Hobbit: kolejna trylogia Jacksona

Tolkienomania z całym przemysłem gadżetów zaistniała dopiero po superprodukcjach Jacksona, który przez kilkanaście lat pracował nad „Władcą pierścieni”. Na jego inicjatywie zyskały też książki, do których wracają, lub po raz pierwszy sięgają, dorośli oraz mali czytelnicy. Teraz nastał czas „Hobbita”.

Dorota
Kołodziejczyk
zobacz artykuly tego autora >

Hobbit: kolejna trylogia Jacksona

Na początku …wszystko dobrze się skończy, bo filmowego bohatera poznajemy, gdy Billbo Baggins jest już starym hobbitem i opowiada młodemu Frodo o swoich dawnych przygodach. O tym jak smok zaatakował siedzibę krasnoludów, jak mimo braku zamiłowania do niebezpieczeństw wyruszył na daleką wyprawę, jak poznał czym jest bohaterstwo i jak walczyć ze złem. Na ekranie opowieść jest jeszcze bardziej niezwykła niż w wyobraźni małego lub dużego czytelnika. Olbrzymy są przerażające, orły mają dostojne skrzydła, a Śródziemie jest ogromne. Świetnie poprowadzone role i efekty specjalne sprawiają, że czas przestaje mieć znaczenie. Jackson wraz z całą ekipą stworzyli wspaniałe widowisko, w którym nie zatracono ważnego przesłania.

Mija druga godzina filmu i widz, który nie zna fabuły może pomyśleć, że to już koniec. Ale  za chwilę zaczyna się kolejna ucieczka, bitwa, potyczka. Już dawno popcorn się skończył i siorbanie coli ucichło. Mijają prawie trzy godziny i tym razem widz, który zna książkę otwiera szeroko oczy z pytaniem na ustach: „To koniec?!… Przecież powieść kończyła się inaczej!”

Hobbit: kolejna trylogia Jacksona

„Hobbit” został napisany przez Tolkiena w 1937 roku jako książka dla dzieci i po kilkunastu latach okazał się wstępem do najbardziej znanej powieści J.R.R. Tolkiena (składającej się z sześciu części wydanych w trzech tomach). Jackson próbował już kiedyś zekranizować tę powieść, ale mu się nie udało. Dopiero po kasowym sukcesie najnowszej ekranizacji „Władcy pierścieni” ta mniej znana książka Tolkiena trafia do kin jako „Hobbit. Niezwykła podróż”, więc może koniec całej historii nie jest tak ważny, skoro to dopiero początek filmowego dzieła? Może to właśnie owo magiczne tam i z powrotem?… Może to kolejna z zagadek Golluma tuż przed zgubieniem pierścienia?…

Można drążyć i zastanawiać się, dlaczego Jackson zdecydował się zrobić trzy części z powieści, która liczy niespełna trzysta stron. Przecież filmowcy świetnie potrafią streszczać grube powieści. Tutaj nie dali rady mimo 170 minut i 48 klatek na sekundę – zamiast standardowych 24. Ja jednak uważam pomysł Jacksona na zrobienie kolejnej trylogii za znakomity. Dzięki niemu wrasta prawdopodobieństwo, że ktoś w czasie oczekiwania na kolejną superprodukcję sięgnie po książkę. W Polsce mamy do wyboru, aż trzy dobre tłumaczenia „Hobbita”. Będzie to dla nich pasjonująca i zabawna lektura. A filmowi hobbitomaniacy muszą cierpliwie czekać, bo to dopiero początek nowej filmowej trylogii. Kolejne części „Hobbita” będzie można obejrzeć w grudniu 2013, i w lipcu 2014.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba

Dorota Kołodziejczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota
Kołodziejczyk
zobacz artykuly tego autora >

Religia futbolu

Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia lub śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego.

Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >

Słowa legendarnego menedżera Liverpool F.C. Billa Shankly’ego to jeden z najczęściej przytaczanych cytatów w dyskusjach o fenomenie piłki nożnej. Jak daleko można się posunąć w analogiach przy konstruowaniu teoretycznego modelu opisującego stosunek między kibicami a ukochanym klubem? Dzięki uprzejmości Michała Pola z Gazety Wyborczej miałem przyjemność zapoznać się z pracą socjologów z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika – Dominika Antonowicza i Łukasza Wrzesińskiego Kibice jako wspólnota niewidzialnej religii (Studia socjologiczne 1/2009).

Korzystając z koncepcji Thomasa Luckmanna autorzy w ciekawy sposób opisali zjawisko kibicowania używając metafory religii sensu largo tj. najszerszego spektrum treści wierzeń i społecznych form, które wypełniają funkcje „religijne”. Zdaniem niemieckiego socjologa w epoce religii postmodernistycznej, odchodzenia od Boga i Kościoła, sacrum nie znika, a tylko przenosi się w społecznej rzeczywistości w zupełnie inne, dość zaskakujące miejsca.

Religia futbolu

Przyjmując ten postmodernistyczny paradygmat socjolodzy z UMK przedstawiają kibiców jako grupę niewidzialnej religii, zjednoczonej kultem nieskazitelnej, świętej idei klubu piłkarskiego. Idea piłkarskiej wspólnoty jest ponadczasowa – klubu nie tworzą obecni właściciele, trener drużyny, ani nawet piłkarze. W świadomości kibiców są oni jedynie przemijającą, niedoskonałą egzemplifikacją bytu idealnego. Cały czas trwa rotacja prezesów, działaczy, trenerów czy zawodników, niezmienny jest tylko sam klub – metafizyczna przestrzeń wokół której skupiają się kibice. To dlatego w przypadku konfliktów kibiców z właścicielami klubu czy piłkarzami na trybunach można usłyszeć chóralne: Wisła to my, a nie wy! To wspólnota kibiców, i tylko ona, jest strażnikiem pieczęci klubowej tożsamości i ciągłości historii. Nie są to tylko puste słowa – nieraz wobec rejterady sponsorów, działaczy i piłkarzy to właśnie kibice brali na siebie ciężar odpowiedzialności za przetrwanie klubu – dobrym przykładem jest tu historia Lechii Gdańsk, która upadła na samo dno (do A-klasy, wówczas piątego szczebla rozgrywek w Polsce) i tylko dzięki determinacji najwierniejszych fanów wróciła po wielu latach do Ekstraklasy.

Największą cnotą wyznawców piłkarskiej religii jest wierność i lojalność wobec klubu, zgodnie z hasłem Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce.

Największą pogardą cieszą się tzw. kibice sukcesu przenoszący swoje piłkarskie sympatie w zależności od dobrej passy klubu. Analogicznie, największym szacunkiem wśród kibiców cieszą się piłkarze, którzy są wychowankami klubu, albo reprezentują go od wielu lat, a najbardziej niewybaczalne transfery to te od/z najbardziej znienawidzonych rywali (np. transfer do Legii zawodnika Lecha Poznań Pawła Kaczorowskiego, który wcześniej obrażał warszawski klub).

Materialnym znakiem przynależności do kibicowskiej wspólnoty stają się święte barwy w postaci szalików, flag, koszulek, czapek. Stąd, często bardzo brutalna, wojna o kibicowskie akcesoria, toczona między sympatykami konkurencyjnych klubów. Ostentacyjne palenie zdobytych klubowych szalików na stadionie podczas meczu dwóch zwaśnionych drużyn ma na celu zademonstrowanie wyższości własnej grupy nad grupą wrogą. Poprzez niemożność zareagowania wobec tej profanacji wroga grupa zostaje szczególnie poniżona i upokorzona. Religijny charakter zachowują też często wywieszane przez kibiców flagi i transparenty – Dla was to tylko kolory, a dla nas to całe życie; Wiara, która przetrwała – Zagłębie, Raków – The Religion, Bóg wybacza – Cracovia nigdy itp.

Czas kibica biegnie w zupełnie inny sposób niż w zwykłym kalendarzu. Rytm wyznacza jesienna i wiosenna runda rozgrywek, z zimową i letnią przerwą. Zakończenie udanego sezonu (mistrzostwo, zdobycie Pucharu Polski, awans do wyższej klasy rozgrywek) celebrowane jest szczególnie – np. poprzez masowe wbiegnięcie na murawę, pozbawienie piłkarzy klubowych strojów, demontaż i krojenie siatek z bramek itd.

Centralnym punktem piłkarskiej religii jest stadion – obdarzone przez grupę religijną szczególnym kultem miejsce spotkań kibiców i rytualnego odprawiania wspólnych obrzędów ku czci świętej idei klubu.

To miejsce owiane legendą, święta ziemia, której należy bronić. Jeśli więc kibice utracą na własnym stadionie flagę, pozwolą wrogim fanom świętować sukces na murawie (jak Widzew na Legii w 1997 roku), albo w skrajnym przypadku dadzą się przegonić ze swojej trybuny (legendarny atak fanów Lechii Gdańsk na tzw. górkę kibiców Arki Gdynia w 1983 roku) możemy mówić o najbardziej hańbiących wydarzeniach w historii danej grupy. Stadiony piłkarskie, zwłaszcza tych najbardziej utytułowanych klubów, stają się zarazem swoistymi sanktuariami, obiektami pielgrzymek kibiców, często z bardzo daleka. Coraz częściej na stadionie znajduje się muzeum danego klubu, a sam obiekt można w środku zwiedzać, tak samo jak zabytkowe kościoły. Podobnie jak gotyckie katedry kiedyś dominowały w panoramie średniowiecznych miast, teraz górują nad nimi gigantyczne, zdolne pomieścić kilkadziesiąt tysięcy osób stadiony.

Religia futbolu

Mecz piłkarski autorzy pracy porównują do obrzędu liturgicznego, podczas którego kibice społecznie obiektywizują swoje przeżycia związane z ideą klubu. Możliwość dzielenia sportowych emocji w jednym miejscu i w jednym czasie powoduje, że zatomizowana zbiorowość kibiców staje się duchową jednością, symbolicznie podtrzymywaną przez wspólnotę barw i śpiewu. Rolę liturgicznych służb ołtarza pełnią fanatycy – jednostki szczególnie poważane w grupie, prowadzące i organizujące doping, ochraniające flagi i inne święte insygnia. Jak piszą autorzy zorganizowany doping, efektowna choreografia, transparenty, chóralne śpiewy powodują, że pozornie zwykłe wydarzenie – rywalizacja sportowa – nabiera iście mistycznego charakteru.

Czy zaproponowana przez autorów metafora religijna może być przydatna dla opisania fenomenu piłki nożnej i kibicowania? Niektórzy zapewne się oburzą, inni tylko wzruszą ramionami i może się uśmiechną. O absolutnie wyjątkowym fenomenie piłki nożnej napisano już bardzo wiele, rzeczy poważnych (Wojna futbolowa), mniej poważnych (Jak futbol wyjaśnia świat) i zupełnie niepoważnych. Przekonanych o niepowtarzalnej magii futbolu przekonywać nie trzeba, tych wszystkich , którzy wszystkich chcieliby dać piłce przynajmniej jedną szansę zapraszamy na stadiony.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Jakub Kuza

Jakub Kuza

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jakub Kuza
Jakub
Kuza
zobacz artykuly tego autora >