Skąd się bierze papież?

Skomplikowana organizacja konklawe ma zapewnić maksymalne pole do działania samemu Duchowi Świętemu. Kardynałowie przysięgają np., że pod groźbą ekskomuniki, nie będą w sprawie wyborów liczyć się z żadnymi naciskami, wchodzić w układy, obiecywać komuś jakichś posad, albo knuć z władzą świecką.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nazwa pochodzi od łacińskiego określenia „cum clave“, pod kluczem. Do niedawna (do wyboru Jana Pawła II) kardynałowie byli bowiem rzeczywiście zamknięci na klucz i opieczętowani w Kaplicy Sykstyńskiej (i przyległych pokoikach, gdzie spali), aż do momentu, gdy ogłosili światu, kogo wybrali na Biskupa Rzymu.

W dawnych czasach, żeby zachęcić ich do szybszego procedowania trzymano ich tam o chlebie i wodzie. 

Papież, czyli właśnie Biskup Rzymu, przez pi razy oko pierwszych tysiąc lat chrześcijaństwa wybierany był przez ludność i duchowieństwo Wiecznego Miasta.

Narastająca presja ze strony polityków i różnej maści grup interesu sprawiła, że od XII wieku papieża pozwolono wybierać wyłącznie kardynałom, najbliższym współpracownikom papieża, z których każdy – również dziś – jest formalnie biskupem jakiejś starej podrzymskiej diecezji (jest wtedy w randze kardynała – biskupa), albo dostaje w symboliczną opiekę którąś z rzymskich parafii (kardynałowie – prezbiterzy), albo diakonię (najniżsi rangą – kardynałowie diakoni).

Skąd się bierze papież?

Wtedy też ustalono, że wyboru papieża będzie się dokonywało na trzy sposoby:

  • albo przez jednomyślne natchnienie (wszyscy kardynałowie jednogłośnie stwierdzają: papieżem będzie Kowalski),
  • albo przez kompromis (kardynałowie wybierają ze swojego grona kilku „superelektorów“ i to oni rozstrzygają sprawę),
  • albo przy pomocy kartki do głosowania (przy czym kandydat musiał uzyskać 2/3 głosów).

Jan Paweł II dwie pierwsze metody skasował.

Po złożeniu przeróżnych przysiąg i zamknięciu drzwi Kaplicy Sykstyńskiej, kardynałowie wysłuchują krótkiego kazania wygłaszanego przez wybranego wcześniej księdza, a później pozostają już tylko w swoim gronie (pomagający im w kwestich technicznych duchowni, wzywani są gdy jest taka potrzeba – np. gdy trzeba spalić kartki).

Wybierają trzyosobową komisję wyborczą, trzech kardynałów, którzy powinni pojechać po głosy od ewentualnych chorych, którzy zostali w Domu Świętej Marty i trzyosobową komisję rewizyjną, która zanim nowy papież pokaże się światu na balkonie Bazyliki Świętego Piotra raz jeszcze wszystko przeliczy i sprawdzi.

Kardynałowie głosują wpisując wybrane nazwisko na kartkach, na których nadrukowano tekst „Eligo in Summum Pontificem“ („Wybieram na Biskupa Rzymu“).

Następnie uroczyście niosą swój głos do ustawionej na ołtarzu urny, znów składają przysięgę i wrzucają głos. Głosy są później liczone, jeśli jest ich więcej niż obecnych na sali – głosowanie uznaje się za niebyłe i natychmiast się je powtarza. Elektor nie może wstrzymać się od głosu (choć może oddać głos nieważny).

Kalendarz wyborów wygląda tak, że pierwszego dnia rano (czyli tym razem we wtorek) zostanie odprawiona uroczysta msza o wybór papieża.

Od popołudnia na kardynałów i tych, którzy przy konklawe współpracują: mistrza ceremonii, kilku dyżurnych zakonników – spowiedników (ciekawe, że diecezjalni księża się do tego nie nadają), i m.in. dwóch lekarzy, zostanie nałożony reżim i będą musieli na czas wyborów zerwać kontakty ze światem (podobno ich przejazdom z Domu Świętej Marty do Kaplicy Sykstyńskiej mają towarzyszyć auta z aparaturą zagłuszającą sygnał komórek).

Skąd się bierze papież?

Wieczorem elektorzy mogą (choć nie muszą) przeprowadzić pierwsze głosowanie. Następnego dnia (we środę) – przed południem dwa głosowania, po południu dwa głosowania. W czwartek – podobnie.

Jeśli do tej pory (po dziewięciu głosowaniach) papież nie zostanie wybrany – zaczną się schody (na które zwraca uwagę Wojciech Jakubowski w pracy „O Roma felix. Geneza, specyfika i przeobrażenia instytucji politycznych Państwa Watykańskiego“, bez której nie powstałby ten tekst).

Prawo napisane przez Jana Pawła II nie jest jasne i przewidziany „po trzech dniach bez rozstrzygnięcia“ dzień na „odsapnięcie“, modlitwę, refleksję i swobodne rozmowy jedni kanoniści nakazują wyznaczyć po trzech dniach wliczając pierwszy, inni – po trzech dniach „pełnych“, czyli z czterema głosowaniami dziennie (trzynastoma w ogóle). Wypadłby więc on w piątek lub w sobotę.

Po kolejnych siedmiu głosowaniach bez papieża prawo nakazuje zrobić kolejną przerwę na kolejne rozważania (ale tym razem nie wiadomo, czy ma być to przerwa całodzienna, czy wystarczy parę godzin).

Po kolejnych siedmiu – następną.

Po trzydziestu czterech bezowocnych głosowaniach (11.- 13. dzień konklawe) następuje rewolucja.

Kardynałowie muszą wybrać: albo decydują się na pozostanie przy dotychczasowej metodzie, albo będą wybierać spośród wyłącznie dwóch najsilniejszych kandydatów z ostatniego głosowania (tą samą większością – 2/3 głosów).

Od tej pory teoretycznie możliwy jest więc wybór papieża nie akceptowanego przez prawie połowę Kolegium Kardynalskiego. A wybory trwają aż do skutku według scenariusza pisanego od tej pory przez kardynałów (których musi w tej sytuacji zapytać o zdanie Kardynał Kamerling, czyli tymczasowy, działający w okresie bezkrólewie „funkcyjny“ Watykanu).

Grafik ustalają od tej pory oni, z jednym zastrzeżeniem – papieża nie mogą wybrać inaczej niż przez głosowanie, nie mogą też znieść wymogu bezwzględnej większości.

Gdy jednak wszystko pójdzie sprawnie i podczas głośnego przeliczania głosów okaże się, że ktoś uzyskał wymaganą większość, przerywa się liczenie, a dziekan Kolegium Kardynalskiego podchodzi do wybrańca i zadaje pytanie, którego zdecydowana większość z nas nigdy nie usłyszy:

„Acceptasne electionem de te canonice factam in Summum Pontificem?“ (Czy przyjmujesz twój kanoniczny wybór na Biskupa Rzymskiego?“),

jeśli wybrany odpowie „tak“, staje się natychmiast papieżem z pełnią praw z tego wynikających. Informuje wszystkich, jakie wybrał imię i wśród oklasków przechodzi do Kaplicy Paulińskiej, z której wyszedł jako kardynał by przebrać się w białą sutannę i udać się na balkon bazyliki, udzielić pierwszego błogosławieństwa Urbi et Orbi.

Skąd się bierze papież?

Gdyby kardynałowie wybrali na papieża kogoś spoza swojego grona, kandydata należy natychmiast doprowadzić do Sykstyny i zapytać, co o tym sądzi, a jeśli nie jest biskupem – błyskawicznie go na biskupa wyświęcić.

Sytuacja teoretycznie możliwa, ale praktycznie raczej (niestety) niewyobrażalna. Ostatnim świeckim wybranym na papieża był Benedykt IX (XI wiek), ostatnim nie – kardynałem Urban VI (XIV wiek), ostatni przypadek święceń biskupich zaraz po wyborze miał miejsce w XIX wieku (dotyczył Grzegorza XVI, zakonnika, kameduły, który był kardynałem, ale nie był biskupem).

Ciekawostka z XX wieku – znawcy uznają za pewnik, że na konklawe po śmierci Piusa XII dwa lub trzy głosy padły na nie będącego jeszcze kardynałem abp Montiniego, który na kolejnym konklawe (już jako pełnoprawny kardynał) został papieżem jako Paweł VI.

Taka organizacja konklawe ma zapewnić maksymalne pole do działania samemu Duchowi Świętemu (kardynałowie przysięgają np., że pod groźbą ekskomuniki, nie będą w sprawie wyborów liczyć się z żadnymi naciskami, wchodzić w układy, obiecywać komuś jakichś posad, albo knuć z władzą świecką).

Ten jednak chce współdziałania człowieka. Gdyby tak nie było – papieża wybieralibyśmy może jak koptowie, u których spośród kilku wyselekcjonowanych wcześniej kandydatów – ostatecznie losuje go małe dziecko.

To swoją drogą ciekawe, że gdy człowiek wybierać ma w wolny sposób, trzeba mu do tego stworzyć tak precyzyjne i skomplikowane ramy. Podobna sytuacja ma wszak miejsce we „współczesnej ojczyźnie demokracji“, Stanach Zjednoczonych, gdzie mechanizm wyboru prezydenta jest zrozumiały chyba tylko dla posiadaczy doktoratu z politologii .

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Papież na progu nieba

Może to w tym klasztorku w watykańskich ogrodach będzie się teraz dokonywał jeden z najbardziej wzruszających i najczystszych aktów jakie widział ostatnio Watykan i Kościół. Papież, który mówił, pisał, jeździł teraz będzie sam na sam z Bogiem, stanie na progu nieba.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Trzy lata temu Benedykt XVI podczas wizyty w mieście Sulmona odwiedził grób jednego ze swoich poprzedników, świętego Celestyna V i złożył na jego grobie paliusz (ozdobną wstęgę, oznakę władzy), którą otrzymał podczas inauguracji pontyfikatu.

Celestyn V, pustelnik z powołania i natury, wybrany żeby ratować pogrążony w podziałach Kościół, „wymiękł”.  W 1294 roku przeprowadził najpierw konsultacje z kanonistami, wydał stosowne zarządzenia, a następnie zrezygnował z papieskiego tronu, wybierając powrót do pustelniczego życia. Nie do końca mu się to udało, następca obawiając się jego wpływu na kardynałów, do śmierci trzymał go pod strażą.

Współcześni długo spierali się oceniając ten gest. Petrarka Celestyna wychwalał, Dante uważał za tchórza.

Nie wiemy tak naprawdę, od jak dawna Benedykt XVI nosił się z myślą o ustąpieniu z urzędu. Dziś widać jak od pewnego czasu przygotowywał na nią Kościół i swoje otoczenie – w listopadzie w trybie ekstra „domianowywał“ kardynałów, w grudniu awansował na arcybiskupa swojego sekretarza.

Papież na progu nieba

Na dobrą sprawę nie wiemy też jakie są powody odejścia. Papież (jak każdy) ma prawo do tego, by za lakonicznym komunikatem o „braku sił“ ukryć detale swojego stanu i nie komentować huczących w zachodniej prasie plotek, że ma raka trzustki, albo kłopoty neurologicznej natury.

Mam szacunek dla decyzji człowieka, który ma święte prawo być zmęczony, bo przez całe swoje życie zrobił dla Kościoła więcej niż setki innych. Przejdzie jednak do historii przede wszystkim jako papież, który abdykował. Był dobrym sternikiem, ale swoją ostatnią decyzją wprowadził Kościół na nieznane wody.

Niektórzy piszą teraz, że zrobił dobrze, bo odmitologizował papiestwo, zdjął z biskupów Rzymu ciężar bycia nadludźmi, samotnymi herosami w bieli, zasłaniającymi (niektórym) Chrystusa.

Ja nigdy nie patrzyłem na papieża w ten sposób. Jego miejsce w Kościele najbliższe było w moim odczuciu roli patriarchy rodu, nie najwyższego urzędnika i nie ojca w relacji do dzieci, ale autorytetu, punktu odniesienia, inspiracji, kogoś, kto wytycza kierunki. Głęboko wierzyłem, że konklawe to coś więcej niż kolejne wybory kościelnego prezydenta.

Trudno nie mieć wrażenia, że decyzja Benedykta, szybkie sztukowanie prawa pod bieżącą sytuację, medialny rumor, który temu wszystkiemu towarzyszy, może jednak poprowadzić dziś myślenie wielu ludzi w tym kierunku.

Z odejściem Benedykta coś się ewidentnie w Kościele skończyło.

Co się zacznie?

Jaka będzie pozycja kolejnego następcy świętego Piotra na którego będzie można wywierać nacisk, żeby zrezygnował?

Jak to wpłynie na decyzje kardynałów, dla których wiek nie będzie musiał odtąd być kryterium branym pod uwagę przy wyborze papieża (bo starszy papież zawsze będzie mógł abdykować, młodszy nie „uwięzi“ Kościoła na długie lata swoim pontyfikatem)?

Czy – w związku z tym, że średnia wieku ludzi wciąż się wydłuża – nie dojdziemy z czasem do sytuacji, gdy emerytowanych papieży będzie kilku? Czy jest w tym coś złego? Nie wiem. Pozostaje ufać, że Duch Święty wie co robi, i że choć teraz nie wygląda to wszystko za dobrze, per saldo będzie jednak z tego coś dobrego.

Papież na progu nieba

Patrząc na Benedykta XVI na jego ostatniej publicznej audiencji zastanawiam się, czy początkiem tego dobra nie będzie dalsza część jego życia.

Papież, któremu zarzucano zamiłowanie do purpur i marmurów, a dziś oskarża się o „odmistycyzowanie papiestwa”, wchodzi właśnie na drogę kompletnego ogołocenia i czystego mistycyzmu.

Może to w tym klasztorku w watykańskich ogrodach będzie się teraz dokonywał jeden z najbardziej wzruszających i najczystszych aktów jakie widział ostatnio Watykan i Kościół. Papież, który mówił, pisał, jeździł teraz będzie sam na sam z Bogiem, stanie na progu nieba.

Pokaże sobą, że robienie wielkich rzeczy to rzecz ważna, ale najważniejsza jest i tak ta osobista więź z Kimś, w Kogo ręku jest całe nasze życie, które ostatecznie – gdy już połączymy się z Nim po śmierci, czyśćcu i wszystkich innych eschatologicznych koniecznościach – i tak w końcu stanie się modlitwą.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >