Nasze projekty
Tomasz Adamski

Sutanna. Nieme świadectwo

Ilekroć otwieram głowę, by uporządkować sobie ten temat, tylekroć dostrzegam w niej mętlik, feerię splątanych myśli i uczuć. Zrozumienie dla normalności i wyrozumiałość miesza mi się z naturalnym odruchem sprzeciwu.

Reklama

Parę lat temu jechałem samochodem z pewnym diakonem. Problem w tym, że w prowadzeniu pojazdu był równie dobry jak ja w odchudzaniu. Swieżak kompletny, ale uspokajałem go. Droga prosta, znałem trasę. Kłopoty zaczęły się, gdy pomylił skręt, więc trzeba było zacząć kombinować. Zaufanie do mnie wyłączyło mu opcję samodzielnego myślenia. Pomijając nieistotne szczegóły: informację, którędy będziemy jechać przyjął jako komendę do natychmiastowego wykonania i wyjechał w poprzek drogi. Kierowca z naszej lewej strony cudem wyhamował i zaczął wydobywać nieznane mu dotąd rejestry ze swojego klaksonu, żywo gestykulując i nie szczędząc niewybrednych, choć ledwo słyszalnych słów.

 

Pierwszą reakcją diakona nie była jednak natychmiastowa naprawa błędu, ale wyciągnięcie koloratki spod kołnierza i schowanie do kieszeni. A przecież Bóg właśnie cudem uratował nam życie! Pamiętam ten obraz jako szczególnie smutny, choć przecież wyszedłem bez szwanku z ciemnej doliny.

Reklama
Reklama

 

Jakiś czas temu głośna była w Internecie historia ks. Adama – kapłana bardzo przywiązanego do swojej sutanny, który nie ściągnął jej nawet podczas maratonu. Na czternastym kilometrze biegu jeden z zawodników przed księdzem zasłabł. Ratownicy rozpoczęli walkę o jego życie, uczestnicy zaś – zapewne zdziwieni widokiem – zaczęli wołać nadbiegającego z oddali duchownego. Zdążył przed śmiercią zawodnika, aby udzielić absolucji. Jak sam pisze: Opatrzność.

 

Reklama
Reklama

Dlaczego uczestnicy byli zdziwieni takim widokiem? Fakt, przypięty do sutanny numerek startowy to dość dziwne połączenie, ale ona szokowała już bez dodatków. Jeszcze niedawno tak zwyczajna, dziś pełni funkcję cyrkowej atrakcji. Częściej niż na ulicach czy – o zgrozo! – przy parafiach widać ją jako obiekt kabaretowych drwin lub okładkowy synonim zgorszenia medialnych detektywów – strażników moralności.

A jednak dla mnie, świeckiego (wiem, nam łatwo mówić), rezygnacja z rozpoznawalności jaką daje zwykła koloratka jest zaniedbaniem, które może mieć poważne konsekwencje. To znaczne ograniczenie szansy na zmianę czyjegoś życia. Jest rezygnacją z bycia bohaterem, kimś więcej, niż księdzem Janem Kowalskim. Wyzbycie się anonimowości poprzez noszenie sutanny równa się nieustannemu narażaniu się na przygody dostępne tylko dla wybranych. Bóg zarezerwował najszlachetniejsze znaki niebieskiego dobra dla swoich emisariuszy, bo oni sami są znakami. A jak pisał Prymas Wyszyński: Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga.

 

Reklama

Czyżby się bali? Wskazywanie na Boga nigdy nie było rzeczą najłatwiejszą, a z wieku na wiek pewnie jest trudniej, ale cóż innego stanowi esencję kapłaństwa, jeśli nie ten krzyż? Poza tym ilekroć słyszę o strachu, widzę w myślach zaczepiane co krok, często zniedołężniałe, starsze zakonnice w naszych autobusach, tramwajach, na ulicach, w urzędach…

 

Zresztą, z własnego doświadczenia znam tylko jedną prawidłowość: nigdy nie spotkałem złego duszpasterza noszącego koloratkę wszędzie. Z księżmi dającymi świadectwo reglamentowane – koloratka i sutanna dla wybranych – bywało różnie.

 

Z ciężkim sercem się myśli, że jeszcze niedawno zwrot zrzucił sutannę oznaczał odejście z kapłaństwa. Dziś to synonim nowej ewangelizacji, bycia bliżej ludzi, zmniejszania dystansu… Chyba nie tędy droga.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite