Nasze projekty

A Jezus nie miał domu

Co kształtuje dziś mentalność i duchowość młodego (oraz średniostarego) pokolenia rodaków? Nie mam wątpliwości: nie Unia, nie Kościół, nie Palikot. Przyszłość Polski układa dziś kredyt hipoteczny.

Reklama

Na kupno lokum za gotówkę stać tylko dziedziców albo innych krezusów, znaczna część z nas dobrowolnie zakłada więc sobie na szyję złotą smycz. Godząc się na to, że przez najbliższych kilkadziesiąt lat (czyli większość życia) zamiast robić w tym świecie rewolucję, będziemy pilnować by co miesiąc dopięła nam się rata. Przerażenie człowieka ogarnia gdy pomyśli sobie, ile genialnych wizji się przeterminuje, ile książek, partytur, wynalazków nie powstanie, bo uznaliśmy za stosowne tak skupić się na zapuszczaniu korzeni, że owocowanie odłożyliśmy na Święty Nigdy. Gdy uświadamiam to ludziom na różnych spotkaniach z miejsca słyszę biadolenie, że "gdyby to był normalny kraj", to młodych ludzi stać byłoby na mieszkanie bez napychania kabzy bankom. Chwilunia. Znaczna część moich znajomych żyjących w krajach dużo zamożniejszych od Polski takiego ciśnienia na nieruchomości (nawet to słowo ma w sobie coś mocno złowieszczego) nie ma. Żyją jak chcą, zgodnie z tym co czują, zmieniając (wraz z całymi rodzinami) lokum czasem i co roku, na dobre osiedlając się bywa że i w okolicach pięćdziesiątki. Po co na portalu było nie było religijnym piszę o hipotecznych kredytach? Bo mam wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo mentalność kredytobiorcy – kogoś, kto gotów jest dziś oddać swoją wolność, by za pięćdziesiąt lat mieć coś w ręku, zatruwa nam również i duchowe życie.

 

A Jezus nie miał domu

Reklama
Reklama

Stara mądrość mówi, że ten świat jest mostem, a na moście nie buduje się domu. Ten pęd do stabilizacji tak po ludzku idzie jednak chyba jakoś zrozumieć. Nic nie przeraża nas przecież na tym świecie bardziej niż bezdomność i osamotnienie. Każdą biedę da się przecież przetrwać, gdy człowiek ma jakiś kąt, kilka swoich rzeczy. Gdy wie, że nawet gdy będzie bardzo ciężko, znajdą się ludzie, którzy pomogą przejść przez zakręty.

 

Czy to jednak nie ciekawe, że Bóg żyjąc na tym świecie rezygnuje z obojga? Rodząc się w kulturze, w której znakiem Bożego błogosławieństwa był dostatek i towarzyska pozycja, wybiera samotność i nędzę. Tak na chłopski rozum: do ilu ówczesnych ludzi Jezus trafiłby szybciej i mocniej, gdyby swoje niewątpliwe talenty zainwestował inaczej?

Reklama
Reklama

 

Gdyby opracował plan, wziął od życia jakiś rodzaj ówczesnego kredytu, oczekując, że za trzydzieści, czterdzieści lat będzie miał narzędzia wpływu o jakich nie śniło się innym religijnym nauczycielom? Teraz trochę wyrzeczeń, może parę kroków do tyłu, zaciśniemy zęby, nie wszystko na raz (zachłanność jest zła), rozsądek – nie jakieś duchowe mrzonki, by w końcu, po siedemdziesiątce wypromieniować z siebie całe to dobro, skrupulatnie pomnażane przez całe ziemskie życie.

 

Reklama

Jezus mógł być dobrze prosperującym rzemieślnikiem, mógł otoczyć się wiernymi przyjaciółmi (tych, jak się wydaje, zaczął mieć dopiero po zmartwychwstaniu), mógł być lokalnym celebrytą, mógł założyć sprawną religijną instytucję. Nie ma nic złego w żadnej z wymienionych rzeczy, a jednak On pokazuje, że każda z nich jest tylko pustym dzbankiem, który żeby miał sens, musi zostać wypełniony miłością. Oddaje wszystko inne, właśnie dlatego żeby pokazać, że tylko to wystarczy. Gdy jest w pełni sił, ledwie po trzydziestce, słyszy swoje: "sprawdzam". Rezygnuje ze wszystkiego, zostając sam, tylko ze swoim "kocham".

 

A Jezus nie miał domu

I nie są to słowa odrealnionego pięknoducha. Byłyby, gdyby historia Jezusa zakończyła się na krzyżu, gdyby przegrał wszystko w pięknym stylu. On jednak wszystko wygrał, bo – tu dochodzimy do sedna całej naszej sprawy – po śmierci jest jeszcze zmartwychwstanie.

 

Nie jakieś zupełnie nowe życie, a kontynuacja (choć w innych okolicznościach) starego. Uwaga, bo to strasznie ważne: to nie jest tak, że w tym życiu obowiązującą walutą są metry kwadratowe, ilość sukcesów, wielbłądów, owiec, Porsche Cayenne i przyjaciół, a w następnym będą już tylko duchowe uniesienia. Chrystus pokazuje: to jest jedno i to samo życie! Jasne, że możesz dziś gromadzić wspomianie wielbłądy, dolary i porschaki, kłopot w tym, że na granicy światów przekonasz się, że waluta obowiązująca po obu stronach jest ta sama – jest nią miłość. A kantoru w chwili śmierci już niestety nie znajdziesz.

 

Wymieniaj więc tu i teraz, póki możesz. Gdy patrzę jak papież Franciszek apeluje o ubóstwo w Kościele, nie mam wcale wrażenia, że chodzi mu o to by móc w Excelu wpisać sobie mniejsze liczby i powiedzieć: ale jesteśmy fajni, tacy chudsi, zgrabniejsi. Bycie biednym nie jest wcale obiektywnie fajniejsze niż bycie bogatym. Sprawa rozgrywa się na zupełnie innym poziomie. Mam wrażenie, że papieżowi chodzi o to, byśmy wreszcie z logiki pilnowania stanu posiadania i czekania na mające nadejść Królestwo, w którym Bóg pochwali nas, że tak ładnie żeśmy to upilnowali, przeszli do otwierania oczu na fakt, że Królestwo Boże, nasza przyszłość, dzieje się tu i teraz! I każdy wybór, którego dokonujemy dziś – wybór partnera, samochodu, pracy, sposobu spędzenia wakacji, powinien być podejmowany nie w perspektywie trzydziestu lat a wieczności. Która naprawdę może zacząć się dla Ciebie już dzisiaj. Przyjdą po Ciebie i co im powiesz: że wielkie rzeczy odłożyłeś na czasy, gdy spłacisz już swoje mieszkanie, gdy dzieci podrosną, gdy już ogarniesz się z całą tą rzeczywistością? Wtedy dasz na biedne dzieci, wtedy będziesz miał czas na modlitwę?

 

A Jezus nie miał domu

Przestań myśleć jak kredytobiorca – pół wieku się porozgrzewam, a później tak skoczę, że wygram. Czas na wielkie sprawy jest dokładnie w tej chwili. To bardzo piękne, że chciałeś kiedyś zrobić coś dobrego, ale jedyne "kiedyś" jakie masz jest dzisiaj. To ważne, czy śmierć zastanie Cię przy liczeniu pieniędzy, czy przy ich rozdawaniu. Czy "gdy zabrzmi trąba sroga" będziesz w dzikim pędzie szukał lokaty na dziesięć procent, czy w ramach przedświątecznych porządków czyścił regały by wyjąć z nich i rozdać swoją dziesięcinę.

 

Czy Jezus, gdyby żył dzisiaj, nie kupiłby więc mieszkania na kredyt? Nie ma nic głupszego niż takie gdybologie. Wiem jedno – ubóstwo Jezusa to nie programowa nędza. Mistrz używał pieniędzy, jadł, pił, gdyby chciał mógłby się z pewnością zapisać do ruchu radykalnych esseńczyków, a tego nie zrobił. Jego ubóstwo to wolność. Jezus to człowiek, który używa rzeczy, a nie jest przez nie używanym. Który nawet jeśli coś ma, nie dopuszcza do sytuacji by to coś miało jego. W którego życiu chodzi o to by tu i teraz kochać Boga i człowieka "na maksa", a cała reszta to komentarze, scenografia, didaskalia.

 

PS. To swoją drogą ciekawe: niby wiemy, że nie da się zagrać "Hamleta" didaskaliami, a mimo to – z jaką konsekwencją wielu z nas wciąż, uparcie próbuje…

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę