaju bardzo dochodowej (rzecz jasna) turystyki. Od czasu do czasu dowiadujemy się również o wszelkiego rodzaju nadużyciach w stosunku do tych norm prawnych, które obowiązują. Pierwsze wrażenie jest takie, że jeżeli eutanazja jest legalna, to jest to jakiś rodzaj – w cudzysłowie – ucywilizowania tego procesu. Mamy jednak bardzo wiele świadectw pokazujących, że to jest proces, którego ucywilizować się nie da.

Doktor Kazimierz Szałata, etyk z Uniwersytet Kard. S. Wyszyńskiego poproszony przeze mnie o komentarz mówi krótko: “myśmy się pogubili, my nie wiemy co jest dla nas ważne. W Afryce wszyscy wiedzą, że najważniejsze jest życie. Chętnie pokazałbym pani zdjęcia ludzi bez rąk, bez nóg, bez oczu. Te niesamowicie uśmiechnięte gęby ludzi, którzy cieszą się że żyją, tego nie zobaczymy w Europie. To straciliśmy”.

Przypominam sobie, jak kiedyś Nikola Bute powiedział mi: “słuchaj, kiedy byłem przewodniczącym chrześcijańskiej demokracji w Szwajcarii, odwiedzałem domy spokojnej starości dla najbogatszych ludzi z całego świata. Ludzie mieli tam wszystko o czym można pomyśleć, a nawet rzeczy, które przerastają naszą wyobraźnię, ale nikt z nich nie dożywa końca, wszystko kończy się eutanazją”. Doktor Szałata opowiadał mi także o tym, jak kiedyś wizytował umieralnie Matki Teresy w Kalkucie, gdzie ludzie nie mieli lekarstw, nie mieli jedzenia, strasznie cierpieli, ale nikt nigdy nie prosił o skrócenie tych cierpień, bo ci ludzie mieli na szczęście mieć obok siebie oddane siostry Matki Teresy.

Powstaje pytanie: dlaczego?

Goodall powiedział, że ma dość, nie może już sam korzystać ze środków komunikacji publicznej, przestaje być samodzielny i nie ma ochoty być dłużej na tym świecie.

Dlaczego więc – pytam o to ks. prof Mazurkiewicza i dostaję odpowiedź: “musimy się z tym liczyć, że brak szacunku dla ludzkiego życia, także w formie legalizacji eutanazji, ściśle związany jest z zanikiem wiary religijnej i dechrystianizacją Europy, to jest dość zrozumiałe dlatego, że jeżeli patrzymy na to z punktu widzenia człowieka niewierzącego, to z jednej strony nic w jego przekonaniu nie czeka na nas po śmierci, więc jeśli nic dobrego go już nie spotka w dalszej fazie życia, to nie ma poczucia sensowności tego etapu. Z drugiej strony niewierzący jest przekonany, że on sam ma prawo o wszystkim decydować!”.

Jak patrzeć na eutanazję? A może trzeba na nią spojrzeć od tej strony, że ten zasadniczy spór, który się toczy dotyczy tego, kto ustala granice? Kto decyduje? Czy to jest tak, że o wszystkim może decydować społeczeństwo? Czy parlamenty? Czy indywidualny człowiek? Czy może jest jednak tak, że jest jakiś zbiór norm, który możemy nazwać warunkami ramowymi, wewnątrz których możemy decydować, ale nie wolno nam tych zewnętrznych granic przesuwać?


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Małgorzata Ziętkiewicz

Małgorzata Ziętkiewicz

Dziennikarka programów Wydarzenia TV Polsat oraz "Wysokie C" w Polsat News i Polsat News 2

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Jedność mimo różnic

Gdyby przyjrzeć się postulatom i wartościom, do których odnoszą się różne grupy społeczne w naszym kraju, można zauważyć, że właściwie walczą o to samo. Czy jest jeszcze możliwa jedność wśród Polaków?

ks. Marcin Dabrowski
ks. Marcin
Dąbrowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Warszawa, uroczystość Bożego Ciała. Na ulicach procesje eucharystyczne. Jedna z nich przechodzi koło kawiarni, której klienci z powodu ładnej pogody siedzą na zewnątrz, pijąc piwo i paląc papierosy. Na widok procesji nie reagują w żaden sposób. Na szczęście – myślą sobie – w tym kraju prawo nie nakazuje uczestniczenia w procesji, więc można spokojnie dalej siedzieć, rozmawiać, jeść i pić. Tymczasem niektórzy uczestnicy procesji, szczególnie starsi, są zszokowani taką postawą tych młodych ludzi; nie tylko tym, że wybrali kawiarnię zamiast procesji, ale także tym, że nie wykazali żadnego zainteresowania i szacunku dla tak ważnego religijnego wydarzenia.

To nie jest fikcja ani wizja przyszłości. W dużych polskich miastach takie sytuacje występują często. Rok temu zostało to pokazane na zdjęciu fotografa „Gościa Niedzielnego” Jakuba Szymczuka. Zostało ono zrobione na warszawskim Placu Zbawiciela. Świadczy to o przemianach społeczno-kulturowych, jakie zaszły w polskim społeczeństwie w ciągu ostatnich 25 lat. Dziś w Polsce, podobnie jak w innych krajach Europy Zachodniej, mamy pluralizm światopoglądowy (25 lat to wystarczający okres, by to się stało – w końcu to przynajmniej jedno pokolenie). Jak należy ocenić te zmiany? Czy opisana – przypadkowa, pokojowa – „konfrontacja” religii ze świeckością, jest czymś normalnym, a może nawet jak najbardziej pożądanym w każdym społeczeństwie?

 

szymczuk_boze cialo

fot. Jakub Szymczuk/Foto Gość

 

Zderzenie światopoglądów

Zgodnie z zasadą pluralizmu Polacy mają dziś różne światopoglądy na konkretne tematy. Każdy może myśleć, co chce i może wierzyć, w co chce, byleby przestrzegał prawa. Jest to normalne w demokracji. Brakuje tego w systemach totalitarnych, w których narzucona jest jedna wizja świata, a ci, którzy się jej sprzeciwiają, muszą się liczyć z sankcjami. Pluralizm poglądów można dostrzec zarówno w skali mikro – podczas prywatnych rozmów w gronie rodzinnym, przyjaciół, środowiska pracy – oraz w skali makro, gdy powstają mniej lub bardziej formalne grupy, które dążą do różnych celów i opowiadają się za konkretnymi rozwiązaniami prawnymi. Niektóre z nich pokazują swoje istnienie oraz swoje postulaty przez manifestacje uliczne.

W czasach komunizmu opinie o kształcie życia społecznego były tylko dwie. Łatwo było rozpoznać, którą opcję kto reprezentuje, gdyż przebiegały one zgodnie z podziałem społeczeństwa na dwie grupy: członków partii komunistycznej i resztę społeczeństwa. Partia komunistyczna znajdowała się w mniejszości, ale miała władzę, natomiast reszta obywateli, choć była zdecydowaną większością, nie miała prawa głosu. Ponieważ posiadający władzę często byli uważani za obcy wpływ, to społeczeństwo było zjednoczone przeciwko wspólnemu wrogowi. Wizja świata, którą Polacy akceptowali, była z reguły jedna: chodziło im o wolność przekonań i religii, o prawo traktujące wszystkich równo, o możliwość wpływania na kształt życia społecznego oraz zakładania grup i stowarzyszeń. Dlatego na ulicach mogła być faktycznie, choć wbrew prawu, tylko jedna manifestacja – przeciwko władzy, a za wolnością.

We współczesnej Polsce mamy całkowicie inną sytuację. Wiele różnych grup manifestuje swoje poglądy. I choć jest to normalne i nieuniknione w nowoczesnych, demokratycznych społeczeństwach, to pytanie brzmi: czy jest możliwe, aby pomimo wolności przekonań i wielości grup, które są tych przekonań emanacją, społeczeństwa takie zachowały jedność właśnie dlatego, że są jednym narodem? Pytanie to stawiam przede wszystkim w kontekście polskim, który w wielu punktach różni się od kontekstu państw zachodniej Europy.

 

city-people-walking-blur

 

Za dużo demokracji

Wydaje mi się, że głównym powodem braku jedności w polskim społeczeństwie jest złe rozumienie, a wręcz nadużywanie pojęcia demokracji. Demokracja to przede wszystkim procedury. To prawda, że u jej fundamentów znajduje się filozofia wolności i pluralizmu, ale to nie znaczy, że takie założenia automatycznie likwidują wszelkie aktualne bądź potencjalne problemy. Do demokracji trzeba mieć odpowiednie przygotowanie. Żeby była wartością dla społeczeństwa, by je integrowała, obywatele muszą spełnić określone warunki. Maciej Zięba, dominikanin, podaje pięć takich warunków, które mają charakter przed-demokratyczny.

Pierwszym z nich jest przekonanie o równości uczestników demokratycznej większości. Godność ludzka, która stoi u podstaw równości wszystkich ludzi, jest fundamentem budowania demokratycznego społeczeństwa. Drugi warunek opiera się na przekonaniu, że człowiek jest  w stanie poznawać prawdę, rozumnie na nią reagować i wyciągać z niej wnioski dla siebie i dla życia społecznego. Istnieje tutaj głęboki optymizm, że człowiek potrafi zachowywać się racjonalnie i podejmować racjonalne decyzje. Trzeci warunek mówi o tym, że człowiek potrafi odróżnić dobro od zła i w konsekwencji wybrać dobro, a przynajmniej, że jest do tego zdolna zdecydowana większość i na pewno w kwestiach podstawowych. Wybór dobra nie wynika jednak z obawy przed karą, lecz z wewnętrznego przekonania.

Czwarty warunek zakłada istnienie w społeczeństwie dobra wspólnego, do którego dążą członkowie danego państwa. Dobro wspólne rozumie się tu jako wspólny horyzont dążeń ku obiektywnemu dobru, który umożliwia debatę między obywatelami i politykami na temat środków do jego realizacji. Istotą jest tu przekonanie, że takie dobro wspólne istnieje, a polityka nie ogranicza się wyłącznie do sztuki konstruowania większości. Piąty warunek to poszanowanie praw mniejszości. Jest to obrona przeciwko absolutyzowaniu decyzji większości. U podstaw tego założenia stoi przyjęcie przez ustrój demokratyczny – ale nie za pomocą decyzji większości – pewnych  niezmiennych prawd, dotyczących wszystkich. Prawdy te nie mogą być zmienione nawet wtedy, gdyby chciała tego większość.

 

not-1088697_1920

 

Jedność w różnorodności

Jeśli po jednej stronie znajduje się totalitaryzm, który wszystko ujednolica – nie  dając możliwości wyboru oraz własnej inicjatywy – to po drugiej stronie znajduje się anarchia, w której człowiek, żyjąc wśród innych, chce żyć tylko dla siebie; w niej konflikt jest nieustanny, czasem prowadzi nawet do przemocy, by za wszelką cenę osiągnąć indywidualne cele. Demokracji grozi zarówno jedno i drugie, jednak może się ona znaleźć także pomiędzy nimi – na zasadzie „złotego środka” – pod warunkiem, że będzie towarzyszyć jej koncepcja zwana „jednością w różnorodności”.

Koncepcja ta zakłada, że musi istnieć jakieś minimum, które łączy społeczność, natomiast pozostałe dziedziny życia są pozostawione indywidualnej decyzji mniejszych grup lub jednostek. Sprawy znajdujące się poza wspomnianym minimum są otwarte na spór i na ciągłą konfrontację. Procedury demokratyczne mają być środkiem do zachowania równowagi i pokoju pośród tego, co nie może zostać ujednolicone. Aktualny problem podziału społeczeństwa polskiego bierze się stąd, że demokracja jako ustrój polityczny stała się celem samym w sobie.

Demokracja jako ustrój jest pusta, trzeba ją wypełnić wartościami, których ona sama nie jest w stanie zagwarantować.

Koncepcja „jedności w różnorodności” najlepiej odpowiada naturze człowieka, ponieważ z jednej strony chroni jego wolność w decydowaniu o sobie – tutaj zachowana zostaje różnorodność czy po prostu odmienność od innych, przeciwko uniformizmowi – a z drugiej strony pokazuje, że człowiek nie żyje sam, lecz zawsze nakierowany jest na społeczność, o której dobro też musi zabiegać – tu z kolei zachowana jest zasada jedności, przeciwko egoizmowi i zbyt dużemu indywidualizmowi. Każda większa społeczność musi trzymać się tej zasady, jeśli chce szanować godność osoby ludzkiej. Dotyczy to zarówno państwa, jak i Kościoła. Demokratyczne państwa muszą ciągle dokładać starań, by zachować w swoich społeczeństwach jedność, która zawsze w demokracji jest zagrożona przez nadmierną różnorodność, Kościół z kolei musi robić wszystko, by w imię monarchicznego stylu sprawowania władzy, który rzekomo ma chronić jedność, nie zaniechać uprawnionej różnorodności Kościołów lokalnych i poszczególnych wspólnot.

 

Startup Stock Photos

 

Przeszkody natury duchowej

Współcześnie można zaobserwować pewne fakty natury kulturowo-duchowej, które utrudniają fundamentalne porozumienie całego społeczeństwa, co do minimalnych zasad wspólnego życia. Pierwszym z nich jest zabawa językiem i słowami. Generalnie chodzi im o szeroko rozumianą wolność. Dziś nie może być partii politycznej, która nie miałaby tego hasła w swoim programie. Chodzi o wolność poglądów, o wolność kształtu małżeństwa i rodziny, wolność kobiet, wolność gospodarczą, wolność sumienia i religii. Gdyby się przyjrzeć postulatom i wartościom, do których odnoszą się różne grupy społeczne, to da się zauważyć, że właściwie walczą o to samo.

Od strony nominalnej chodzi o to samo. Problem polega na tym, że zmienia się treść poszczególnych słów, a zatem ich znaczenie, gdyż to samo słowo zawiera różne treści, w zależności od tego, która grupa je przywłaszcza. Jeśli jedna grupa walczy o jedną wartość, a druga grupa walczy o inną, która jest sprzeczna z wartością tej pierwszej, konflikt jest wyraźny i można się łatwo ustosunkować i opowiedzieć po jednej stronie. Natomiast, jeśli jedna grupa walczy o jedną wartość, a druga walczy o tę samą wartość, tylko inaczej rozumianą, to konflikt już nie jest tak wyraźny i bierny obserwator nie może się w tym wszystkim odnaleźć. Słowa straciły swoje pierwotne znaczenie, można więc nimi manipulować w zależności od tego, kto co chce usłyszeć.

Drugim faktem kulturowym jest odrzucanie wartości religii w życiu społecznym. Religia jest bardzo mocno związana z kulturą, co w Polsce jest szczególnie widoczne. Polska kultura ukształtowała się na fundamencie chrześcijaństwa, a ściślej rzecz ujmując, na fundamencie katolicyzmu. Większość wartości, tradycji, zasad etycznych, ma swoje źródło w kulturze zbudowanej na katolicyzmie. Jeśli odrzuca się wartość religii dla życia społeczno-politycznego, a tym samym dla kultury, uznając ją jedynie za prywatną sprawę, to wówczas zanika podstawowa więź łącząca ludzi o różnych poglądach. Obywatele danego państwa, mając różne poglądy, mogą stanowić jedność dzięki kulturze zbudowanej na religii. Dlatego

odrzucanie religii sprawia, że odrzucona zostaje kultura, która do tej pory ich łączyła.

Nie chodzi o to, że w społeczeństwie o kulturze zbudowanej na wartościach katolickich każdy musi być wierzącym katolikiem, ponieważ celem nie jest państwo wyznaniowe. Bez praktykowania wiary można zachować jedność społeczną, bez wspólnej kultury nie można tego osiągnąć, bo to ona odpowiada za kształtowanie jednostkowych poglądów w kontekście całego społeczeństwa. Dlatego jedność staje się trudna do osiągnięcia w społeczeństwach wielokulturowych. W takich państwach pokój społeczny, a tym samym pozorną jedność, zachowuje się przez prawo. Jednak nawet przestrzeganie go, nie sprawia, że obywatele są do niego przekonani. O jedności społecznej nie możemy mówić wtedy, gdy obywatele zachowują prawo tylko z obawy przed karą. Musi istnieć wewnętrzna akceptacja wartości, które prawo jedynie eksponuje i nazywa, a które są konsekwencją kultury zakorzenionej w umysłach i sercach obywateli.

 

civil-unions-1165925_1280

 

Zmiany cywilizacyjne

Kolejny powód rozłamu w społeczeństwie polskim ma charakter nie kulturowy, lecz cywilizacyjny albo lepiej rzecz ujmując techniczny. Chodzi przede wszystkim o rozwój Internetu. Internet jest najlepszym sposobem realizacji pluralizmu poglądów w praktyce. Każdy może znaleźć tam, co chce, co go interesuje, co jest dla niego ważne. Gdy korzystamy z Internetu możliwości są nieograniczone – na jeden temat można spojrzeć z wielu punktów widzenia, kształtując w ten sposób swój światopogląd. Dzięki temu trudniej o poddanie się procesom manipulacyjnym ze strony władzy czy jakiegoś dominującego ośrodka opiniotwórczego. W ramach Internetu jeszcze ważniejszą rolę odgrywają portale społecznościowe, ponieważ – szczególnie dla młodszego pokolenia – stają się one jedynym źródłem informacji, a przede wszystkim jedynym źródłem kształtowania swoich poglądów.

Wśród znajomych na portalu Facebook najczęściej mamy osoby, z którymi w jakimś stopniu sympatyzujemy, tzn. podzielamy wspólną wizję świata, nawet jeśli z wieloma rzadko widzimy się w „realu”. Korzystając z FB jako źródła opinii i informacji, czytamy treści, które wysyłają nam nasi znajomi, którzy mając takie same bądź zbliżone do nas poglądy, wysyłają nam linki do stron, do artykułów, które potwierdzają nasz punkt widzenia. To oznacza, że w swoich poglądach utwierdzamy się jeszcze bardziej. Można nawet powiedzieć, że się w nich radykalizujemy. Następnie, gdy w „realu” spotykamy się z konieczności z różnymi osobami, okazuje się, że różnimy się znacznie w bardzo wielu podstawowych kwestiach dotyczących życia osobistego i społecznego. Kiedyś takie różnice występowały tylko w przypadku różnicy pokoleń lub pomiędzy ludźmi z różnych krajów czy kultur. Dziś natomiast te różnice występują między ludźmi tej samej narodowości, należących do tego samego pokolenia i żyjących w tym samym środowisku, np. w klasie szkolnej, czy miejscu pracy. Jest to główna przyczyna tego, że ludzie, którzy teoretycznie ideowo powinni być blisko siebie, faktycznie znajdują się na przeciwległych biegunach.

 

Bez wspólnego mianownika

Jeśli nasze poglądy się radykalizują i nie ma czegoś, co by nas łączyło, nie powinno być dziwne, że powstaje coraz więcej nieformalnych grup, dzięki którym można spotykać się z tymi, którzy podzielają nasze poglądy. Jest to o tyle ważne, że wiele osób na co dzień z konieczności żyje w środowisku, w którym spotyka ludzi o całkowicie innej wrażliwości etyczno-społecznej. Pozytywne jest to, że takie grupy istnieją, złe zaś jest to, że każda z nich – właśnie dzięki Internetowi i portalom społecznościowym – będzie coraz bardziej radykalizowała się w swojej wizji rzeczywistości, nie znając i nie konfrontując się z poglądami ludzi z innych grup. I na tym polega nowość demokracji XXI wieku – Internet ją zmienił. Jeśli mówimy o narodzie, który nie jest wielokulturowy, a takim jest Polska, to można zapytać, co nas jeszcze łączy, oprócz języka? Czy między Polakami jest jeszcze możliwa jedność? Brakuje płaszczyzny spotkania, która byłaby okazją do dyskusji, a takie spotkanie nie jest możliwe, jeśli każdy ogranicza swoje horyzonty myślowe tylko do swojego środowiska, z którym utrzymuje kontakty nie tylko realne, ale także wirtualne.

 

black-and-white-people-bar-men

 

To, co może wpłynąć na zjednoczenie, to czynnik zewnętrzny: powszechne zubożenie większości społeczeństwa, zagrożenie bezpieczeństwa, wojna, katastrofa, okupacja, zabór, głód. W sytuacji pokoju i spokoju, stabilności i bogacenia się współczesna kultura nie jest w stanie zmotywować ludzi, by dążyli do jedności. W takiej kulturze obywatele kierują się zasadą: niech każdy robi to, co uważa za słuszne, byleby drugiemu nie szkodzić. Czy owo zdjęcie, przedstawiające procesję Bożego Ciała, nie ukazuje właśnie takiego stylu myślenia? Każdy robi, co chce: jedni idą w procesji, a inni siedzą w kawiarni i się relaksują, i nikt nikogo nie atakuje, nikt nikomu nie szkodzi.

Polska nie jest już według prawa krajem katolickim, ale krajem, który akceptuje wolność religijną, to znaczy, że obywatel może wziąć udział w procesji, ale nie musi, a właściciel baru może go otworzyć, kiedy mu się podoba. Czy to nie jest dobre? Czy może lepszy byłby przymus religijny, jak w państwie wyznaniowym? I wtedy owszem, ludzie religijni nie gorszyliby się ludźmi siedzącymi w barze podczas procesji, ale z drugiej strony, czy dobrze czuliby się ci, którzy nie mają ochoty w niej uczestniczyć? Papież Franciszek powiedział, że państwa powinny być świeckie, a chrześcijańskie państwa wyznaniowe w przeszłości były pomyłką. Religia i oparta na niej kultura już tym być nie mogą i dlatego znacznie trudniej będzie znaleźć coś, co mogłoby zamiast nich być czynnikiem jednoczącym.

Polska jest krajem świeckim, jednak to nie zwalnia nas z poszukiwania tego, co mogłoby nas połączyć jako naród.

Być może trzeba się pogodzić z tym, że w ramach własnego kraju będziemy ciągle konfrontowani z różnymi punktami widzenia i będziemy żyć obok siebie. Musimy się tego uczyć, bo jest to lepsze niż reżim totalitarny, który narzuca sposób myślenia i – paradoksalnie – jednoczy, ale w sprzeciwie wobec niego, gdyż wartością dla całego społeczeństwa staje się walka przeciw władzy. Z tego powodu to demokracja bardziej odpowiada naturze i godności człowieka. To, że ma wady, a jedną z nich jest rozdrobnienie społeczeństwa i spór (nie tylko polityczny), to było wiadome od zawsze. Dlatego dla demokracji ważna jest kultura, która jej towarzyszy i wypełnia ją wartościami, które pozwalają osiągnąć tę złotą koncepcję życia we wspólnocie, jaką jest „jedność w różnorodności”.


Ks. dr Marcin Dąbrowski


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
ks. Marcin Dabrowski

ks. Marcin Dąbrowski

Zobacz inne artykuły tego autora >
--> Show comments
ks. Marcin Dabrowski
ks. Marcin
Dąbrowski
zobacz artykuly tego autora >