Zbrodnie i gościnność

W Libanie mieszka około 2 milionów chrześcijan. W swoich domach przygotowali gościnę i przyjęli 500 tysięcy braci w wierze. Czy my bylibyśmy zdolni do pomocy na taką skalę?

Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

W święto Matki Bożej Siewnej, przy odpustowym stole, rozmawiałem z księdzem, który z racji zainteresowań naukowych i osobistej pasji często odwiedza chrześcijańskie Kościoły na Bliskim Wschodzie. W czerwcu, a więc zaledwie trzy miesiące temu, wrócił z Libanu. Przez te trzy miesiące gwałtownie zmieniło się oblicze świata, ale już w czerwcu trwała gehenna syryjskich i irackich chrześcijan. Trwa przecież od lat.

Chciałem tu napisać nie o tym, ilu naszych współwyznawców zostało przegnanych z poszczególnych krajów Bliskiego wschodu; nawet nie o przerażających statystykach dotyczących chrześcijan mordowanych na tamtym obszarze ziemi.

Dowiedziałem się od swego rozmówcy, ilu chrześcijan przegnanych wojną i nienawiścią religijną mogło pozostać na Bliskich Wschodzie. Zostali wprawdzie nie u siebie, ale bardzo blisko tego „u siebie” – konkretnie u wyznających tą samą wiarę sąsiadów zza granicy.

W Libanie mieszka około 2 milionów chrześcijan. W swoich domach przygotowali gościnę i przyjęli 500 tysięcy braci w wierze. Pisząc inaczej:

Czterech wyznawców Chrystusa zamieszkujących ziemię wcale nie łatwą, przygotowało gościnę dla jednego sponiewieranego i wydziedziczonego ze swej ojcowizny współwyznawcy.

Oczywiście, że niektórzy z nich mieli łatwiej, bo otwarli drzwi dla kuzynostwa czy znajomych własnej ciotki. Jasna rzecz, że waleni po głowach pałką idiotycznej poprawności niektórzy spośród nas mogą bezwstydnie żachnąć się: „Jak to współwyznawców? To tam już nie liczy się człowiek, tylko jego wiara, a Jazydów to nie przyjęli!” (naprawdę wyobrażam sobie, że możliwe jest u nas wypowiadanie takich bredni na głos).

Warto jednak przede wszystkim wobec takiego świadectwa, a myślę, że nawet znaku czasu, zreflektować się, co do naszej własnej zdolności do – nazwijmy to: gościnności i pomocy. Wcale nie tylko dlatego, że wymaga tego chwila obecna.

Także dlatego, że zasuwając przez życie, z głoszoną przez rządzących Polską, prędkością światła (10 lat świetlnych) możemy nie zorientować się, kiedy sami – całkowicie bezwiednie – staniemy się chwilowymi gospodarzami, a w lepszej wersji sąsiadami, dotychczasowych mieszkańców bardzo ciasnego Bliskiego Wschodu. Oni wcale nie ukrywają tego, że prą do szeroko pojmowanej Europy. Wcale nie przybywają tutaj wybierani według klucza sympatii do nas, czy znoszonego we własnych rodzinach ubóstwa. Wówczas nie będziemy mieć żadnego wpływu na wyznawany przez przybyszów światopogląd, uznawany i broniony świat wartości oraz przeżywaną energicznie wiarę.

Ksiądz, mój rozmówca, zadał mi pytanie o gotowość, a może tylko teoretyczną możliwość… okazania pomocy i gościnności, póki na to czas, ludziom, którzy wyznają takie same wartości, bardzo poważnie traktują i głęboko przeżywają tę samą wiarę, dobrze znają bliskowschodną kulturę i świetnie posługują się językiem arabskim.

Właściwe ich potraktowanie to nie tylko nasza powinność religijna, to raczej wielka szansa, w porze, kiedy nadciągają olbrzymie zagrożenia.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Ks. Krzysztof Cebula

Ks. Krzysztof Cebula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

Lekcja ateizmu

Na słowo ateizacja wypowiedziane w tonie serdecznym niczym poranne powitanie radiowca z zasady dostaję świerzbu i ataku alergii. Niewiele ono znaczy, ale paradoksalnie wiele może zepsuć. Póki jednak jego realizacja jest równie nieudolna jak dotychczas, śpię spokojnie.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Profesor Hartman, maskotka polskich ateistów i samozwańczy awatar Kazimierza Łyszczyńskiego na swoim internetowym blogu prowadzonym dla Polityki taką właśnie ateizację nam proponuje. Jest to dla niego przeciwwaga dla katechizacji w szkołach publicznych. To, że przyjmując taką retorykę wylewa dziecko z kąpielą, bo postawienie ateizmu i chrześcijaństwa na dwóch szalach wagi równa ateizm z religią, przed czym antyklerykałowie wzbraniają się rękami i nogami, nie przychodzi profesorowi do głowy. Żeby było ciekawiej – nie to w tym tekście jest najśmieszniejsze!

Twierdzi bowiem, że przeprowadzanie takich zajęć to korzystanie z prawa, które nie tylko księżom się należy, ale i jemu. Że ateiści mają podpisany z państwem konkordat, przyznaję, nie słyszałem, ale kopii nie ma o co kruszyć póki profesor swą katedrę prowadzi jedynie w gazetach i internecie. Pierwszą lekcję proponuje spożytkować na życiorys Jezusa i wczesną historię chrześcijaństwa. I tutaj trzeba już zapiąć pasy.

Wykład bowiem rozpoczyna się (niczym w mateuszowej Ewangelii!) od wykazania rdzennego żydostwa Jezusa. Tonem odkrywcy profesor podaje informację o której nie wątpiło żadne pokolenie chrześcijan ni w wieku I, ni w XXI. Problem w tym, że z tej informacji wyrasta inna – zupełnie niedorzeczna. Był naprawdę dobrym Żydem. Jego uczniowie i wyznawcy, przynajmniej przez pierwsze stulecia, również nimi byli – twierdzi. Kiedy zatem zrodziło się chrześcijaństwo? Proces odrywania się chrześcijaństwa od judaizmu trwał kilka stuleci. Cezurą jest złamanie przez wyznawców Jezusa fundamentalnej zasady judaizmu, mówiącej, że Bóg jest jeden w jednej osobie.

Żeby wykazać kompletny brak podstawowej (nie mówiąc o profesorskiej) znajomości tematu wystarczy zadać sobie trud otworzenia Pisma Świętego. Św. Łukasz pisze, że w Antiochii Syryjskiej po raz pierwszy nazwano wyznawców Jezusa chrześcijanami (Dz 1,26). Oznacza to, że świat pogański odróżniał Żydów od chrześcijan już przed rokiem 70. Zresztą z tym miastem silnie związana jest postać św. Pawła, który przed chrztem zajmował się polowaniem na wyznawców Mesjasza z ramienia żydowskiego arcykapłana ergo Żydzi nie byli nierozgarnięci tak, jak przypisuje im to profesor i nie potrzebowali Soboru Konstantynopolskiego, by zobaczyć, że coś im nie gra.

Tymczasem po kilku stuleciach chrześcijanie zaczęli oddawać cześć należną Bogu nie komu innemu, tylko Żydowi-Jezusowi, uznając go w końcu prawie powszechnie za jedną z osób boskich. A to wg profesora mogłoby Jezusa prawdziwie rozwścieczyć. Jeśli wziąć pod uwagę błogosławieństwo, a nie przekleństwo, jakim pod Cezareą Filipową obdarzył Piotra Jezus w reakcji na wyznanie: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego (Mt 16,16) oraz deklarację samego Jezusa: Ja i Ojciec jedno jesteśmy (J 10, 30), widać, że antyewangelizacja profesora jest cienka jak mysie powieki.

Naprawdę sądzicie, że Jezus chciałby, abyście obrażali pamięć jego ojca, sugerując, że był impotentem lub nie spełniał swych małżeńskich obowiązków? – tyle na temat rozumienia dziewictwa Maryi przez człowieka z tytułem profesorskim. I odpowiadając na pytanie: owszem, sądzimy, że Jezus chciałby, aby o Jego Matce mówiono tylko prawdę i jeśli nie obchodziło Go zdanie tych, którzy mieli możliwość go ukamienować lub ukrzyżować, tym mniej przejmowałby się opinią ludzi, dla których najwyraźniej dziewictwo jest osiagalne jedynie w wyniku impotencji.

Te i inne kwiatki możemy powąchać w najnowszej notce lidera Marszu Ateistów. Smród, który wydają to nawóz dezinformacji, a czytanie podobnych bzdur przypomina jego przerzucanie. Smutne to w sumie i niezbyt przyjemne.

I w sumie jeśli główną katedrę antyewangelizacji ma prowadzić prof. Hartman, to chyba już się nie obawiam ateizacji. Nie takiej.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >