Państwo i Kościół. Hipokryzja rozdziału

Najkrócej można ten temat zmieścić w następującej myśli: rozdział państwa od Kościoła kończy się w momencie, w którym lokalne władze proszą o odczytanie komunikatu na niedzielnej sumie. Bo taki rozdział to rodzaj weneckiego lustra - wszystko się da, ale w jedną stronę

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Dla części środowisk lewicowych ten postulat stał się nadrzędnym hasłem politycznej i społecznej działalności. Priorytetowość tego hasła spowodowała nawet, że niektórzy – często nieświadomie – powtarzają fałsz o konstytucyjności rozdziału raz motywując tym chęć usunięcia krzyża z sejmowej sali, innym razem – swoje oburzenie dotyczące np. Funduszu Kościelnego. Tymczasem konstytucja mówi o władzach zachowujących bezstronność. Zaś bezstronność, a rozdział – to zupełnie odmienne postawy.

W przestrzeni publicznej funkcjonuje zatem dość popularny stereotyp, że rozdział państwa od Kościoła to kamień węgielny demokracji. Dzieje się tak, ponieważ jedynym jej wzorem jest dla mediów część demokracji zachodnich, w których odcinanie się władz świeckich od katolicyzmu przybiera czasem formy graniczące z wrogością. Jednak nie jest to – wbrew popularnej opinii – jedyna droga.

 

Kościół bowiem – nawet gdyby potraktować go jako czysto ludzką instytucję – ponieważ gromadzi ogromną część społeczeństwa oraz jest wciąż (!) obdarzany przez Polaków niegasnącym zaufaniem, ma pełne prawo zabierać głos w sprawach społecznych. Nie ma zasady, nakazującej Kościołowi milczenie, innej niż autorytarne życzenia grup strzegących swoich partykularnych interesów.

Bo niby jaka? Obawa przed walką Kościoła o korzyści i przywileje dla swoich członków? Wszystkie związki zawodowe przecież mają dokładnie taki cel i nikt nie stawia znaku równości pomiędzy ich usunięciem z życia publicznego i zmartwychwstaniem demokracji. No to może kwestia poglądów? Też nie, bo wolność słowa stawia sobie za cel umożliwienie wyrażenia swoich poglądów wszystkim osobom i grupom, które chcą je zaprezentować. To może…?

 

Tak można jeszcze długo, ale sens jest prosty: poza wolą części środowisk – wyrażaną często w formie lewicowego dogmatu – nie ma uczciwego argumentu uzależniającego wartość i jakość demokracji od wyrugowania Kościoła z życia społecznego.

 

Taka zasada jest zatem pusta. I nie miałbym nic przeciwko jej prezentowaniu – nie moja sprawa, jakie kto przedstawia postulaty – gdyby nie jedna, niesprawiedliwa i piekielnie irytująca rzecz: niekonsekwencja w jej stosowaniu. Bo o ile każdy głos duchownego dotyczący kwestii publicznej jest w najlepszym wypadku podsumowywany uśmiechem politowania, o tyle nieustanne wzywanie do nawrócenia Kościoła przez polityków-proroków, jest traktowane jako wydarzenie jak najbardziej na miejscu.

 

Politycy – przy wsparciu mediów – próbują uzdrawiać demokrację wyrzucaniem Kościoła poza nawias życia publicznego oraz reformować Kościół swoimi mniej lub bardziej oryginalnymi postulatami. Ale gdy nadchodzi okazja, lubią zbierać podpisy pod świątyniami, ustawiać plakaty wyborcze naprzeciw wyjścia z kościołów, czy apelować do parafian, korzystając z gościnności ambony.

Ale to jest jeszcze – powiedzmy – do zrozumienia. Klasyfikacja zmienia się jednak w momencie, który wyznaczają słowa prof. Środy skierowane do ks. Drąga z KODRu w jednym z polsatowskich formatów publicystycznych jeszcze w zeszłym roku: Byłoby cudownie, gdyby Kościół apelował do państwa o…. W ten sam nurt wpisują się ostatnie pochwały wobec biskupów piętnujących ostatnio antysemickie ekscesy na wrocławskim rynku.

 

W przypływie szczerości antyklerykalni lub szerzej: lewicowi publicyści, myśliciele czy działacze nie mają bowiem najmniejszego problemu z Kościołem, który popiera lub potencjalnie popierałby postulat pokrywający się z akurat z ich żądaniami. Ich koniunkturalizm wyższego rzędu ma odwagę piętnować hierarchów jedynie wtedy, gdy prezentują zgoła odmienny punkt widzenia.

 

Dzieje się tak, ponieważ zasada, której na pozór tak hołdują, nie istnieje, jest tylko wydmuszką. Nie chodzi bowiem o Kościół, który z założenia musi założyć sobie kaganiec, ale poszczególne sprawy, w których hierarchowie zabierają głos w sprawach niewygodnych.

 

W innym, mniej konfliktowym wypadku, głos Kościoła jest zawsze życzliwie traktowany. A przecież gdyby chodziło o radykalną zasadę rozdziału, również wtedy powinny pojawić się głosy oburzenia. Prawda?

 

 

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polska wstecznikiem narodów? Obalamy mity

W przestrzeni publicznej funkcjonuje stereotyp, ukazujący Polskę jako kraj cywilizacyjnie zacofany poprzez głęboką historyczną zażyłość z Kościołem. Posługują się nimi autorytety w Polsce, ale również - często za naszym przykładem - ten narodowy wstyd wycieka poza granice Ojczyzny. Czy naprawdę mamy się czego wstydzić?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Podobnie jak wszystkie państwa i narody świata – być może tak. Jednak kulturowe zacofanie z pewnością nie jest dla Polaków jedną z tych rzeczy, a wynikające z niego poczucie zażenowania to kompletnie zbędny bagaż niezdrowych emocji obciążony stereotypami.

 

Ważnym kontrprzykładem dla nich byłaby z pewnością Konstytucja 3 maja, ale z punktu widzenia współczesności jest to dokument symboliczny i kompletnie nieznaczący. Duma z niego jest słuszna, ale dotyka wydarzenia sprzed wielu epok i nurtów. W oderwaniu od bardziej aktualnej problematyki nie jest zatem dobrym argumentem, choć fakt, że jednym z sygnatariuszy pierwszej w Europie Konstytucji był biskup Kossakowski może plastycznie pokazać, że katolicyzm i zdrowy postęp nie muszą wchodzić sobie w drogę.

Mowa o domniemanym zacofaniu Polski opiera się często na dwóch osiach: obyczajowej i religijnej, a w ostatnich miesiącach obie znalazły swoje punkty zapalne: problem homoseksualistów (w perspektywie decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego w lipcu) i dużo świeższy problem uchodźców.

 

Tymczasem mało kto pamięta, że Francja szczycąca się najwcześniejszym w Europie zdepenalizowaniem związków homoseksualnych (1791 r.) wciąż pozostawała w tyle za Polską, która za wyjątkiem okresów zaborów… nigdy nie karała homoseksualizmu! W pierwszym kodeksie wolnej Polski w międzywojniu nie widnieje ten rodzaj przestępstwa, a – dla przykładu – w Hiszpanii, co do której zaszczepia nam się kompleksy, w tym samym czasie stosunki homoseksualne były surowo karane. Zmiana nastąpiła w 1979 r. W Wielkiej Brytanii w latach 70′ również można było z tego tytułu trafić za kratki.

Zachodnia Europa dyskryminowała homoseksualistów i nazywała ich przestępcami, natomiast Polska zachowywała wobec nich rozsądny stosunek – nie obdarowywała przywilejami, ale również nie wtrącała za kratki.

Dla dopełnienia obrazu warto wspomnieć, że na punkcie seksualności wariowały również Stany Zjednoczone, których część karała więzieniem za stosowanie jednej z technik seksualnych. Sądy w Polsce nigdy w świetle prawa nie wchodziły ludziom do sypialni. Tymczasem popularny dziś na świecie model kohabitacji czy konkubinatu był traktowany przez część państw zachodnich niczym prostytucja. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w Niemczech za wynajęcie mieszkania parze mieszkającej przed ślubem karano za kuplerstwo.

 

Wspomniane wyżej praktyki Kościół katolicki jasno określa jako grzech, ale mimo to Polska na tle części świata zachodniego wygląda na pioniera tolerancji wobec nich. Tolerancji niewyróżniającej, nieobdarowującej przywilejami, ale szanującej wybór sumienia.

 

Równie zapomnianą kartką historii są prawa wyborcze kobiet. Wbrew narracji części feministek zarzucających Kościołowi agresywne zaszczepianie szowinistycznego patriarchatu, polityczne upodmiotowienie kobiet miało miejsce w Polsce zaraz po I wojnie światowej. Tym samym wyprzedziliśmy m.in. Holandię (o rok), Wielką Brytanię (o dekadę), czy Francję (aż o 26 lat!).

 

Innym fundamentem dla zarzutów o zacofanie Polski jest oś religijna, sugerująca, że jednolite wyznaniowo katolickie państwo było i jest niezdolne do tolerancji na tym tle. Tu również mamy do czynienia ze szkodliwym stereotypem, który zbiera swoje żniwo w kontekście uchodźców.

Katolicka Polska była w rozpalonej walkami Europie azylem spokoju i wzorowej koegzystencji do tego stopnia, że otrzymała nieformalny tytuł państwa bez stosów. Żydzi, przybywający do Polski z państw prześladujących za judaizm (np. Hiszpania, Niemcy) otrzymali w Polsce przywilej tolerancji religijnej już w drugiej połowie XIII wieku. W tym samym czasie w Anglii szalały pogromy sfinalizowane wygnaniem Żydów w 1290 r.

 

Podobnie było w przypadku wyznań protestanckich łącznie z uznaniem luteranizmu za religię lokalnie oficjalną (Zygmunt I Stary, Prusy, XVI w.). Tolerancyjny prąd myślowy, którego owocem była wielowiekowa religijna gościnność i otwartość Polski na muzułmańskich Tatarów, Żydów, Ormian, czy prawosławnych zaowocował w końcu Aktem Konfederacji Warszawskiej (1573 r.) gwarantującej swobodę wyznania i sumienia. W tym czasie (niecałe pół roku wcześniej) w Paryżu miała miejsce noc św. Bartłomieja.

 

Ale podobnie jak w wypadku Konstytucji 3 maja, wspominanie chlubnej historii nie miałoby swojej wartości, gdyby nie jej wpływ na współczesność, w której wciąż Polska wolna jest od walk religijnych i wyznaniowych, choć gości w swych granicach wielu innowierców. Część z nich to np. potomkowie Tatarów, niektórzy zaś to uchodźcy, których od długiego czasu Polska przy ogromnym wkładzie Kościoła przyjmuje, aby dać schronienie. Przykładem są tu przede wszystkim ośrodki Caritas. Na przykład te w Rybakach na Warmii, w Białymstoku, czy w Zielonej Górze.

 

Żyjemy w pięknym, tolerancyjnym kraju. Jego chlubna historia nie jest materiałem tylko dla pasjonatów i znienawidzoną przez część uczniów treścią nudnawego podręcznika, ale fundamentem wszystkiego, z czego i dziś możemy być dumni. Tolerancyjna i postępowa, katolicka Polska to nie przeszłość, ale teraźniejszość. I oby przyszłość.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >