Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

Na moich oczach pilotował śmigłowiec, wyjaśniał, czy będzie papieżem, kiedy jego głowa spłynie Tybrem, czy zawsze trzeba mówić całą prawdę, dlaczego Jan Paweł II nazywał go „nagrodą filmową” oraz kiedy nastąpi koniec świata.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Co jest największym wyzwaniem dla Kościoła w Hondurasie?

Zdecydowanie brak edukacji religijnej. W Hondurasie jest wielu ochrzczonych z powodu tradycji rodzinnych, którzy nigdy później nie poczuli potrzeby pogłębiania wiedzy. Nie mamy katechezy w szkołach, katolickich szkół też nie jest wiele. Szacuję, że chrzci się dziewięćdziesiąt procent ludzi, siedemdziesiąt przyjmuje Pierwszą Komunię, połowa bierzmowanie, a jakieś dwadzieścia procent bierze ślub kościelny. Jak uświadomić tym ludziom, że w wierze trzeba wzrastać, uczyć się, poznać argumenty? My nie zawsze dajemy radę i korzystają z tego sekty. Wielu z naszych katolików kerygmat usłyszy w sekcie, nie w Kościele. Ale co zrobić, gdy mam tak niewielu księży w stosunku do liczby wiernych? Są parafie obejmujące miasto liczące siedemdziesiąt tysięcy wiernych i osiemdziesiąt wiosek rozrzuconych w górach. Jak efektywnie służyć tym ludziom? Żeby sensownie przygotować księdza, zaszczepić mu ducha, idee, wrażliwość, dać mu do ręki skarb, który będzie mógł dać ludziom, potrzebuję dziesięciu lat. W sekcie gość bierze do ręki Biblię, wynajmuje jakiś parter czy garaż, maluje sobie szyld i zaczyna nauczać. Sam siebie ustanawia pastorem, sam wybiera sobie fragmenty Pisma, które będzie głosił, zbiera dziesięcinę, psioczy na Kościół katolicki, pokazując, jak jest wielki i zepsuty, otwiera ten swój biznes, kiedy chce, zamyka, kiedy chce, nie ma poczucia odpowiedzialności. My tak nie możemy. Proszę spojrzeć, co oni tu robią (przejeżdżamy obok stadionu bejsbolowego, na który sekta Kościół Strumienie Wody Żywej zwozi właśnie wyznawców dziesiątkami autobusów na jakiś większy event – przyp. S.H.). Będą tu się modlić, krzyczeć, nie mogą przeboleć, że tylu ludzi wciąż przychodzi i przyjeżdża do Suyapy. Są gotowi nawet wynajmować autobusy, by zwieźć tutaj tych ludzi. Oni po prostu nas się boją.

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

Na zdrowy rozum na wejściu do sekty wyłącznie się traci. Wydajesz pieniądze, słuchasz dziwnego gościa, który sam siebie namaścił na autorytet, nie ma realnej wspólnoty. Po co tam iść?

Dla magicznych sztuczek, o których oni mówią, że to cuda. Czasem zachowują się jak profesjonalni iluzjoniści. Od czasu do czasu dadzą komuś parę groszy, coś do jedzenia, jakąś rzecz, którą dostali od bratniej sekty w Stanach. A ponieważ ludzie nie są wyedukowani religijnie, wydaje im się, że chodzenie do sekty to to samo co chodzenie do kościoła. I tu, i tu mówi się o Bogu, produkt ten sam, ale sprzedawca jest bliżej. Oni nie umieją ocenić jakości tego produktu, dostrzec, że to, co wciskają im tamci ludzie, to chłam.

W naszych ludziach jest wielki głód słowa Bożego. Mogę panu wiele o tym opowiedzieć, bo w 2008 roku w Rzymie był synod o słowie Bożym, papież poprosił mnie o przygotowanie wstępu połączonego z analizą sytuacji głoszenia słowa Bożego w Ameryce Łacińskiej. Przyłożyłem się, zrobiłem studium, napisałem pięćdziesiąt trzy strony, a na miejscu usłyszałem, że mam mówić przez dziesięć minut. Odbiję to sobie na panu. Ewangelizacja zaczęła się tu w 1531 roku, w 1536 arcybiskup Meksyku przygotował genialny plan katechez biblijnych, ale w 1545 rozpoczęła się kontrreformacja. Odkąd Luter dał Biblię luteranom, Kościół katolicki zaczął zabierać ją z rąk swoich wiernych. Ja sam nie miałem swojej własnej Biblii, zanim nie zacząłem studiować teologii, a i tak wtedy wolno nam było mieć tylko Nowy Testament. Przez te setki lat wytworzyła się tu więc swoista próżnia słowa Bożego. I oto w tej próżni pojawia się ktoś, kto puka do twoich drzwi i pyta: „Czy słyszałeś już słowo Boże?”. Wielu odpowiada: „O czym ty mówisz?”. Zwłaszcza w trudnych sytuacjach, gdy ktoś kogoś stracił, ktoś zachorował, sekciarze podają im wersety biblijne niosące pocieszenie, robią coś na kształt studium. Ci ludzie czują się lepiej, ksiądz do nich nigdy z tym słowem nie dotarł, decydują więc: ok, będziemy chodzić do tej sekty, ci ludzie naprawdę troszczą się o mnie. Po II Soborze Watykańskim wystartował wielki ruch Los Delegados de la Palabra de Dios, wieśniacy zostali nauczeni, jak urządzać celebracje słowa Bożego w niedziele i święta w swoich kościołach i kaplicach, zaczął się wielki renesans naszej wiary. Kilka  lat temu mieliśmy mniej niż czterystu księży, ale aż trzydzieści tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy celebrowali słowo Boże, czytali je, dawali ludziom. To jest pewne, choć wciąż niedoskonałe antidotum na erozję, jaką powodują sekty.

Znam wiele opracowań dowodzących, że Kościół w tym regionie świata co prawda jeszcze się nie zwija, jak w Europie, ale pod względem dynamizmu ustępuje już znacznie na przykład Kościołowi w Azji.

Absolutnie się z tym nie zgadzam. Widział pan, co działo się w Suyapie. Ja sam bierzmuję ponad tysiąc młodych osób każdego roku. Tak wygląda wytracający  prędkość Kościół? Znam ten region dobrze, wszędzie jest podobnie. Może poza Argentyną, tam sekularyzacja daje się mocniej we znaki, trwa w najlepsze import dziwnych europejskich ideologii. Ale nawet tam wciąż jest ponad sto diecezji, ludzie chodzą do kościołów.

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

Tam Kościół był, zdaje się, trochę za blisko dyktatorów?

Tak się mówi. Ale gdy żyjesz w środku tych terrorystycznych reżimów, wiesz, że aby przeżyć, musisz być roztropny. Nie można nikogo zobowiązać do męczeństwa. Mimo to w Argentynie też byli księża i biskupi, którzy w tamtych ciemnych czasach musieli oddać życie. I proszę mi wierzyć – to wciąż jest bardzo katolicki kontynent, a zagrożeniem wcale nie są dla nas dyktatury, ale niedostatki edukacji religijnej. Jeśli jesteś wyrobiony, uformowany w swojej wierze, nie zmienisz jej, nawet jeśli na chwilę osłabnie. Chrześcijaństwo to nie jest moralność, ideologia, tylko spotkanie Chrystusa. Reszta to komentarze.

Czym jest jednak edukacja religijna, jeśli nie przekazywaniem idei?

W 2007 roku w Aparecidzie w Brazylii mieliśmy konferencję biskupów Ameryki Łacińskiej, gdzie zgodziliśmy się, że nie możemy ewangelizować w sposób, w jaki robiliśmy to do tej pory. Nie można koncentrować się na marketingu albo zredukować ewangelizacji do transmisji idei z jednej głowy do drugiej. Trzeba stworzyć środowisko, w którym człowiek mógłby osobiście spotkać i poznać Chrystusa. To jest teraz nasza misja na tym kontynencie. Obudzić w każdym ochrzczonym potrzebę bycia misjonarzem. Ciągle go pytać: „Jak głosisz kerygmat rodzinie, kolegom z pracy, sąsiadom?”.

Ksiądz kardynał też ciągle pyta polityków, co zrobili, żeby Honduras był lepszym, spokojniejszym krajem. Czy coś z tego wynika?

Moją pracą jest siać, Duch Święty daje wzrost, działa w sercach ludzi. Jasne, że niektórzy mają w tych sercach czarnoziem, a inni piasek, ale ja mam zrobić to, co do mnie należy, i nie obliczać nerwowo współczynników efektywności.

A może trzeba działać jeszcze mocniej? Czy rola Kościoła we współczesnym świecie nie jest wyłącznie duchowa, czy nie powinien bardziej bezpośrednio angażować się w problemy społeczne?

Krzyż Chrystusa ma ramię wertykalne i horyzontalne. I taki ma być Jego Kościół. Prowadzić ludzi do Boga, ale nie zapominać o ziemi. Stać mocno na ziemi, patrząc w Niebo. Tę syntezę apostolskiej misji Kościoła dał Jan XXIII. Paweł VI w Evangelii nuntiandi, magna carta ewangelizacji, pisał że ewangelizacja będzie niekompletna bez promocji wymiaru społecznego. Musimy zachować równowagę dwóch kierunków.

Gdzie jest granica tego społecznego zaangażowania Kościoła?

Miłość nie zna granic.

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

A więc Kościół może zrobić jakąś społeczną rewolucję albo włączyć się w nią?

Nie. Bo rewolucja z użyciem przemocy to już nie jest Ewangelia. Sama Ewangelia jest wystarczającą rewolucją. Zmienia sposób, w jaki myślimy, kochamy, pracujemy. Kiedy Jezus głosił Ewangelię, nie zmieniał struktur, ale sprawiał, że ludzie tworzący te struktury się zmieniali. To jest robota dla Kościoła.

A może jednak pójść krok dalej? Popularna na kontynencie teologia wyzwolenia mówi: „Trzeba dać biednemu chleb, ale i zapytać, dlaczego on nie ma tego chleba”.

Wielu ludzi, którzy o niej mówią, nie ma zielonego pojęcia o teologii wyzwolenia. Widzieli i zafiksowali się tylko na jednym, marginalnym strumieniu tego prądu, akceptującym przemoc jako metodę zmiany chorych społecznych struktur. A to nie jest prawdziwa teologia wyzwolenia. W 2006 roku mieliśmy w Meksyku kongres poświęcony nauce społecznej Kościoła, przygotowujący konferencję w Aparecidzie. Zaprosiliśmy jednego z twórców teologii wyzwolenia, ojca profesora Gustava Gutierreza. I on publicznie mówił o tym, że osiemdziesiąt procent teologii wyzwolenia to po prostu opcja na rzecz ubogich. A to jest integralna część chrześcijaństwa od samego początku, od Jezusa, który przyszedł głosić Dobrą Nowinę ubogim, ludziom, o których nikt się na ziemi nie troszczy, których jedynym punktem odniesienia jest Bóg.

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

Na teologii wyzwolenia wieszano psy, mówiąc, że to zalążek komunizmu w Kościele, podkreślając, jak bardzo nie lubił jej Jan Paweł II.

To nieprawda. Przecież Jan Paweł II sam dał nam w Kościele oficjalną teologię wyzwolenia, tylko że nikt tego nie wie i nie czyta. Proszę wziąć do ręki dwie instrukcje Kongregacji Doktryny Wiary – Libertatis nuntius i Libertatis conscientia, przekona się pan, że to nie jest żadne tabu. Prawda jest jedna – wyzwolenie osiąga się przez Chrystusa. Proszę spojrzeć na tak zwane ruchy wyzwoleńcze w Salwadorze. Co chcieli wyzwolić po dziesięciu latach wojny, dziesiątkach tysięcy zabitych? Nie osiągnęli nic, dopóki nie złożyli broni. To się stało dopiero, gdy sięgnęli dna. Odkryli, że po tylu latach trudów, walk, krwi, cierpień nie posunęli się nigdzie, stoją w miejscu. Zaczęli rozmawiać. A gdy zdecydowali się budować lepszy kraj, promować troskę o biednych nie z karabinem w ręku, lecz w pokoju i wzajemnym szacunku, można było zobaczyć rzeczy nie do pomyślenia: nowa policja została utworzona z członków rządowej gwardii narodowej i ich śmiertelnych wrogów, bojowników z guerilli. Guerille przekształciły się w partię polityczną i działają na demokratycznej scenie. Jasne, że to kosztuje, proszę spojrzeć na następcę arcybiskupa Romero, arcybiskupa Riverę Damasa. To on powiedział: „Dość tego, musimy zacząć rozmawiać”. Był atakowany, również wyzywany od komunistów, ale nie zszedł z drogi do pokoju, bo wiedział, że tylko taki może być mechanizm autentycznej zmiany. Nie będzie żadnego wyzwolenia, dopóki nie zmieni się serce człowieka, zmiana samych struktur nic nie znaczy. W komunizmie mieliście różne niby to wyzwalające struktury, które was tak naprawdę zniewalały. W kapitalizmie też są takie struktury i one też tworzą nowe niewolnictwo.

Zdążymy z tym głoszeniem Ewangelii, zanim Kościół w wielu krajach po prostu nie zniknie?

On będzie istniał, dopóki pan i ja w nim będziemy. Kiedy w Kościele ruszyła posoborowa rewolucja, studiowałem w Rzymie, odchodziło od nas wtedy bardzo wielu braci. Na wielkim spotkaniu salezjanów młody ksiądz zapytał generała: „Proszę ojca, czy nasze zgromadzenie przetrwa?”. On odpowiedział: „Zgromadzenie będzie trwało tak długo, jak będzie trwała moja i twoja wierność”. Proszę pamiętać, że Kościół to nie czysto ludzka instytucja, założył go Chrystus, On go podtrzymuje i wspiera. A plany Pana, czas Pana i Jego język różnią się czasem od naszego. Weźmy dzisiejszą Turcję, jedno z pierwszych centrów chrześcijańskiego świata, północną Afrykę, która rozkwitała chrześcijaństwem w czasach świętego Augustyna. Co to za tajemnica, że to samo słońce daje życie niektórym kwiatom, a inne wypala!

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

W Polsce popularna jest anegdota mówiąca, że każdy biskup pomocniczy jest widocznym znakiem kryzysu Kościoła, bo nie ma przydzielonej żadnej istniejącej diecezji, więc daje mu się jakąś historyczną z terenów, o których ksiądz opowiada.

Świetnie się w tej anegdocie odnajduję. Piętnaście lat byłem biskupem pomocniczym, ze stolicą tytularną w Pudentianie w dawnej Numidii. I każdego dnia przez tych piętnaście lat modliłem się za Pudentianę i za ludzi, którzy tam wierzyli w Chrystusa. Dlaczego dziś nie ma tam już Kościoła, dlaczego jest gdzie indziej? To jest Boża tajemnica. Ale jeśli zaufasz, uwierzysz, że Jezus nie jest na wakacjach, Duch Święty nie uciął sobie drzemki, ale pracuje w sercach ludzi, możesz być spokojny, że Kościół będzie działał aż do końca czasów, może w innych geograficznych i statystycznych okolicznościach, ale będzie. Królestwo zostało zabrane z rąk Żydów. Jeśli Europa nie chce Królestwa, zostanie wam zabrane i dane komuś, kto się na nie otworzy, ale będzie trwało, będzie się rozwijać. Jeśli Europa – zafascynowana technologią i odkryciami – nadal będzie ulegać pokusie manipulowania życiem, nadal będzie czuła się tak dumna i samowystarczalna, by mówić Panu:  „Nie potrzebujemy Cię już”, stanie się to, co opisuje Ewangelia. Jezus przychodzi do Gerazeńczyków i wypędza złe duchy, wpędzając je w stado świń, które biegnie do jeziora. Ci ludzie zyskali życie, choć stracili majątek, to, do czego byli przywiązani. Mówią Jezu- sowi: „Odejdź stąd”. I On odchodzi tam, gdzie będą chcieli Go słuchać.

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

Was kłopoty natury bioetycznej też z pewnością nie ominą.

One już do nas pukają, ale wciąż staramy się uczyć ludzi, jak to wygląda z chrześcijańskiego punktu widzenia. Jeśli coś w tej materii zmieni się na gorsze, pewnie stanie się to dzięki ONZ. Zamiast zapobiegać wojnom i pomagać tym, którzy cierpią, promuje aborcję i jak to nazywają, „prawa seksualne”. Czy to jest zajęcie dla ONZ?

Jak to robią?

Pieniędzmi. Kiedy rząd chce wziąć kredyt, oni mówią, dajmy na to: „ok, ale musicie przyjąć traktat, w myśl którego ludzie dzielą się na: mężczyzn, kobiety, gejów, lesbijki i transseksualistów”. To jest przeciwne naturze. To nie jest prawo. Ale jeśli rząd nie podpisze, będzie miał wiele nacisków i nieprzyjemności. To nie jest organizacja polityczna, oni próbują nam narzucić antropologię inną od chrześcijańskiej.

Nawet w pewnym polskim tygodniku pisano ostatnio o księdzu kardynale, że nie zostanie papieżem, bo był zamieszany w politykę. Konkretnie w przewrót, który usunął z urzędu prezydenta Zelayę. Zelaya, początkowo liberał, później przeszedł na pozycje bliskie Hugo Chavezowi i zamarzyło mu się coś, co w hiszpańskojęzycznym świecie nazywa się „continuismo”, czyli przedłużaniem kadencji oczywiście z wysokich i przeczystych pobudek.

Za to, że nie zostanę papieżem – Bogu niech będą dzięki [śmiech]. A poważnie – jak mogłem uczestniczyć w przewrocie, skoro mnie wtedy tu nie było? Byłem we Włoszech, wracałem do kraju, leciałem przez Houston i tam poinformowano mnie, że loty do Tegucigalpy są odwołane, bo w kraju jest  zamach stanu. Żyję w Ameryce Łacińskiej od wielu lat, widziałem niejeden przewrót i wiem, że to zawsze jest tragedia. Koszmarnie się wtedy martwiłem. W końcu pozwolono nam lecieć. Na lotnisku czekał na mnie mój sufragan, znany już panu biskup Piñeda, zdał mi raport: „Nic nie wiemy, nowe władze mówią, że wysłały Zelayę do Kostaryki”. Przewrót zorganizowano, bo Zelaya właśnie tego dnia chciał przeprowadzić referendum tak zmieniające konstytucję, by można go było wybrać na  drugą kadencję, co jest w naszym kraju zakazane. Sąd Najwyższy i Kongres uznały, że prze- kroczył swoje kompetencje. Wezwałem wszystkich biskupów na pilne zebranie.  Prosiliśmy polityków, żeby wytłumaczyli nam sytuację. Wysłałem biskupa Piñedę do prokuratora generalnego z prośbą o wszystkie dokumenty, napisaliśmy oświadczenie próbujące odpowiedzieć na pytanie, jak patrzeć na te wydarzenia w świetle wiary. Byłem przewodniczącym, musiałem odczytać to publicznie, zrobiłem to w telewizji. Rząd de facto zmanipulował moje wystąpienie. Puszczał je co pół godziny, żeby stworzyć wrażenie, że popieramy przewrót. A myśmy tylko wyjaśniali sytuację, ba – protestowaliśmy przeciw wygnaniu Zelayi do Kostaryki! Po tym jego zwolennicy oskarżali mnie jednak o to, że popieram przewrót, grozili mi śmiercią, dwadzieścia sześć razy malowali hasła na katedrze, nie mogłem odprawić w niej mszy, bo wciąż ją pikietowali, profanowali Najświętszy Sakrament, strzelali do mojego biura, musiałem odprawiać msze w parafialnych kościołach, bez zapowiedzi, ze względów bezpieczeństwa. Zwolennikom Zelayi skończyły się już pieniądze z Wenezueli, więc z tej strony jest spokój. Teraz grożą mi handlarze narkotyków. Przyjmuję to wszystko jako część mojej pracy. Gdy głosisz Ewangelię, zawsze ktoś będzie mówił, że jesteś nie po jego stronie.

Uściślijmy więc – papieżem ksiądz nie zostanie? I jakie to uczucie, gdy człowiek idzie na konklawe i wygląda na to, że wcale nie jest bez szans?

Kiedy kardynałowie wchodzą na konklawe, każdy z nich jest papabile. Ja nigdy o tym nie myślałem, nie myślałem, że będę biskupem albo kardynałem. Pan mi to dał, gdyby dał coś innego, też byłoby to dobre.

Większość włoskich kardynałów nigdy nie wyściubiła nosa poza Włochy, sądzą wszystko według włoskich standardów, nie znają żadnego obcego języka, innych kultur. Tu w Ameryce Łacińskiej spotykałem włoskich nuncjuszy – to co prawda arcybiskupi, ale jednak przedstawiciele kościelnej machiny – którzy nie mówią ani słowa po angielsku. W Watykanie rozgrywają walki o władzę, nie zauważyli, że nie ma już Wschodu i Zachodu, że świat dziś dzieli się na Północ i Południe.

Nie dam się wciągnąć w tę rozmowę, bo utną mi głowę i znajdzie ją pan płynącą Tybrem [śmiech]. Nie jestem żadnym księciem Kościoła, żadną arystokracją, jestem jego sługą. Nie da się robić nowej ewangelizacji, gdy biskup jest daleko od swoich wiernych, gdy oni go nie znają, gdy mogą go tylko oglądać z dystansu podczas wielkich ceremonii. To nie jest metoda.

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

W czym polski Kościół może wam pomóc?

Módlcie się za nas. To naprawdę najważniejsza sprawa. Bardzo potrzebujemy księży. Nie ma sensu przenosić ich tu z Polski, potrzebujecie ich tam, módlcie się więc o powołania. Odpowiedź przychodzi zawsze. Tu zorganizowaliśmy specjalne modlitwy w każdy czwartek, we wszystkich parafiach, adorację Najświętszego Sakramentu w intencji powołań. I w każdym roku mamy coraz więcej kandydatów. Seminarzyści to moje oczko w głowie, dlatego uczę w seminarium, wszystko, co dostaniemy z darów, idzie na seminarium. To dla nas duży wysiłek, nasi seminarzyści nie płacą czesnego, pochodzą często z bardzo biednych rodzin. Może moglibyście nam pomóc ich utrzymać? To dla mnie najważniejsza rzecz.

A świeccy?

Świeckich musi mieć kto uruchomić, więc trzeba postawić na księży. Świeccy i tak są u nas bardzo ważni. Nie chodzi o to, by robić z nich prawie księży, ale by byli aktorami, twórcami Kościoła, tam gdzie żyją i pracują. Tego uczył mnie Jan Paweł II.

To był mój Ojciec, gdy umarł, płakałem jak po śmierci mojego własnego ojca. Byłem jednym z pierwszych nominowanych przez niego biskupów. Wyznaczył mnie na biskupa Paweł VI, byłem wtedy rektorem seminarium salezjańskiego, nominacja przyszła w lutym, w środku roku akademickiego, nie było szans na szybkie znalezienie następcy,  poprosiłem o odroczenie nominacji o kilka miesięcy i Watykan się zgodził. Ale papież umarł w sierpniu. Kolejny, Jan Paweł I, potwierdził moją nominację, ale kilka dni później też umarł. Jan Paweł II zainaugurował pontyfikat 22 października, ja zostałem mianowany biskupem sześć dni później. On zawsze traktował mnie jak syna, może dlatego, że byłem wtedy bardzo młody, miałem zaledwie trzydzieści pięć lat. Kochał Amerykę Łacińską. Za każdym razem kiedy jechałem do Rzymu, ksiądz Dziwisz mówił: „Jak ksiądz przyjedzie, proszę zadzwonić, zjemy lunch razem z Ojcem Świętym”. Wiele razy siedziałem z nim przy stole, ale moje najgłębsze wspomnienia są z kaplicy. Przypominałem sobie wtedy Ewangelię, uczniów, którzy patrzyli na modlącego się Jezusa, i proszących: „Naucz nas się modlić”. Wiele razy koncelebrowałem z nim mszę w jego prywatnej kaplicy. On był zanurzony w Bogu i to się czuło, był mistrzem kontemplacji w życiu codziennym. Na spotkaniach z młodzieżą zamykał oczy, wśród wszystkich tych hałasów i śpiewów, widziało się, że on jest z Chrystusem. Nie tracił przy tym poczucia humoru, często ze mnie żartował. Mam na imię Oscar, więc mówił do mnie czasem: „Witam nagrodę filmową!”. To był świadek Boga dla nas wszystkich. Wzór człowieka i kapłana.

Szymon Hołownia w rozmowie z kardynałem Oscarem Maradiagą, doradcą papieża

Ksiądz zawsze chciał zostać księdzem?

Już po podstawówce, gdy miałem dwanaście lat. Chciałem iść do niższego seminarium salezjanów. Powiedziałem o tym ojcu, powiedział mi: „Ach, więc idziesz do seminarium?”. Odpowiedziałem z dumą: „Tak”.  Na co ojciec: „Nigdzie nie idziesz, jesteś nadaktywny i jutro cię stamtąd odeślą”. Przepłakałem swoje, po czym stwierdziłem: ok, skoro tak – będę pilotem. Poświęciłem awiacji cały czas. Po szkole czytałem książki o lataniu, wszystkie możliwe magazyny. Nauczyłem się angielskiego tylko po to, by czytać wszystko, co się dało, o lataniu. Miałem mnóstwo modeli samolotów, kiedy w końcu poszedłem do seminarium, zostawiłem ich dwieście, wszystkie zbudowane własnymi rękami, własnoręcznie pomalowane. Na jakiś czas zapomniałem o kapłaństwie. Na rok przed ukończeniem szkoły średniej mieliśmy rekolekcje, kaznodzieja powiedział: „Jeśli ktoś z was czuje, że Bóg go woła, niech nie będzie tchórzem, niech nie mówi »Nie«”. To mi zadźwięczało w uszach. Myślałem: Przecież ja nie jestem tchórzem, nie chcę powiedzieć „nie” Jezusowi. Powiedziałem sobie: idę. Ból był wielki, strasznie ciężko było mi zostawiać swoje samoloty. Poszedłem do seminarium salezjańskiego w San Salwadorze. Po pięciu miesiącach zacząłem nowicjat. Złożyłem śluby w 1961 roku, wyświęcono mnie w 1970 w Gwatemali, po dwóch latach jako prefekt studiów w naszym seminarium zostałem wysłany do Rzymu na  studia teologii moralnej, studiowałem też psychologię kliniczną. Kiedy wróciłem, zrobili mnie rektorem naszego seminarium. W 1978 roku zostałem biskupem pomocniczym Tegucigalpy, w 1981 dodatkowo administratorem apostolskim w Santa Rosa de Copan, bo mój arcybiskup nie chciał, żebym zostawiał go w Tegucigalpie, po trzech latach mianowali tam biskupa, mogłem wrócić do stolicy. W 1987 roku zostałem sekretarzem generalnym CELAM, cztery lata mieszkałem w Bogocie, w 1991 roku wróciłem, w 1993 zostałem arcybiskupem.

Czasem mam wrażenie, że od tego czasu zmieniło się wszystko. Kiedy byłem dzieckiem, ludzie żyli u nas średnio czterdzieści dwa lata, dziś  żyją prawie dwa razy dłużej. Populacja rośnie, młodnieje, obecnie czterdzieści dwa procent ludności Hondurasu ma mniej niż piętnaście lat. Systemy z trudem nadążają za zmianami. A Kościół nigdy nie miał tu łatwo, w 1821 roku, w momencie ogłoszenia niepodległości, był tu jeden biskup i piętnastu księży. Przez cztery stulecia, prawie od początku ewangelizacji w 1531 roku cały Honduras stanowił jedną diecezję. W latach osiemdziesiątych XVIII wieku liberałowie zafundowali nam wielki kryzys, skonfiskowali cały majątek Kościoła, przenieśli stolicę z sensownie wybranej przez kolonizatorów Comayaguy na drugą stronę rzeki, do górniczej osady Tegucigalpa. W 1911 roku pojawił się tu internuncjusz, który zarekomendował Watykanowi, żeby ustanowić tu trzy jednostki – archidiecezję, diecezję i wikariat apostolski. Jeden z biskupów, jak głosi legenda, został otruty przez masonów, wakat po jego śmierci trwał piętnaście lat, może pan sobie wyobrazić wszystkie problemy z dyscypliną księży, z formacją. Rdzennego kleru wówczas prawie nie było. Jego następca postanowił ratować sytuację, pojechał do Kanady i do Stanów szukać misjonarzy wśród jezuitów, pojechał też do Europy, namawiając do przyjazdu franciszkanów. Do dziś wszystkich dwunastu honduraskich biskupów to zakonnicy, ale sytuacja zaczyna się zmieniać. Właśnie powstaje kolejna, dziewiąta diecezja, w naszym seminarium mamy coraz więcej powołań. Codziennie przekonuję się, że Chrystus nie pomylił się, nie znudził się światem, zbawianiem, dotykaniem ludzkich serc. Nie powiedział: ok, już dość, dłużej mi się nie chce. Ludzie pytają mnie czasem, czy skoro nasz świat wygląda tak, jak wygląda, to znak, że zbliża się koniec.

I co im ksiądz kardynał odpowiada?

Moim zdaniem to dopiero początek.

Fragment książki Szymona Hołowni "Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie" wydanej przez Wydawnictwo "Znak".


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Tomaszowi Machale, bratu w wierze

Tomasz Machała, szef portalu Tomasza Lisa natemat.pl (nie wiem jakie są układy formalne, wiem, że gdy dziennikarze stamtąd dzwonią, mówią, że są „z portalu Tomasza Lisa”), opublikował w tygodniku redagowanym przez Tomasza Lisa („Newsweek Polska”), swoistą polemikę z moim tekstem o perypetiach z tygodnikami, w którym zaczepiłem Tomasza Lisa (tekst jest tutaj).

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Tomaszowi Machale, bratu w wierze

Sam Tomasz Lis już kilka dni temu napisał w związku z tym emocjonalny manifest, tradycyjnie dowodząc, że słynny tekst „Newsweeka” o kochankach księży, oparty na anonimach i nieistotnych statystycznie badaniach był „znakomicie udokumentowany”.

Tradycyjnie też wytłumaczył mi, że jestem cynicznym idiotą – przecież on mnie nie wyrzucał, przecież nadal mogłem publikować w tygodniku, którego okładki w wulgarny sposób brukały dobre imię mojej rodziny.

Tak, Tomku, rodziny. Zrozum wreszcie, że mamy różne perspektywy. Że Kościół, który dla Ciebie jest bytem organizacyjnym takim jak Ruch Palikota, czy Instytut Reumatologii, dla mnie ma twarze bardzo bliskich mi ludzi. Jest moim domem, moją Matką, powietrzem którym oddycham. Jest żywym Ciałem Boga, w którego wierzę, Chrystusa.

Nie oczekuję, że będziesz podzielał tę wiarę, jedyne o co proszę, to prawda i szacunek. Bo w tej dziedzinie dziennikarstwo ucieka ostatnio w stronę manifestu. Zamiast faktów i liczb kwitną słowne kalafiory: „Kościół zamiata pod dywan”, „Celibat to fikcja”. Frazy równie „treściodajne“, co: „wszyscy artyści to prostytutki”, albo: „Polacy to złodzieje niemieckich samochodów”.

Dość już o Tomku. W naszych bilateralnych relacjach w najbliższym czasie spodziewam się przełamania (albo wreszcie damy sobie po razie, albo haniebnie upijemy, albo pójdziemy na modlitwę o uwolnienie).

Póki co, wrócę jednak do redaktora Machały.

Tekst polecam do lektury w „Newsweeku”, tu z grubsza streszczę: „Hołowni nikt nie prześladuje, bo mnie nikt nie prześladuje. Przeciwnie – odniosłem sukces i czuję się jak pączek w maśle, a też jestem katolikiem”.  

Co do tego, że Tomek Machała jest katolikiem, wątpliwości nie ma. Wystarczyłaby mi deklaracja, nie musiał pozować do zdjęcia z ołtarzykiem oraz wyliczać, że ma też krzyż na ścianie i co niedziela chodzi do dominikanów (bo jest „niechętny odpustowym zwyczajom kościołów parafialnych”).

Podpisuję się pod pointą jego tekstu: „Katolicyzm nie potrzebuje dziś obrażonych niby – męczenników, ale kreujących siebie mistrzów nowych mediów, którzy z amerykańskim zapałem będą codziennie szturmować media ciekawymi tematami i bożym entuzjazmem”.

Tomek, poszturmujmy razem! Napisz tekst, może być felieton, taki jak mój: o tym, co ma zrobić człowiek, który płaci podatki wydawane później przez państwo na przykład na in vitro (choć Ty akurat z in vitro nie masz kłopotu takiego jak ja).

Po napisaniu wyślij do „Wprostu“. Idź w poniedziałek do kiosku. Niespodzianka! Tekstu nie będzie, przeczytasz za to komentarz redakcji: „Machała skoro pisze takie teksty, musi być debilem”.

Jak tam? Masz jeszcze trochę „amerykańskiego” zapału?

Piszesz, że jesteś przeciwnikiem aborcji. Co ci szkodzi – machnij na ten temat pełen „bożego entuzjazmu” felieton u siebie na portalu. A później poczytaj sobie komentarze Twojej „najbardziej atrakcyjnej dla reklamodawców” publiczności.

Nikt cię do tej pory nie strzaskał za katolickie poglądy?

A jak miał strzaskać, skoro ich nie ujawniałeś?

Prawo do mówienia: „to bzdury, że strzelają”, będziesz miał dopiero jak odważysz się wyjechać na wojnę. Byłeś reporterem politycznym.

Dziennikarz sportowy, a przy okazji protestant, na tej samej zasadzie mógłby stwierdzić, że ewangelików w Polsce traktuje się świetnie, bo nikt mu nie ingeruje w teksty o Realu Madryt.

Sam piszesz, że nie będziesz się ciągle zajmował eutanazją i in vitro, bo nie chcesz być „katolikiem dyżurnym”. Ja nie nałożyłem sobie takich ograniczeń. Piszę, o czym chcę. I jedyne, o co mi chodzi, to żeby mój katolicyzm miał w mainstreamowych mediach dokładnie te same prawa, co katolicyzm Machały. A nie ma.

I nie mówimy o Twoim portalu. Mówimy o dwóch, konkretnych tygodnikach, bo przyznasz, że dwa to już jakieś zjawisko (jak jest dwóch księży, to zawsze już jest zjawisko, więc tu jadę per analogiam, nieprawdaż).  

Jestem chyba ostatnią osobą, której można zarzucić, że dąsa się na laicyzującą rzeczywistość. Piszesz: „Nikt nam już nie obieca lepszego stoiska. Chcemy na targu mieć więcej klientów naszych idei, musimy ich do siebie przekonać, musimy wyciągnąć ich z obojętności” – toż to są frazy z mojego felietonu w „Newsweeku“, w którym tłumaczyłem, dlaczego w nim uparcie jestem, mimo że ultrakatolickie środowiska przez lata pluły na mnie aż furczało.

Tomaszowi Machale, bratu w wierze

I byłbym w nim do dzisiaj.

Pisząc nadal nie tylko o in vitro, ale i o serialach, książkach, brytyjskich gazetach, globalnym ociepleniu, Afryce i miłości. Twoje refleksje to piękna teoria. Ja przerobiłem praktykę, gdy na galerii, w której prowadziłem wegetariański sklepik zaczęto wieszać bannery: „Wegetarianie kradną!” „Gwałcą!”, „Kantują na potęgę!”.

Cztery razy próbowałem na łamach „Newsweeka“ polemizować z  krzywdzącymi tezami z okładek. Za piątym nie wystarczyło mi „amerykańskiego zapału”. Usłyszałem, że jestem hipokrytą i że mogę teraz „kroić sobie swoje kazanka” gdzie indziej. A później Tomasz Lis „zawstydzał” mnie na okładkach jeżdżącym po mnie ks. Lemańskim, tak jak teraz „zawstydza” Machałą.

Chrzest przyjęliśmy ten sam, czasem pewnie mijamy się na Służewiu, ale parę istotnych rzeczy nas różni. Ty nie masz problemu z okładką sugerującą seks oralny ministranta z księdzem, twierdząc, że takie są reguły rynku, gdyby ludzie chcieli „Anioła Pańskiego”, redaktor Lis dałby „Anioł Pański”. Ja mam.

Ja – świadomie – zacząłem pisać o Kościele w pierwszej osobie („my w Kościele mamy problem z…”), Ty piszesz: „Kościół polski nie potrafi rozmawiać z wiernymi”, „Abp Michalik pcha Kościół w stronę ludyczną”, „otwartość Kościoła na dialog jest żadna”, „Kościół nie ma woli otwarcia szaf z trupami”, „Nie będę pudrował jego niezbyt ładnego oblicza”.

Nie rozumiem: jesteś katolikiem i nie ciągnie cię, żeby wstać od biurka, wyrwać się ze „schronienia u dominikanów” i zobaczyć, jak fascynującej różnorodności jesteś częścią? Przekonać się jak ciekawa jest prawda o twojej rodzinie, wyglądająca zza niemądrych generalizacji?

Że my w Kościele nie umiemy jej opowiedzieć? Jasne. Ale próbujemy się starać. Po to zawzięcie piszę książki. Po to założyliśmy stację7.pl, gdzie możesz przeczytać nie o in vitro a o fascynującym świętym Spirydonie, o tym co piszczy w Kościele w Argentynie, o chrześcijańskich kawiarniach w Korei i o kulinarnych zmaganiach szkockich mnichów z belgijskimi.

Że nie jesteśmy mainstreamem, jak natemat.pl? To świadomy wybór, że u nas nie ma polityki. Jest bardzo staranne pilnowanie klimatu. Postaramy się dowieść, że nisza nie jest przekleństwem. Ba, że – na rynku, gdzie dużo jest pustego hałasu – może być synonimem luksusu.

Trochę męczące staje się to, że i Ty i kolega Lis sięgacie po ten sam argument: Hołownia zrzędzi, a przecież pokazują go w „Mam Talent”. Edward Miszczak posyła mnie do gimnastyczek i żonglujących barmanów, by wesprzeć moje poglądy w sprawie Trójcy Świętej albo in vitro? Czy może po prostu liczy, że zabawnie się posprzeczam z Prokopem? Nie zamiatajcie pod dywan istoty sprawy. Tego, że po piętnastu latach w zawodzie w ciągu roku w dwóch dużych redakcjach zamiast o wolności słowa usłyszałem o „obowiązującej linii redakcyjnej”.

Przestańcie wyliczać mi programy, dochody z książek, wytykając, że jednocześnie lansuję się na męczennika.

Koledzy – ja nie dorosłem do męczeństwa. Naprawdę nie marzę o tym, by być znanym głównie z tego, że odchodzę z pracy. Do natemat.pl ciężko mi pisać, bo to jednak też portal. Ale „Newsweek”?

Mówiłem Lisowi: wracam od jutra, dajcie w numerze dwa sklepiki – naczelnego (albo innego lewicującego publicysty) i mój. Hardkor. Po bandzie. I ocena czytelników: kto lepiej dał radę. Jak mnie się brzydzą, nie obrażę się, jak tę robotę weźmie Terlikowski.

Naprawdę macie wolność słowa? Naprawdę nie macie tej „linii redakcyjnej“? To dlaczego nie dzwonicie? Jak z tym żyć?

Tomaszowi Machale, bratu w wierze

Podsumujmy.

Fajnie, że Tomkowi Machale super się powodzi, pije drogą kawę i ma czaderskiego kompa. Fajnie, że jest katolikiem. W Kościele się nie orientuje, ale nie musi.

Ja byłbym kretynem sądząc, że jestem w tym kraju prześladowany, fakt pozostaje faktem – z dwoma dużymi tygodnikami musiałem się pożegnać bo jeden obrażał moje poglądy, a moje poglądy obrażały drugi z nich.

Czy mam podstawy sądzić, że niektórzy nerwowo reagują na moje teksty, bo nadal chcieliby uchodzić za arbitrów obiektywizmu, a prawda jest taka, że stronniczo lewicują?

Mam.

Czy to szersze zjawisko?

Nie wiem. I mówiąc szczerze średnio mnie to obchodzi, jestem zmęczony tą publicystyczną ipsacją, zamiast Hołownią wolę zająć się Panem Jezusem.

Machała wyznaje, że jest ciekaw, jak ów Jezus rozstrzygnąłby dylematy: co jest ważniejsze – gubiony w walce o klikalność szacunek dla człowieka, czy pieniądze, które pozwalają wypłacić innym ludziom pensje?

Jak pogodzić naukę Jezusa z walką o owe klikanie? Oprócz ołtarzyka przyda się tu Ewangelia.

„Klikalność“ Jezusa pod krzyżem wynosiła pewnie około pięciu mimo, że mogła spokojnie wynosić kilkadziesiąt tysięcy. Tomek pisze, że „media dają ludziom, to co chcą usłyszeć”. Jezus ma odwrotną metodę – daje Prawdę, a ludzie mogą słuchać, albo nie.

W tym co piszę, będę się więc starał szukać Prawdy i pokazać ją najatrakcyjniej jak umiem. Pójdę z tym wszędzie, gdzie będą mnie chcieli. Gdy przy okazji będzie sprzedawalność i oglądalność – super. Jak nie będzie – przez sekundę nie będę się pytał jak połączyć ogień z wodą.

Bo Jezus po prostu jest fajniejszy niż klikalność. I tyle.


W tym temacie polecamy również:

Alina Petrowa-Wasilewicz: Hołownia za burtą, Wójciak na pokładzie

Paweł Kozacki OP: Bronię Ewy Wójciak (choć się z nią nie zgadzam)



Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >