Zgliszcza

„Rozpoczynam nowe życie u boku kobiety. Będziemy nadal sąsiadami, będziemy się spotykać”. W kościele rozlegają się... brawa. Kilka godzin później kapłan ten sam komunikat publikuje w mediach społecznościowych. Bardzo szybko zasypany zostaje komentarzami pełnymi gratulacji, życzeń szczęścia i podziwu za odwagę. 

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zgliszcza
„Rozpoczynam nowe życie u boku kobiety. Będziemy nadal sąsiadami, będziemy się spotykać”. W kościele rozlegają się... brawa. Kilka godzin później kapłan ten sam komunikat publikuje w mediach społecznościowych. Bardzo szybko zasypany zostaje komentarzami pełnymi gratulacji, życzeń szczęścia i podziwu za odwagę. 

Boże Ciało. W jednej ze śląskich parafii kończy się procesja. Wierni wracają do kościoła, a proboszcz podchodzi do ambony, aby – jak to ma w zwyczaju – powiedzieć kilka słów. Tym razem nie jest to jednak żart ani życzenia dobrego dnia. „Rozpoczynam nowe życie u boku kobiety. Będziemy nadal sąsiadami, będziemy się spotykać”. W kościele rozlegają się… brawa. Kilka godzin później kapłan ten sam komunikat publikuje w mediach społecznościowych. Bardzo szybko zasypany zostaje komentarzami pełnymi gratulacji, życzeń szczęścia i podziwu za odwagę. 

A gdyby podobne wydarzenia miały miejsce w nieco innych okolicznościach? Oto stateczny ojciec rodziny podczas świątecznego obiadu wstaje i obwieszcza: – spotkałem miłość mojego życia, dlatego zostawiam żonę i dzieci, bo muszę przecież iść za głosem serca. W odpowiedzi na to wyznanie bliscy zaczynają klaskać. Po chwili taka sama deklaracja ląduje na portalu społeczościowym – tam natychmiast znajomi wspierają go dobrym słowem: „gratulacje”, „szczęścia na nowej drodze życia”, „brawo za odwagę”. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby takiej reakcji za właściwą. 

Czwartkowe wydarzenia dobitnie pokazały, że mamy w Kościele wielki problem. I nie jest nim tylko tragedia odejścia tego czy tamtego kapłana. Problemem są reakcje ludzi: przyjaciół, parafian, czasem całkiem obcych ludzi, świadczące o tym, że – choć obecni w Kościele – nie słuchają tego, co jest w nim głoszone.

„Gratuluję odwagi”, „męska decyzja” – przewija się w wielu komentarzach. „dobrze, że odszedł, bo drugi człowiek zawsze jest najważniejszy”, „każdy ma prawo być szczęśliwy” – piszą inni.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Ks. Adam Bilski: “List otwarty do księdza”

 

I choć słowa te wydają się być przepełnione życzliwością do byłego już księdza, to w rzeczywistości pokazują smutną prawdę o ich autorach – ludziach, którzy mylą szczęście z chwilową przyjemnością. Wartości takie jak odpowiedzialność, honor czy wierność mają dla nich znaczenie tylko wtedy, kiedy można je wykorzystać do zaspokojenia bieżących zachcianek. Ale gdy tylko trzeba ponieść jakąś ofiarę, natychmiast wyciągają sztandar z napisem „prawo do szczęścia” i ochoczo łopoczą nim przed oczami wszystkich, którzy ośmielają się przypomnieć o jakichś tam nieżyciowych zasadach.

 

„Pozostaje być miłosiernym. Nie oceniać, akceptować” – czytam dalej w komentarzach. Racja! Trzeba być miłosiernym. Ale miłosierdzie nie oznacza akceptacji zła. Miłosierdzie to nazwanie grzechu – grzechem i wskazanie na Jezusa, który jest ratunkiem dla upadającego człowieka. Miłosierdzie oznacza pomoc drugiemu w wyjściu z bagna, a nie milczące przyglądanie się, jak w nim tonie. A związek kapłana z kobietą jest grzechem, nawet gdyby wszyscy komentatorzy świata krzyczeli inaczej.

Kilka lat temu ważny dla mnie kapłan zdecydował o „porzuceniu sutanny”. I choć nie zrobił tego w blasku reflektorów, to tylko Pan Bóg wie, ile kosztowała mnie jego decyzja. Ile łez zostało wylanych z żalu, że człowiek, który miał być przewodnikiem, sam pobłądził. Ile godzin spędzonych na rozważaniach, czy mogę ufać słowom, które słyszałam od niego w konfesjonale. I ile lat upłynęło, nim znowu zaufałam na tyle, aby dać się w kierownictwie duchowym poprowadzić innemu kapłanowi.

 

Każdy odchodzący ksiądz pozostawia za sobą zgliszcza w sercach tych, którzy go słuchali i w oparciu o jego słowo budowali swoją relację z Bogiem. Parafia, z której proboszcz odszedł w tak spektakularnych okolicznościach, już zawsze będzie żyła z głęboką raną, a jego następca stanie przed trudnym zadaniem odbudowania pokiereszowanej wspólnoty. Nonszalanckie podśpiewywanie „nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” jest tylko próbą schowania tej rany pod brudnym opatrunkiem.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Zamiast muzycznej kariery, wybrał kapłaństwo

 

Na Twitterze opublikowałam wpis, w którym zauważyłam, że ludzie pochwalający decyzję odchodzącego kapłana mają zdeformowane sumienia. Wydawałoby się, że nie napisałam nic odkrywczego – w końcu jeśli człowiek w swoim sumieniu nazywa zło dobrem, daje świadectwo deformacji tegoż sumienia. Z komentarzy dowiedziałam się dużo o… sobie: swoich kompetencjach zawodowych jako psychologa, własnych problemach psychicznych, ba – nawet o tym, że hańbię dobre imię Ślązaków i pochwalam pedofilię. Chociaż nigdy nie ukrywałam swojej wiary, pierwszy raz spotkałam się z tak gwałtownym atakiem ad personam ze strony całkiem obcych mi ludzi. Tyle, że atak najczęściej jest formą obrony – w tym wypadku obrony swojej wygodnej wizji świata, w której wartości są w cenie tylko wówczas, kiedy służą bieżącej przyjemności.

 

W śląskiej parafii trwa modlitwa za byłego proboszcza. Wielu parafian indywidualnie podjęło również post w jego intencji. Nie potępiają, nie przekreślają dobra, jakie wydarzyło się dzięki jego zaangażowaniu. Ale nie udają, że wszystko jest w porządku. Nie jest – stracili ojca, pasterza, przewodnika. I tak, jak on kiedyś im służył, teraz oni służą mu jak mogą najlepiej – prosząc Boga o łaskę nawrócenia dla niego. I to jedyna godna katolików odpowiedź na dramat, którego są świadkami.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Dlaczego chodzimy?

Dziecko zapytało kiedyś ojca: Tato, dlaczego ci ludzie na rynku tak chodzą i chodzą za księdzem w Boże Ciało? – Ojciec przyznał, że nie wiedział co odpowiedzieć. Kilka lat później przestał „chodzić”.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego chodzimy?
Dziecko zapytało kiedyś ojca: Tato, dlaczego ci ludzie na rynku tak chodzą i chodzą za księdzem w Boże Ciało? – Ojciec przyznał, że nie wiedział co odpowiedzieć. Kilka lat później przestał „chodzić”.

Gdyby ktoś zupełnie niewtajemniczony zapytał o procesję Bożego Ciała, to co mu powiemy? Monstrancja, ukryty w niej biały opłatek, ksiądz w uroczystych szatach, pięknie haftowany baldachim, odświętnie odziany tłum, dziewczynki w białych sukniach sypią płatki róż, wszyscy idą ulicami od ołtarza do ołtarza, a tych ołtarzy jest cztery. Wszyscy to widzą. Ale żeby to wszystko wyjaśnić, konieczna jest choćby krótka opowieść o Jezusie, który był Bogiem i który, żeby odkupić ludzkie grzechy i stworzyć ludziom szansę powrotu do utraconej harmonii, zginął straszną śmiercią niewolnika na krzyżu, ale wcześniej zebrał swych uczniów i ofiarował im pamiątkę, wyprzedzając to, co się niebawem stanie – Swoje Ciało i Krew. Polecił im celebrowanie tej pamiątki i ustanowił Dwunastu, przyjął kielich cierpienia od Ojca, przeszedł męczarnię i odrzucenie, zmarł na krzyżu i po złożeniu do grobu trzeciego dnia zmartwychwstał.

Tyle można powiedzieć o powodach i korzeniach tego święta. Dorzucić rys historyczny, wspomnieć o św. Juliannie i jej objawieniach, o tym, że jej intuicję podjęli uczeni teologowie, w diecezji Liege po raz pierwszy obchodzono to święto, a w Polsce od XIV wieku. I że świętowanie w ciągu wieków wytworzyło specyficzne rytuały i zwyczaje, że było też ukrytą polemiką z heretykami, którzy kwestionowali prawdę o realnej obecności Chrystusa w Eucharystii, ale że jest w nim posmak tryumfu, ale nade wszystko – jest publicznym świadectwem wiary, która tkwi w głębi serca „chodzących”. Tak naprawdę każde święto kościelne zawiera w sobie historię Wcielenia, życia ziemskiego, śmierci i chwalebnego Zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, ale to różni się od innych zasadniczo – wszystkie celebrowane są w murach świątyni, co najwyżej na jej dziedzińcu, a tu wychodzi się na ulice i place, wyłącza ruch, służby porządkowe się włączają… Dlaczego?

Z powodu wiary w Obecność. Z tego, że to nie biały opłatek, a Osoba. Z tego bierze się wszystko. A w uczestnikach od wieków odbija się pogłos wszystkich spotkań z Jezusem, gdy Ten chodził po ziemi i które skwapliwie odnotowują Ewangeliści. Gdy raz się Go spotka, zmienia się wszystko, zostawia biznes i doczesne sprawy, idzie za Nim, bo inaczej nie można, życie utraciłoby smak i w sumie nie ma gdzie iść i choć to krok ryzykowny i niepewny, zmieniają się wszystkie trajektorie, a człowiek traci kontrolę. Ale to nie wszystko. Gdy się Go spotka, nie można tego skarbu zachować dla siebie, to spotkanie jest szczęściem, które rozsadza od środka i każe mówić napotkanym ludziom „Spotkaliśmy Pana”, „On jest Mesjaszem”, „jest Emmanuelem, Bogiem z nami”.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Zróbcie Mu miejsce

 

A po Jego śmierci nie przestaje zadziwiać kolejnych wyznawców, tak że nie wystarczy im świątynia, trzeba z tym wyjść, podzielić się radością, zachwytem i dumą. Z wiary idzie się na tę procesję. Z wdzięczności i nieustającego zdumienia, że jest tak blisko i że wciąż przybywa – Święty nad Świętymi, Pan i Stwórca świata, choć ukryty i bezbronny w ludzkich rękach.

Z powodu wiary wychodzimy i odbywamy tę niezrozumiałą dla postronnych, a tak pełną znaczeń wędrówkę. I dopóki wiara będzie w nas, będzie nas do tego mobilizować.  

Z powodu wiary wychodzimy i odbywamy tę niezrozumiałą dla postronnych, a tak pełną znaczeń wędrówkę. I dopóki wiara będzie w nas, będzie nas do tego mobilizować.  

Ta demonstracja może ustać tylko z dwóch powodów. Ponieważ władze tego świata jej zabronią i dzieje totalitaryzmów pokazują, że zazdrośni o całkowite panowania Boga, pragnący zająć Jego miejsce, będą próbować zepchnąć ją w sferę prywatną. Tak działo się we wszystkich krajach, w których ludzie są zniewoleni – procesje znikają, bo są zakazane, rozpoczyna się czas prześladowań i katakumbowych wyznawców.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi

 

Wbrew temu, co się może wydawać, nie jest to najgorszy scenariusz. Jest powód znacznie gorszy, najgorszy. Ten wariant ma miejsce wówczas, gdy ojciec nie potrafi odpowiedzieć dziecku na pytanie, dlaczego ci ludzie tak chodzą. Gdy odpowiedź nie wypływa z wiary, a z automatyzmu tradycji, przyzwyczajenia, letniości, zaczyna się chwiejność. Lub z lęku przed śmiesznością, szyderstwem wszystko wiedzących modnisiów lub atakiem bluźnierców. Albo z fałszywej pokory nakazująca, by tak się z tą swoją wiarą nie obnosić, nie paradować i pysznić…

Zdumiało mnie kiedyś, że Jan Paweł II modlił się o przymnożenie wiary w żywą obecność Chrystusa w Eucharystii. On? Ten wielki mistyk? Serio o to prosił człowiek, który żył w takiej bliskości Boga? – Tak, prosił o rzecz podstawową. Bo gdy przestaniemy chodzić z wiarą po rynku, wszelkie nasze „chodzenie” utraci cel, sens oraz smak.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >