video-jav.net

Sutanna. Nieme świadectwo

Ilekroć otwieram głowę, by uporządkować sobie ten temat, tylekroć dostrzegam w niej mętlik, feerię splątanych myśli i uczuć. Zrozumienie dla normalności i wyrozumiałość miesza mi się z naturalnym odruchem sprzeciwu.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Parę lat temu jechałem samochodem z pewnym diakonem. Problem w tym, że w prowadzeniu pojazdu był równie dobry jak ja w odchudzaniu. Swieżak kompletny, ale uspokajałem go. Droga prosta, znałem trasę. Kłopoty zaczęły się, gdy pomylił skręt, więc trzeba było zacząć kombinować. Zaufanie do mnie wyłączyło mu opcję samodzielnego myślenia. Pomijając nieistotne szczegóły: informację, którędy będziemy jechać przyjął jako komendę do natychmiastowego wykonania i wyjechał w poprzek drogi. Kierowca z naszej lewej strony cudem wyhamował i zaczął wydobywać nieznane mu dotąd rejestry ze swojego klaksonu, żywo gestykulując i nie szczędząc niewybrednych, choć ledwo słyszalnych słów.

Pierwszą reakcją diakona nie była jednak natychmiastowa naprawa błędu, ale wyciągnięcie koloratki spod kołnierza i schowanie do kieszeni. A przecież Bóg właśnie cudem uratował nam życie! Pamiętam ten obraz jako szczególnie smutny, choć przecież wyszedłem bez szwanku z ciemnej doliny.

Jakiś czas temu głośna była w Internecie historia ks. Adama – kapłana bardzo przywiązanego do swojej sutanny, który nie ściągnął jej nawet podczas maratonu. Na czternastym kilometrze biegu jeden z zawodników przed księdzem zasłabł. Ratownicy rozpoczęli walkę o jego życie, uczestnicy zaś – zapewne zdziwieni widokiem – zaczęli wołać nadbiegającego z oddali duchownego. Zdążył przed śmiercią zawodnika, aby udzielić absolucji. Jak sam pisze: Opatrzność.

Dlaczego uczestnicy byli zdziwieni takim widokiem? Fakt, przypięty do sutanny numerek startowy to dość dziwne połączenie, ale ona szokowała już bez dodatków. Jeszcze niedawno tak zwyczajna, dziś pełni funkcję cyrkowej atrakcji. Częściej niż na ulicach czy – o zgrozo! – przy parafiach widać ją jako obiekt kabaretowych drwin lub okładkowy synonim zgorszenia medialnych detektywów – strażników moralności.

A jednak dla mnie, świeckiego (wiem, nam łatwo mówić), rezygnacja z rozpoznawalności jaką daje zwykła koloratka jest zaniedbaniem, które może mieć poważne konsekwencje. To znaczne ograniczenie szansy na zmianę czyjegoś życia. Jest rezygnacją z bycia bohaterem, kimś więcej, niż księdzem Janem Kowalskim. Wyzbycie się anonimowości poprzez noszenie sutanny równa się nieustannemu narażaniu się na przygody dostępne tylko dla wybranych. Bóg zarezerwował najszlachetniejsze znaki niebieskiego dobra dla swoich emisariuszy, bo oni sami są znakami. A jak pisał Prymas Wyszyński: Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga.

Czyżby się bali? Wskazywanie na Boga nigdy nie było rzeczą najłatwiejszą, a z wieku na wiek pewnie jest trudniej, ale cóż innego stanowi esencję kapłaństwa, jeśli nie ten krzyż? Poza tym ilekroć słyszę o strachu, widzę w myślach zaczepiane co krok, często zniedołężniałe, starsze zakonnice w naszych autobusach, tramwajach, na ulicach, w urzędach…

Zresztą, z własnego doświadczenia znam tylko jedną prawidłowość: nigdy nie spotkałem złego duszpasterza noszącego koloratkę wszędzie. Z księżmi dającymi świadectwo reglamentowane – koloratka i sutanna dla wybranych – bywało różnie.

Z ciężkim sercem się myśli, że jeszcze niedawno zwrot zrzucił sutannę oznaczał odejście z kapłaństwa. Dziś to synonim nowej ewangelizacji, bycia bliżej ludzi, zmniejszania dystansu… Chyba nie tędy droga.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Pociski tolerancji

Stara, prosta zasada mówi, że jeśli ktoś ma rację i wie, że ją ma - kłamać nie musi. Gdy delikwenta łapie się na oszustwie z całą pewnością można stwierdzić, że nie ma czystych intencji.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie pierwszy raz coś podobnego dostrzegam na łamach Gazety Wyborczej, ale do samego oszustwa wrócę pod koniec. Teraz meritum, czyli o Dariuszu Michalczewskim, który jak przystało na Tygrysa rzuca się do gardła przeciwnikom wyznawców sześciokolorowej tęczy.

Że wstąpił w ich szeregi – rozumiem, szanuję. Że z premedytacją nazywa się ich sojuszniczką – mniej, ale nic mi do tego. Ale, gdy ktoś obrasta w piórka eksperta w dziedzinie, o której wiedzę ma podobną, jaką ma grudzień o upałach, wtedy trudno mi milczeć. Człowiek, który nie zwykł zaznawać nokautów między ringowymi linami gada tak, że wyrównanego pojedynku nie wróżyłbym mu nawet z tzw. szarym, niedzielnym katolikiem.

Moim zdaniem dyskryminowanie innych nie ma nic wspólnego z wiarą. Tak robią zacofani pseudokatolicy. Katolik jest tolerancyjny, kocha bliźniego swego jak siebie samego. Ja sam jestem katolikiem i uważam, że tolerancja dla osób LGBT jest jak najbardziej w zgodzie z moją wiarą. Bezgraniczna tolerancja nowego autorytetu Redaktorów z Czerskiej, która nie pozwala się odciąć od nikogo, dopóki nie okaże się zacofanym katolikiem jest co najwyżej dziwna, ale miłość, która zakłada kaganiec i wpycha proste upomnienia w sferę tabu – przerażająca.

Pociski tolerancji

Dobrym katolikiem jest ten, kto kocha ludzi – konstatuje człowiek, który przecież tę puentowaną właśnie myśl rozpoczął dzieleniem i wyzywaniem od pseudokatolików. Sformułowanie: ja sam jestem katolikiem brzmi w tym kontekście po prostu złowróżebnie. Faktycznie, w takim katolicyzmie człowiek jest sam.

Niech mi pani powie – kto powiedział, że kobieta nie może kochać kobiety a mężczyzna mężczyzny? – zadaje wreszcie pytanie, o którym pragnę wierzyć, że jest retoryczne. Otóż Bóg tak rzekł. Ten sam Bóg, w którego były bokser rzekomo wierzy i robi to lepiej niż inni, wszak – co udowodnił  – nie dzieli ludzi na gorszych i lepszych. Ale wiadomo, że definicją katolika jest miłość bliźniego. Boga niekoniecznie.

Co w tym wszystkim jest najciekawsze? Otóż na pytanie o dokształcanie swojego syna z ruchu LGBT sojuszniczka tego środowiska odpowiada, że dzieciak jest jeszcze za mały. Tymczasem – jeśli nie myli się Wikipedia – najmłodszy syn skończył właśnie 5 lat. Gdyby nie żył w zacofanym katolandzie, ale np. w Anglii już byłby przymusowo edukowany o swojej seksualności. A w Niemczech – do których tak mentalnością tęskni były bokser – Dariuszowi Juniorowi zafundowanoby już bardzo dosadną treściowo książkę pt. Skąd się wziąłeś?

Uważać, że pięciolatek jest za mały na seksedukację? Panie Tygrysie, toż to wstecznictwo!

Wreszcie obiecane oszustwo: A niby czemu dwaj kochający się mężczyźni czy dwie kochające się kobiety mają być gorsi? Przecież nawet papież nauczał, że trzeba kochać bliźniego bez względu na kolor skóry czy wyznanie – tak brzmi wstęp do tekstu, który tworzą, jak okazuje się kilka chwil później (a mało osób tu dociera), dwie zmontowane wypowiedzi na różne tematy. Drugie zdanie nie jest wynikowym pierwszego. Gdy interpretuje się je w kontekście (wyznanie, kolor skóry) jest zgodne z rzeczywistością, ale przypisywanie Namiestnikowi Chrystusa słów, że niesakramentalna homopara jest uprawomocniona, równa z heteroseksualną, to jawne kłamstwo.

Ktoś powie – czepialstwo, pierdoła, bzdura. Ale nimi właśnie nasi kochani oświeceni budują sobie obraz kowboja Franciszka – osamotnionego rewolucjonisty, ostatniego sprawiedliwego, z którego feruli niczym z colta unosi się dym po pociskach miłości i tolerancji.

Że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością wielu osobom tłumaczyć nie trzeba. Czytelnikom Gazety Wyborczej – owszem.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >