LUDZIE

Kamil dostał złoty bilet do nieba

Kamil był młodym mężczyzną dzielniejszym niż większość „twardzieli”, których znam, choć jego ciało było tak kruche, że wydawało się, że rękę może złamać mu komar. Nie chodził. Nie ruszał rękami. Mówił słabiutko. Jedno miał silniejsze, niż wszyscy napakowani panowie razem wzięci – siłę charakteru. I jeden mięsień w pełni sprawy do ostatnich chwil – serce.

Paulina Guzik
Paulina
Guzik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Stan Kamila pogorszył się w listopadzie. Wtedy, dwa tygodnie od diagnozy „guz mózgu” umarł jego Tata. W Wigilię Bożego Narodzenia chwila nieświadomości odebrała Kamilowi mowę – formę komunikacji, którą kochał i której używał z wielką inteligencją. Celna riposta była jego znakiem rozpoznawczym. Podobnie jak to, że nigdy nie narzekał. Nie pozwalał też narzekać Mamie. I jeszcze jeden szczegół, który sam Kamil opisywał z właściwym sobie dystansem, jak coś zupełnie normalnego i naturalnego – Kamil od urodzenia cierpiał na zanik mięśni. Poruszał się na wózku napędzanym przyciskaniem sprawnego palca. Tym jednym palcem studiował 3 kierunki studiów. Nie zdążył tylko odebrać dyplomu z filozofii i obronić doktoratu.

 

Kamil Cierniak. Gentleman instytucja

Kamil był młodym mężczyzną dzielniejszym niż większość „twardzieli”, których znam, choć jego ciało było tak kruche, że wydawało się, że rękę może złamać mu komar. Nie chodził. Nie ruszał rękami. Mówił słabiutko. Jedno miał silniejsze, niż wszyscy napakowani panowie razem wzięci – siłę charakteru. I jeden mięsień w pełni sprawy do ostatnich chwil – serce.

Jego rodzice śmiertelną chorobę Syna objęli jak dar. Mama Krystyna opiekowała się Kamilem z największą atencją miłości, jaką choremu dziecku przez 26 lat może dać tylko Matka. Dla nieprzeciętnie zdolnego młodzieńca przeprowadziła się spod Bochni do Krakowa. Zostawiła wszystko, żeby jej dziecko mogło skończyć studia. Przez lata studiów Kamila, mieszkała z nim w akademiku „na miasteczku” w Krakowie. 8 długich lat. Tyle, ile w ogóle miał żyć Kamil według prognoz lekarzy.

Kamil swoją “czarną strzałą” dojeżdżał na trzy krakowskie uczelnie – Uniwersytet Papieski Jana Pawła II, Uniwersytet Jagielloński i wreszcie Akademię Ignatianum, której miał zostać doktorem. Był filozofem, przyszłym politologiem i kulturoznawcą, pasjonatem dziennikarstwa. Studiowanie trzech kierunków, kiedy fizycznym trudem jest napisanie połowy strony na komputerze? Oczywiście. Prowadzenie bloga dziennikarskiego kiedy z trudem mówię? Naturalnie. Wyreżyserowanie filmu tysiąc kilometrów od domu? Proszę bardzo. Cały Kamil.

 

FOT. Łukasz Krajewski

 

Kamil kręci film

Pewnego dnia przyszedł do mnie przyjaciel Kamila, operator i jeszcze wtedy nasz student Jakub Stoszek. Że jest taki student (niepełno-sprytny, jak nazywał siebie Kamil), z którym nakręcił materiały – relacje z oazowych wyjazdów dla niepełnosprawnych, że może chciałabym zerknąć. Zerknęłam, zachwyciłam się i pomyślałam, że Kamil musi z nami pojechać do Lourdes, na maltańską pielgrzymkę chorych. Kilka miesięcy później siedzieliśmy razem w samolocie.

Na wózek Kamila czekaliśmy po przylocie cały kolejny dzień. 2 cm więcej i linie lotnicze w ogóle odmówiłyby wzięcia go do luku. Po przyjeździe do Lourdes, zamiast wygodnie usiąść na swoim elektrycznym rumaku, Kamil spędził cały pierwszy dzień pielgrzymki na „ustawowym” łóżku chorego w Lourdes. Bez taryfy ulgowej. Łóżko dla niego to było więzienie. Ale on – choć niewiele już mięśni wciąż u niego funkcjonowało – nie narzekał. Na nasze tłumaczenia, że wózek powinien być, że mamy nadzieję, że może jutro, odpowiadał nieustannie – spokojnie, damy radę, w końcu przyjedzie. Wózek doleciał. Kamil zrobił film.

Nigdy wcześniej nie powstał solidny reportaż o polskiej grupie maltańczyków, którzy co roku w maju jadą do Lourdes z grupą niepełnosprawnych i chorych. Kamil realizował wywiady w dwóch językach, kierował ekipą, zarządzał logistyką. Zadanie miał na pierwszy rzut oka w ogóle wykraczające poza możliwości studenta. Co dopiero o takim stopniu niepełnosprawności. Zrobienie 20-minutowego reportażu wymaga ogromu pracy. I choć po godzinie zdjęć był zmęczony, mówił: dam radę 3 godziny, dam radę. „Lourdes. Kamil Kręci film” został nie tylko zrealizowany, zmontowany i wyprodukowany. W 2016 roku, roku miłosierdzia, został wyemitowany przez Telewizję Polską, Program Pierwszy, miliony widzów.

Ten film kosztował go więcej niż kogokolwiek, kto kiedykolwiek jakikolwiek film wyprodukował. Każdą kłodę pod nogami, a właściwie pod kołami, kwitował jednak właściwym sobie poczuciem humoru.

 

FOT. Łukasz Krajewski

 

Będę stewardem

Najlepiej to poczucie humoru widać było na jego blogu. Jeden z wpisów zatytułował „Będę stewardem.” „Przeglądając ostatnio „internety” trafiłem na ciekawą ofertę pracy jednej z polskich linii czarterowych” – napisał w lutym 2016 roku. „Postanowiłem nie czekać – wysłałem zgłoszenie” – ciągnął – „Piszę do państwa w związku z ofertą pracy. Co prawda fizycznie sprawny to ja nie jestem (…) ale dzięki temu, w razie gdyby coś się w czasie lotu zaczęło dziać – zachowam stoicki spokój. Widząc mnie reszta pasażerów także zachowa spokój (…) Kolejny atut – lubię dzieci a dzieci lubią… mój wózek”.

Ile wycieczek tym wózkiem zrobili Hela i Jasiek (moje dzieci) w Lourdes podczas realizacji naszego filmu. Ile się wybawiły z Kamilem. 10 letni Jaś nie mógł uwierzyć, że Kamil umarł. „Jak to umarł? Szkoda, że już go nie zobaczę”.

7 letnia Helenka skwitowała – „Nie płacz Mamusiu, w Niebie na pewno mu już lepiej”.

Na nieszczęsną Wigilię podczas której stracił mowę, kupił wszystkim dzieciom z rodziny prezenty w Internecie. Gdy wybudził się ze śpiączki zapytał – i co, była Wigilia? Troska o innych była największym zmartwieniem Kamila.

 

Kwarantanna – poziom zaawansowany

Fot. JAKUB STOSZEK

„Często jest trudno – i mamie i mi – ale jakoś żyjemy i nawet się do siebie odzywamy. Zazwyczaj.” – tak pisał już w czasie narodowej kwarantanny, zirytowany, że ludzie narzekają, że muszą siedzieć w domu. „W dużym stopniu to rozumiem – są w życiu różne, skomplikowane sytuacje. Ale chciałbym się tutaj pochwalić, że ja prowadziłem kwarantannę już zanim to było modne. Gdzieś od 26 lat. Z hakiem.”

Kwarantanna Kamila trwała przez całe jego życie. Jeden z ostatnich wpisów na jego blogu to ten gdy już nie mógł mówić: „Z dnia na dzień straciłem więc dwie, właściwie najważniejsze funkcje samodzielne, jakie do tamtego dnia posiadałem. Nie wiem co będzie dalej. Cóż, zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem, a inwalidzi– jak widać – przestają” – pisał. Ale hartu ducha nie tracił:

„Na początku leczenia miałem do ciała podłączonych tyle kabli i rurek, że mógłbym zostać twarzą Izby Gospodarczej “Wodociągi Polskie””.

I potrafił być wdzięczny do bólu. Choć nie mówił, a wpis na blogu był dla niego wysiłkiem levelimpossible – specjalny post poświęcił podziękowaniom – za opiekę, modlitwę, dodawanie otuchy. Jego Mama powiedziała mi, że był iskierką każdego szpitalnego oddziału, zmieniał tam ludzi. Gdy już nie mógł ruszać nawet palcem – pisał za pomocą specjalnego ekranu czytającego ruchy oczu. Codziennie dziękował na nim lekarzom i pielęgniarkom.

Mamie też dziękował. Wiedział, że jego pępowina nigdy nie mogła zostać odcięta. A Mama Krystyna swoją nadludzką siłą dała mu drugie życie, którego bez zupełnie surrealistycznych pokładów jej miłości po prostu nie mógłby mieć.

„Szkoda tylko, że medale za długoletnie wspólne życie przyznawane jest tylko małżeństwom, bo to i prestiż, i szacunek na dzielni, i telewizja, i może jakiś zestaw garnków by się trafił…” – pisał, dziękując Pani Krystynie za jej trud.

W ostatnim akapicie swojego wpisu „na kwarantannę” Kamil pisał tak: „W tej sytuacji przypominają mi się słowa zmarłego niedawno ks. Pawlukiewicza – “A może nam w życiu bywa tak ciężko, ponieważ nieustannie zabiegamy o to, by było nam lekko?””.

 

C’est la Vie

Nie znaliśmy się bardzo dobrze Kamilu, choć byłeś jednym z moich ulubionych ludzi na świecie. Nie odwiedziłam Cię zdecydowanie za długo. Nie zrobiliśmy kolejnego filmu. Nie mogłam nawet być na Twoim pogrzebie, który wypadł akurat w nieszczęsnej kwarantannie. Ale jeśli mogę się z tobą, Kamilu drogi, pożegnać (zamiast narzekać, co by ci się na pewno nie spodobało), to teraz chcę to zrobić.

Myślę, że złoty bilet do nieba już dostałeś. VIP Lounge. I to nie za to, co osiągnąłeś w swoim krótkim i jakże bogatym i mądrym życiu. Nie za twoje studia, które skończyłeś z takim trudem i świetnymi wynikami. Nie za film, który zrobiłeś lepiej niż niejeden zdrowy dziennikarz.

Złoty bilet do nieba należał Ci się za to kim byłeś Kamil. Za to, jaką Ty dałeś nam szkołę.

Film, który zrobiłeś, powinien być o tobie. Ale ty wolałeś jeździć i zadawać pytania. Skromność. Twoje drugie imię. Gdy nie mogłeś jeść, mówiłeś Mamie: „Jezus nie jadł przez 40 dni, co to jest jak ja nie zjem przez dwa”.

Na godzinę przed śmiercią mama wyczytała z twoich ust, że chcesz odmówić Koronkę. Była godzina 15 i Wigilia niedzieli miłosierdzia. Odmówiłeś cichutko – ty swoją, Mama swoją.

Odszedłeś tak skromnie jak żyłeś – nikomu się nie narzucając. Gdy, mimo choroby, nikt się nie spodziewał. C’est la vie, napisałbyś.

Twój stan pogorszył się, kiedy odszedł twój Tata. Ty odszedłeś zaledwie 5 miesięcy po nim. I wydawałoby się, że nic smutniejszego wydarzyć się nie może. Dla twoich bliskich, Mamy i Braci, dla ludzi, którzy tak bardzo Cię kochają, dla przyjaciół, których miałeś tak oddanych.

Ale jeśli po chrześcijańsku właśnie przekroczyłeś próg, to jedno wiadomo na pewno – za progiem czekał Tata. I życie, w którym pełną piersią możesz wreszcie wykrzyczeć – C’est la Vie!

 

Wszystkie wpisy Kamila przeczytasz na jego blogu TUTAJ.

Film dwóch niezwykłych Przyjaciół Kamila Cierniaka i Jakuba Stoszka:

 

Paulina Guzik

Paulina Guzik

Dziennikarka telewizyjna, prowadząca program Między Ziemią a Niebem TVP1, o życiu Kościoła pisze m.in. dla wydawanego w Watykanie serwisu Crux. Doktor nauk o mediach, wykładowca akademicki na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Podczas ŚDM 2016 w Krakowie była szefową Biura Mediów Zagranicznych. Autorka (wraz z Cecilią O’Reilly) książki “WYD 2016 – the Largest European Event of the 21st Century”. Prywatnie żona Bartka, mama Jaśka i Helenki.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paulina Guzik
Paulina
Guzik
zobacz artykuly tego autora >

“W życiu wszystko jest po coś” Jędrzej wyleczony z koronawirusa

"W życiu wszystko jest po coś. Przyjmuję zatem i tę lekcję. Mam poczucie drugiego życia, więc będę z niego korzystać jeszcze bardziej" - napisał w bardzo osobistym wpisie na Facebooku Jędrzej Majka - podróżnik, dziennikarz, vloger a od kilku dni także ozdrowieniec z koronawirusa.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

“Ozdrowieniec. Tak od dziś mogę o sobie mówić. Jak zawsze miałem dużo szczęścia i spotkałem dobrych ludzi na drodze. Po czterech tygodniach w szpitalu, gdzie mnie naprawiano, wygląda na to, że pokonałem COVID-19. Choć dwa testy ujemne pozwalają mi dziś opuścić szpitalne łóżko, to trochę szkód koronawirus pozostawił.”

Tymi słowami rozpoczynał się jego wpis na Facebooku, który w kilka godzin zdobył blisko 4 tysiące udostępnień i 1,1 tys. komentarzy. Wpis niezwykle emocjonalny, jak sam mówi – pisany na szybko i spontanicznie, do tego przez kogoś, kto kilka tygodni walczył z wyniszczającą chorobą COVID-19. Jędrzej Majka – vloger, podróżnik, dziennikarz i autor książek podróżniczych mówi o sobie przede wszystkim: szczęściarz. Mimo, że nieustannie dzwoniący dziś telefon od spragnionych jego historii dziennikarzy chciałby uczynić z niego “korona-celebrytę” – on uważa się za szczęściarza, który dostał drugą szansę. Na rozmowę ze Stacją7 decyduje się głównie z jednego powodu: aby opowiedzieć o heroizmie lekarzy i wyrazić im swoją wdzięczność.

Dziś, gdy mój wpis tak rozszedł się na Facebooku mam coraz więcej sygnałów podziękowania od lekarzy, na których podobno leje się teraz hejt. To nie fair. Oni zasługują na najwyższy szacunek. Uratowali mi życie – mówi. 

Z Wietnamu wrócił 25 lutego – w czasach, gdy w Polsce koronawirus kojarzony był z odległymi Chinami i nikt nie przypuszczał, jak bardzo zmieni dziś Polskę. Nie bał się zachorowania, bo po pierwsze w Wietnamie było wówczas tylko kilka przypadków, w dodatku wyleczonych, po drugie – był zdrowy, odporny, bez chorób współistniejących. Żadnych niepokojących objawów. Nikt nie poddawał go kwarantannie, jeszcze wtedy nie było żadnych wytycznych o takim postępowaniu. Na lotniskach lądowały tysiące samolotów, galerie handlowe i restauracje pełne były gości a kościoły – wiernych. 

Pierwsze oznaki “przeziębienia” – jak interpretował swój stan – pojawiły się 20 dni po powrocie z Wietnamu. Już wtedy trwała “korona-panika”, szkoły były zamknięte, ulice opustoszałe. Gdy po 3 dniach stanu podgorączkowego temperatura zaczęła rosnąć osiągając poziom 40 stopni, próbował skontaktować się z polecanymi przez państwo służbami: Sanepidem, infolinią NFZ, były niestety problemy. Mimo niemal klasycznych objawów (wysoka, niezbijalna gorączka, duszności, kaszel) słyszał, że to nie koronawirus, że ma kontaktować się ze swoim lekarzem pierwszego kontaktu.

I to ten lekarz pierwszego kontaktu, ściślej: lekarka – jak mówi Jędrzej go uratowała. Od początku podejrzewała, że to koronawirus. Przez telefon doradzała i przepisywała kolejne leki, wreszcie zorganizowała przyjęcie go na Oddział Zakaźny Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie, gdzie zrobiono mu niezbędne badania. Następnego dnia był wynik. Pozytywny. Pan Jędrzej zaś z pacjenta ze zwykłym przeziębieniem z miejsca stał się pacjentem z koronawirusem, którym zaopiekował się kolejny szpital – Uniwersytecki w Krakowie i oddział pulmunologii, przekształcony w zakaźny.

Tu także zaczyna się jego litania podziękowań dla lekarzy, pielęgniarek i całego personelu, który się nim opiekował. 

“Profesjonalizm to nie wszystko. Przez ten miesiąc otoczony byłem wspaniałą opieką. BARDZO ZA WSZYSTKO DZIĘKUJĘ!!! Zawsze będę stał po Waszej stronie. Szkoda, że nie wiem jak wyglądacie. Każdego dnia spotykaliśmy się wielokrotnie, a Wy zawsze przychodziliście w tych kosmicznych strojach, albo zapakowani w pomarańczowe wory, w których ciężko było wam oddychać. Mimo ciężkich warunków, niebezpieczeństwa zarażenia się ode mnie śmiertelną chorobą, zawsze przychodziliście z pomocą i dobrym słowem. Dziękuję Wam za niezwykłą atmosferę w tych ciężkich czasach zarazy.”

Najczulej wspomina poranek Wielkanocny, kiedy pielęgniarka przyniosła jemu i pozostałym chorym zwykłe, poświęcone jajko i małego, wielkanocnego zajączka. “To była scena jak rodem z filmu Sci-fi. Zapakowana w kosmiczny kombinezon pani pielęgniarka, której nawet oczu z powodu gogli nie mogłem dostrzec, i ten maleńki prezent z życzeniami świątecznymi. Drobny gest. Czułe słowo. Coś bezcennego” – mówi Jędrzej. I dodaje: Przecież ci lekarze, te pielęgniarki mogliby wziąć L4, opiekę nad dzieckiem, cokolwiek – i nie opiekować się nim oraz innymi. Ale nie. Oni pakują się w te kosmiczne stroje na wiele godzin ciężkiej pracy, ryzykują życie swoje i swoich bliskich, aby być, aby nie zostawić tych, którzy najbardziej tego potrzebują. 

Jędrzej jest również wdzięczny swoim znajomym, którzy powoli, jedni od drugich dowiadywali się o jego chorobie. Początkowo wiedzieli tylko niektórzy. Potem, z uwagi na zbliżające się Święta, wymiana SMSów się ożywiła i coraz więcej osób orientowało się dzięki niemu, że oto mają w swoim bliskim otoczeniu kogoś z koronawirusem. Okazywali wsparcie, pytali o samopoczucie, modlili się. Znajomi księża odprawiali Msze w jego intencji. 

“Kiedy w świąteczny poranek dostałem do łóżka wielką skrzynię ze świątecznymi pysznościami, łezka w oku się zakręciła. Nie wszyscy wiedzieli, że choruję, ale jak dowiadywały się o tym kolejne osoby, natychmiast zasypywały mnie wsparciem, modlitwami i chęcią pomocy. Od Gdańska do Zakopanego. Od Sydney do Nowego Jorku.”

Wtedy też, gdy tak leżał półprzytomny na szpitalnym łóżku, przychodziły myśli o sprawach najważniejszych. 

Rozmyślałem o życiu. A jeśli to koniec? Pomyślałem sobie wówczas, że miałem naprawdę dobre życie, poznałem wspaniałych ludzi, widziałem miejsca niezwykłe, jadłem wspaniałości i piłem dobre wino. W życiu wszystko jest po coś. Przyjmuję zatem i tę lekcję. Mam poczucie drugiego życia, więc będę z niego korzystać jeszcze bardziej. 

Do tego wyznania dopisał jeszcze jedno zdanie: “A że jestem teraz posiadaczem cennego osacza, będę się nim dzielić”. Chodzi o eksperymentalne badania prowadzone za granicą i dowodzące, że w osoczu osób, które przeszły COVID-19 i wyzdrowiały wytwarzają się substancje mogące leczyć innych chorych na tę chorobę, ale pozostające w ciężkim stanie. 

Jędrzej chce nie tylko dziękować, ale i dołożyć swoją część do walki z ciągle tak słabo rozpoznanym wrogiem. W swoim popularnym już wpisie żegna się optymistycznie:

“Do zobaczenia na lotniskach i dworcach, w bibliotekach i na uniwersytetach, zapewne w nieco „innym” już świecie. Oby lepszym. Jędrzej Majka”

 

Wysłuchała: Anna Druś/Stacja7

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap