video-jav.net

Dystrybucja dobra: pomagać tu i teraz

Współdziałanie ze słabszymi to nie „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi - mówi Rafał Szczepański, zaangażowany społecznie przedsiębiorca i jeden z mecenasów Stacji7.

Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Co to jest dystrybucja dobra? Podobno jest Pan autorem tego terminu?

Dawanie dobra można porównać do siewu zboża: kiedy zasiejemy ziarna – wyrosną kłosy, będzie ich więcej niż zasialiśmy na początku. Ale dobro nie uczyni się od razu jednym ruchem. Nie mamy tej sprawczości Stwórcy, który jednym działaniem może uczynić wszystko. My możemy budować po kawałku, przekazywać dobro, bo ono dalej się pomnaża, rozchodzi.

 

Czyli to taka pomoc w przekazywaniu go dalej?
Tak, ponieważ wtedy włączają się inne mechanizmy, pomnażające siłę naszych działań. Ja sam nie opróżnię na przykład wanny z wodą łyżeczką, ale z innymi się to może udać. Kojarzy mi się to także z pomnażaniem talentów, bo to pomnażanie ich odbywa się właśnie poprzez dzielenie z tymi, którzy dostali ich mniej. Nie wolno nam talentów zamieniać tylko na pieniądze, to byłoby oddanie ich 1:1, a my mamy obowiązek swój talent pomnażać. Na przykład z talentu do działalności gospodarczej czy społecznej odpowiedzialności też będziemy rozliczeni. To też jest dystrybucja dobra. Dobro musi być pomnażane, wtedy da szansę odporu zła.

 

Jak znajdować dobro do dystrybuowania?

Sercem i rozumem. Jestem zwolennikiem pomagania generalnie tam gdzie życie nas poprowadzi. Jeżeli wpada nam w ręce temat, gdzie możemy pomóc, to nie odkładajmy tego na później, tylko podejmijmy ten trud, zaangażujmy się w taką pomoc, jakiej potrzebę spotykamy na własnej drodze. Wybieranie jest ważne, ale bardziej trzeba angażować się w to, co realnie wokół siebie widzimy. Nie odkładajmy dobra na jutro, bo jutra może nie być. Sam też starałem się i staram podejmować takie działania.

 

No właśnie, porozmawiajmy o nich. Jest Pan jednym z mecenasów Stacji7, ale to nie jedyne pana zaangażowanie we wspomnianą “dystrybucję dobra”. Jak to się zaczęło? Jaka stoi za tym historia?

Rzeczywiście, angażuję się społecznie od wielu lat na różnych polach. Na różnych, bowiem starałem się właśnie działać tam, gdzie mnie życie rzuciło. Wchodząc w jakąś przestrzeń biznesową starałem się jako przedsiębiorca zawsze zauważać, że to nie tylko biznes, ale przede wszystkim ludzie. Na przykład w 2005 r. mocno zaangażowałem się ze wspólnikami w inwestycję na Warmii w miejscowości Pluski. Kupiliśmy tam grunt na którym zamierzaliśmy postawić osiedle ekskluzywnych domów. Jednak gdy tam przyjechałem zobaczyłem w centrum ładnie zaprojektowanej miejscowości – kościół, stanowiący pewien dysonans. Wszystko dookoła było zadbane, dobrze zaplanowane, a tylko ten kościół stał nieotynkowany, wyglądający biednie. Poszedłem do niego na Mszę, potem spotkałem się z proboszczem, porozmawialiśmy o życiu tutaj i problemach parafii. Przyznał wprost, że kościół jest nieotynkowany z powodu braku funduszy. Wtedy to były czasy dużej biedy na tamtych terenach, więc proboszcz najpierw dbał o potrzeby tych ludzi, remont kościoła stawiając na dalszym planie. Zadeklarowałem więc, że my go sfinansujemy. Z proboszczem wkrótce się zaprzyjaźniłem, bo to bardzo zaangażowany społecznie człowiek. Potem pomogliśmy też w ociepleniu i otynkowaniu kościoła czy remoncie dachu. Dziś służy dobrze wspólnocie, ludzie nie marzną.

 

Działanie tu i teraz…

Dokładnie. Takie, które też się rozwijało, bo niedługo odkryliśmy nieopodal niezwykłe miejsce potrzebujące pomocy. Znaleźliśmy piękny zabytkowy kościół położony w samym środku lasu. Okazało się, że to jedyna pamiątka po Orzechowie Warmińskim – istniejącej tu jeszcze po wojnie miejscowości, którą znał i odwiedzał kard. Wyszyński, a którą potem wysiedlili komuniści. Kościół stał w jej środku, dziś – w środku lasu. Gdy go odkryliśmy powitał nas wspaniałą architekturą i… zepsutymi organami w środku. To więc było kolejne zaangażowanie – remont tych organów. Teraz są już tam koncerty i do „niemego” wcześniej kościoła przyjeżdża więcej ludzi, to buduje lokalną wspólnotę. Staram się więc, by moje zaangażowanie nie było pomocą jednorazową, ale ofiarowaniem swojego czasu i uwagi.

 

Odpowiedzialność społeczna daje też coś temu, kto się angażuje…
Tak, to jest bowiem pewien ład, który od wieków istniał, ale który został przerwany iluzjami drogi na skróty, które pojawiły się w Europie w XVIII w. Następstwa tego były brzemienne w opłakane skutki, jak chociażby rewolucja francuska. Nie ewolucja, a rewolucja, czego skutkami są widoczne dziś laicyzacja, sekularyzacja, utrata korzeni przez Europę. Przyczyną zaś było naruszenie tego elementarnego porządku: brak zaangażowania społecznego wcześniejszych przywódców, klasy, która skupiała majątek, ale oderwała się od wspólnoty, której była częścią. Ludzie niżej położeni w tej społecznej hierarchii przestali mieć poczucie, że wspólnie z nimi tworzą jeden organizm. Tymczasem jeśli ktoś osiąga sukces i potrafi się w tym podzielić ze społecznością, w której mieszka, to ta chroni także jego samego.

 

Dziś nazywają to “społeczną odpowiedzialnością biznesu”

… która jednocześnie zbyt często jest traktowana trochę jak zadanie marketingowe czy PR-owskie. Tymczasem współdziałanie ze słabszymi to nie przysłowiowe „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi. Ofiarowanie pieniędzy nie wystarczy by wytworzyć więź. Tworzą ją dopiero relacje międzyludzkie, które chronią hierarchię tam, gdzie ludzkie osiągnięcia są różnorodne. Jesteśmy członkami jednej wspólnoty. Nie ma kościołów dla bogatych, dla średnich i dla biednych, stanowimy wspólnotę razem, i to jest ważne żeby się angażować i razem działać społecznie. Ta myśl powinna przyświecać nam, katolikom, przedsiębiorcom: dzielenie się z innymi, praca na rzecz słabszych to nie jest kolejny podatek, tylko działanie z korzyścią dla wszystkich.

 

Angażuje się Pan również w Fundacji Polskich Kawalerów Maltańskich…

To druga część mojej działalności społecznej. Nasza Fundacja oprócz takich rzeczy jak organizowanie spotkań opłatkowych dla ubogich, organizuje też pielgrzymki osób wymagających szczególnej troski, osób chorych i niepełnosprawnych.

 

Finansujecie im wtedy te wyjazdy?

Tak, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że każdy Maltańczyk uczestniczący w pielgrzymce dostaje pod bezpośrednią opiekę jedną osobę wymagającą szczególnej opieki i troski. Ta więź z osobami, którym się pomaga wypływa zresztą z dewizy Kawalerów Maltańskich: „Obrona Wiary i służba ubogim”. Podobny cel ma moja 10-letnia już współpraca ze Związkiem Powstańców Warszawskich. To bohaterowie, ludzie starsi w wieku 90-95 lat, którzy przeszli gehennę II wojny światowej, zachowując człowieczeństwo w czasach odczłowieczenia czyli hekatomby Powstania Warszawskiego. Pomimo tak wielu przejść dziś wielu z nich jest osamotnionych, pozostawionych samym sobie, czasem bez rodziny. W różny sposób zacząłem im pomagać, a to przez dofinansowanie kwestii rehabilitacyjnych, a to przez wydanie przygotowanych przez nich publikacji. Założyliśmy wspólnie Fundację Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego. Ma cel doraźny czyli pomoc dla nich materialna, paczki świąteczne, turnusy rehabilitacyjne, ale też cel długofalowy, taki jak zadbanie o pamięć o tych bohaterach, o ich poczucie sprawiedliwości. Chodzi o zapomniane groby powstańców na cmentarzach. Nie tylko się nimi opiekujemy, ale przede wszystkim chcemy, by dbałość o nie była sprawą państwa. Dlatego w ramach Fundacji przygotowaliśmy projekt ustawy o ochronie grobów, która miałaby zapobiegać takim sytuacjom i na IPN nakłada obowiązek troski o mogiły narodowych bohaterów. Nagłaśnianie takich inicjatyw uruchamia też społeczną refleksję, jest właśnie pewną “dystrybucją dobra”.

 

Miałam przygotowane pytanie, w jaki sposób wybiera Pan różne inicjatywy do wsparcia, ale widzę, że ono już nie ma racji bytu, bo wygląda na to, że Pan niczego nie wybiera “zza biurka”.

Życie dzieje się wśród ludzi, tu i teraz. Gdy napotykamy jakiś temat, kierujmy się odruchem serca bo ma to ogromne znaczenie dla wszystkich. Nas samych też takie pomaganie zmienia. Popycha nas to w dobrym kierunku.

 

To wymaga uważności…

Wrażliwości. Wtedy dobra będzie więcej. Najgorzej jest coś na wstępie odrzucać. Oczywiście nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, zaangażować się we wszystko, ale angażując się w coś dobrego już jesteśmy w tej przestrzeni dobra. Tak jak budujemy rodzinę, to te relacje wypełniają nam życie. Nie wchodząc w relacje ciągle unikamy, szukamy optymalizacji. A w owej przestrzeni dobra nie warto ciągle szukać optymalizacji. Nie jesteśmy gdzieś indziej, jesteśmy tu i teraz, pomagamy tu i teraz. I to jest produktywne.

 

A co potem? Czy sprawdza pan jakoś wykorzystywanie pana pomocy w miejscach gdzie jej pan udzielił?

Ja po prostu osobiście uczestniczę w rzeczach, które wspieram. Sprawdzanie więc jest integralną częścią tej pracy. Nie jestem człowiekiem, który tylko wspiera finansowo, ale raczej wspieram też swoją pracą. Jeśli natomiast zdarza się tak, że tylko wspieram finansowo, jak np. Stację7, w której nie pracuję, to nie jest na zasadzie “wrzucenia do puszki”. Bardziej na zasadzie zaufania ludziom, których znam i których pracę obserwuję, mam z nimi relację.

 

A jeśli nie znamy osobiście tego, kto prosi nas o pomoc?

Na przykład kogoś, kto wyciąga do nas rękę pod kościołem? To jest rzeczywiście pewien dylemat, jak odróżnić kogoś naprawdę potrzebującego od kogoś, dla którego proszenie innych o pomoc jest sposobem na życie. Od wieków tak było, od początku świata były klany żebraków. I teraz jak odróżnić osobę w dramacie od kogoś takiego? Ja nie mam takiego sposobu, sam mam ten dylemat. Staram się nie przeoczyć kogoś kto potrzebuje, ale daru jasnowidzenia nie mam.

 

Zapytana o tę kwestię siostra Małgorzata Chmielewska odpowiedziała, żeby pomagać zawsze każdemu kto poprosi…

Rzeczywiście, nie można robić z tego biurokracji. Jeśli mamy już taki dylemat, to może lepiej uczynić nadmiernie dobrze niż nie zrobić nic. Czynienie dobra na zapas jest na pewno dobre.

 

Rozmawiała Anna Druś

Rafał Szczepański

Rafał Szczepański

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Wyprzedaje swoje książki, żeby mieć na leki

Media społecznościowe podbija historia emeryta z Poznania, który na jednym z miejskich targowisk wyprzedaje swoją bibliotekę, aby mieć fundusze na zakup leków na raka prostaty. - Tak sobie radzę, żeby nie być ciężarem dla nikogo - mówi pan Zenon.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie wiemy ile ma lat ani kim był, zanim przeszedł na emeryturę. Wiemy, że na Rynku Jeżyckim w Poznaniu kilka razy w tygodniu otwiera stoisko z używanymi książkami w niewielkich cenach. Swoją historię Zenon Fabić opowiedział serwisowi ToTeraz:

 

 

Z jego wypowiedzi wynika, że sprzedaje książki, ponieważ z samej emerytury nie jest w stanie jednocześnie się utrzymać i zakupić leków niezbędnych przy leczeniu raka prostaty. Potrzebuje dodatkowo 300 zł miesięcznie i właśnie taką kwotę chce uzbierać, wyprzedając gromadzone przez lata książki ze swojej biblioteczki. – Zacząłem przeglądać swój księgozbiór i pomyślałem: po co mają tak leżeć, jak zakończę ten swój żywot doczesny? Dziękuję Bogu że jestem jeszcze sprawny fizycznie i umysłowo – mówi pan Zenon. 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >