Religia hamuje rozwój ludzkości

Idź złoto do złota chciałoby się w pierwszym odruchu powiedzieć, po lekturze wywiadu, jakiego modelka Anja Rubik udzieliła miesięcznikowi "Pani". A konkretnie jego fragmentu traktującego o tym, że „religia hamuje nasz rozwój”, a pani Rubik w kwestiach wyznaniowych zgadza się z artystą Nergalem, którym jest szczerze zafascynowana.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >
Religia hamuje rozwój ludzkości

© Corbis/FotoChannels

Wszyscy wierzący oburzają się teraz na panią Rubik, a ja – zachęcony przez świętego Pawła, apelującego „w każdym położeniu dziękujcie” – mam ochotę wznieść modlitwę dziękczynną za panią Anję Rubik, za frajdę jakiej dostarczyło mi czytanie jej wywiadu, w ogóle jakoś mi się tak po nim zrobiło optymistycznie, jestem pełen dobrych myśli, zapału do pracy, mam ochotę wziąć jeszcze kilka kredytów, słowem: jest czad.

Co do merytoryki sprawa jest jasna.

Religia hamuje rozwój jednostek?

Jak mawia mój przyjaciel Prokop – no jacha. Przykłady: święty Franciszek, potwornie poblokowany człowiek, do czegoż on mógł dojść, gdyby jednak pozostał dziedzicem. Jan Paweł II, Matka Teresa, ksiądz Tischner, Jean Vanier, siostra Chmielewska, miliony uczonych, lekarzy, opiekunów najsłabszych, męczenników, którzy oddali życie za innych, w tym niewierzących.

Mój Boże, tyle uwiędłych w wyznaniowej klatce życiorysów…

Religia hamuje rozwój cywilizacji?

Pyszności. To, co mówi pani Rubik nie jest nawet głupie, jest rozkosznie głupiutkie. Ja to jakoś rozumiem, też lubię wypowiedzieć się czasem na temat fizyki kwantowej, mimo że na lekcjach fizyki zajmowałem się głównie obmyślaniem, jak na przerwie wzbudzić alarm w samochodzie nauczyciela.

Nie wiem, czy na lekcjach historii pani Rubik malowała paznokcie czy czytała Kanta. Z pewnością jednak nie uważała, skoro nie wie, że gdyby nie Kościół, dziś nie byłoby ani modelek, ani publicystów ani drących twarz i Biblię pseudosatanistycznych bardów.

Religia hamuje rozwój ludzkości

© Corbis/FotoChannels

Pani Anja wyznaje, że biografię Nergala zarekomendowała jej mama. Ja – gdybym tylko miał zaszczyt bycia kolegą pani Anji – podsunąłbym jej animowaną wersję świata, w którym nie dokonała się chrześcijańska rewolucja.

Serial nazywa się "The Flinstones". Historia świata nie zaczęła się w dwudziestym wieku, pani Anju. To gdzie dziś jesteśmy jest wypadkową trwających tysiąclecia procesów.

Dlatego możemy zakładać, że gdyby nie religia, pani Anju, nie umiałaby pani pewnie czytać ani pisać. A zamiast brać samolot do Nowego Jorku, mogłaby się Pani co najwyżej kopsnąć konikiem za pole. Którego i tak by pewnie nie było, gdyby nie rolnicza edukacja prowadzona w wiekach średnich przez jak najbardziej religijną instytucję, która nazywa się zakon cystersów.

To historia. Teraźniejszość jeszcze brutalniej obchodzi się z Pani sądami. Bo gdyby tak na moment zejść z okładek i wpaść na przykład do Afryki, zobaczyć jak ludzie Kościoła oddają swoje jedyne życie by budować drogi, szkoły, szpitale, leczyć, karmić, edukować – czyli robić to wszystko na co politycy, gwiazdy mediów, sceny oraz modellingu nie mają czasu, bo muszą karmić świat cukrową watą swoich przemyśleń.

Zobaczyłaby Pani jak idiotycznie z tej perspektywy brzmią słowa wsparcia, jakie ślą dziś Pani prezes stowarzyszenia ateistów i kilka tysięcy budzących się zawsze przy takich okazjach internetowych sierot po polskim katolicyzmie.

Oni zawsze przypomną inkwizycję (i zawsze nic o niej czytali), wyciągną pijanego proboszcza, czy niemoralnego wikarego. I weź człowieku setny raz ich pytaj, czy gdy mają wujka alkoholika, wystarczy to, by nazwać ich „pijacką rodziną”? Czy gdy listonosz kradnie, należy stąd wnosić, że już nie tylko Poczta Polska ale wręcz pisanie listów nie ma sensu?

Znaleźli sobie w sieci jakąś historyjkę: w Indiach kapłani lokalnych kultów zabraniają ludziom brać szczepionki, jest to więc jasny dowód, że religia jest do d…y.

Rusz się jeden z drugim komentatorze i znawco cywilizacji do Kamerunu albo Zambii.

Religia hamuje rozwój ludzkości

© Corbis/FotoChannels

Popatrz na katolickie siostry, które od ust sobie odejmują, żeby każde powierzone dziecko zaszczepić. Użyj wreszcie rozumu, nie emocji i przyznaj, że jeśli czegoś się twoje teorie trzymają, to kupy.

Obal moją tezę: wszelkie generalizacje to poezja półgłówków. Wszelkie: „religia hamuje rozwój ludzkości”, „modelling wyłącza ludziom mózgi”, „wszyscy artyści to prostytutki”.

Siądź wreszcie do opartej na konkretach debaty. Dlatego jestem tak szczęśliwy, dlatego zacieram rączki – po raz kolejny widzę, że do końca życia nie zabraknie mi zajęcia.

Jeszcze z trumny będę wyjaśniał, podawał fakty, prostował, zachęcał, odkręcał.

I jestem, kurka wodna, dumny. Dociera do mnie, że Kościół rozwinął naszą cywilizację również w ten sposób, że gdyby go nie było, wojujący ateiści nie mieliby się na czym uczyć myśleć. Bo jaką karierę – gdyby nie fakt istnienia Kościoła – zrobiłby artysta Nergal?

Proszę spojrzeć na dyżurnych „racjonalistów”, na tych wszystkich medialnych byłych księży (a zwłaszcza jednego byłego dominikaninia z Freta). Pies z kulawą nogą by się nie zajął otchłaniami ich myśli, gdyby nie to, że kopią się z Kościołem, że na jego istnieniu de facto żerują.

I to jest w Kościele piękne, i to pcha mnie do dziękczynienia. Pan karmi przezeń nas wszystkich, „wydziela żywność w odpowiednim czasie”. Chrześcijanin dojdzie w nim do zbawienia, były zakonnik spłaci sobie ratę albo sprzeda parę książek. Modelka awansuje do ligi lokalnych intelektualistów, i pewnie zaraz pewien katolicki kolega zaproponuje jej, żeby odtąd nie tylko pokazywała sukienki, ale i pisała bloga.

Pani Anju Rubik – uśmiecham się do pani promiennie (i wcale nie chcę w następnym kroku wbić pani noża pod żebro, o co posądza mnie zawsze spętany jakąś traumą redaktor Orliński).

Stwierdzam: jest pani kobietą zdecydowanie niegłupią, piękną, przedsiębiorczą, znającą się pewnie na tym i owym, ale na religii niestety nie bardzo. Możemy to jednak zmienić.

Religia hamuje rozwój ludzkości

Jestem gotów poświęcić się dla sprawy i zaplanować pani szyty na miarę półroczny program zapoznawania się z chrześcijaństwem na świecie, który pozwoli pani sformułować sądy na podstawie innej niż autokreacje Nergala, kontakt z niekomunikatywnym księdzem, albo koleżanką, która dajmy na to nie dostała rozgrzeszenia, więc czuje się ofiarą represji.

Jeśli po tych sześciu miesiącach powtórzy pani to, co mówi dzisiaj, będzie mogła pani oczekiwać, że za karę pójdę na dziesięć pokazów polskich projektantów.

Jeśli natomiast nadal będzie pani skłonna wypowiadać się o rzeczach, o których ma pojęcie takie jak ja o Karlu Lagerfeldzie, ja w ramach retorsji zajmę się modellingiem.

Zapewniam Panią, że warto zrobić wiele, żeby ludzkość jednak przed tym doświadczeniem ochronić. Niczym od Bruce'a Willisa w "Armageddonie", teraz wszystko od Pani zależy.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ubóstwo, to nie nędza

Papież Franciszek od początku swoich rządów w Watykanie mówi o ubóstwie. Założę się, że większość z tych, którzy patrzą nań i go słuchają, odczytuje ten "message" prosto: trzeba być biednym.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Z niewyjaśnionych powodów Pan Bóg bardziej kocha bowiem "biedaczków". Ofiary nieszczęść, własnej niezaradności, albo wyrzeczeń.

Pan Bóg woli jak się nie ma, niż jak się ma. Wolą Bożą jest byś – podobnie jak papież – nie kupował sobie nowych butów.

W tym współczesny wierny jest wybitnym specjalistą – posłyszy jakąś wielką ideę i zamiast dać jej swobodnie pobrykać w głowie i w sercu, natychmiast ją zarzyna, by dokonawszy rozbioru doprowadzić do postaci zdatnej do skonsumowania.

Nie ma już życia – jest szyneczka i flaczki, wszystko banalne, ładnie ułożone w duchowej lodówce, czekające aż przyjdzie nam ochota by coś zjeść.

Zanim papieskie (i Jezusowe) wezwanie rozpiszesz sobie szybciutko na plan "biednienia", polecisz wyprzedawać rodowe srebra i zadzwonisz do sklepu z odzieżą by zakomunikować im, że już nigdy więcej… przemyśl najpierw dobrze, czym jest ubóstwo.

Ubóstwo, to nie nędza

Bo ono na pewno nie jest tym samym, co nędza.

Kaznodzieje tłumaczą (tym razem nie bez racji), że "ubogi" jest człowiek, który całą swoją ufność złożył w Bogu. Że gdy myśli o swojej przyszłości, Bóg jest jedynym zabezpieczeniem, jakie przychodzi mu do głowy.

Ten stan można osiągnąć mając na koncie osiem złotych i osiemdziesiąt milionów.

Człowiek, który ma osiem złotych niby ma trudniej, bo jak nie zdobędzie kolejnych ośmiu, jutro umrze. Przestrzegam jednak przed zbyt szybkim usunięciem z pola widzenia dramatów milionera.

Znam kilku. W większości to ludzie spętani lękiem o to, by z tych ośmiu następnego dnia nie zrobiło się pięć. A jak z ośmiu zrobić dziesięć? A może dałoby się i dwanaście? Trzynaście? I tak ad infinitum.

Mówią: broń Boże nie chodzi tu przecież o mnie! Zabezpieczam byt moich bliskich, generuję kapitał, który następnie będzie mógł pracować dla dobra świata.

Ubóstwo, to nie nędza

W istocie – służę mu, jak papież, tylko z innej strony. Ze stu baniek zrobię sto piętnaście – ileż szpitali będę mógł za to wyposażyć, ile miejsc pracy stworzyć! Ale jeszcze nie teraz.

Zabawne są te teoretyczne przewalutowania dolarów na kromki chleba, których ludzie o mentalności inwestycyjnych bankierów dokonują w głowach, wyjaśniając sobie, że kieruje nimi coś innego niż lęk i udająca zapobiegliwość chciwość.

I znów – robią to i bogacze i ci, co nie mają i wydaje im się, że jakby mieli więcej byliby szczęśliwsi.

Znam taką rodzinę, majątkowo żyją w przedziałach stanów średnich, mają skromne mieszkanie, skromne auto, nie są nędzarzami. Wsiadając do samochodu droższego niż ten ich, wchodząc do sklepu droższego od tego, w którym zawsze kupują, zachowują się jak na audiencji u samego Pana Boga.

Och, jak pięknie by się żyło, och jak cudownie by było, och, ile można by zrobić wtedy dla innych. Pieniądze im też wykreowały fikcyjny świat. Milionerzy są w nim ubogimi Matkami Teresami, biedni – Billami Gates'ami. Realny świat leży odłogiem, kwitnie paranoja.

Jak znów postawić sprawy na nogach, jak odciążyć udręczoną głowę?

Przepracowaniem prostego stwierdzenia:

Ubóstwo to nie stan konta, a umysłu.

Po pierwsze – uświadamiającego sobie, że nawet najciężej zarobione pieniądze , to nie nasza własność, a dane nam tymczasowo do ręki narzędzie do ulepszania świata. Narzędzie, z którego używania każdy będzie musiał się rozliczyć, co do grosza, przed Bogiem, dzięki któremu w ogóle na tym świecie się zjawiliśmy i zyskaliśmy okazję, by cokolwiek zarobić.

Pieniądze to młotek, ktoś kto zbiera młotki zamiast wbijać nimi gwoździe nie jest oszczędny, jest po prostu głupi.

Ubóstwo, to nie nędza

Po drugie – wyjaśniającego nam, że KAŻDY ma coś, ale nikt nie ma wszystkiego. KAŻDY więc ma obowiązek dzielić się z innymi. Ludzie, którzy nie mają pieniędzy, mają – bywa – czas. Albo uśmiech.

Jeśli chcesz być człowiekiem – musisz dawać. I musisz przyjmować. Wzajemna wymiana, współdziałanie, uzupełnianie, dopełnianie – przecież na tym opiera się cały ten świat na wszystkich jego wymiarach, wyłamując się z tego łańcucha podpiłowujesz więc gałąź, na której sam siedzisz (i twoi bliscy też).

Po trzecie – traktującego rzeczy (w tym pieniądze) "na luzie".

Jak święty Paweł, mówiący, że nie ma dla niego znaczenia, czy będzie bogaty czy biedny, bo jest zaprawiony do wszystkich warunków.

Jak uboga wdowa z Ewangelii, która zachowuje się przecież idiotycznie – zamiast dzielić się odsetkami, rozdaje kapitał!

Wszyscy będą ci dziś wmawiać, że twoje szczęście zależy od salda (pieniędzy, ale i osiągnięć).

Wyprowadziliśmy centrum sterowania ludzkim szczęściem z serca, a ono musi tam wrócić.

Kto nie wie, o czym mówię, niech pojedzie do Afryki i pogada z ludźmi, którzy według naszych kryteriów powinni siedzieć załamani i łkać, że nie mają nic. Ja zazdroszczę im szczęścia. Ci ludzie, nie mający czasem nawet na chleb, przekonują, że zdanie z Psalmu:

 „nie widziałem sprawiedliwego w opuszczeniu ani jego potomstwa by o chleb żebrało”

jest prawdziwe, nawet gdy nie ma ani pieniędzy, ani chleba.

Po czwarte – uczącego ciało, by umiało poprzestawać na tym, co wystarczy. Oczyścić się z nadmiaru i nie eskalować materialnych pragnień. To nie jest łatwe, bo współczesnego świata nie kręci już „dużo”, całe życie opiera się dziś na „więcej” („szybciej”, „ładniej”, „milej”, „mocniej”). Zbuntować się przeciw temu, to płynąć pod prąd, a to wymaga samozaparcia, motywacji, siły.

Ubóstwo, to nie nędza

Potrzebujesz nowych butów? To je sobie kup, mogą być nawet czerwone.

Ale – primo: podziękuj Bogu, że stworzył ci takie możliwości, że mogłeś je kupić.

Secundo: Sprawdź, czy poprzednia para (albo dziesięć par, które gniją w szafie, bo przecież masz tylko dwie kończyny) nie przydałaby się komuś, kto nie ma żadnej (albo od razu kup drugą, nawet tańszą parę i komuś podaruj).

Tertio: zastanów się, co się zmieniło w twoim życiu w chwili gdy je kupiłeś (czy jesteś lepszym człowiekiem, świat jest piękniejszy, czy po prostu masz w czym chodzić).

Quatro: Zapytaj sam siebie, czy choćby przez sekundę nic się w twoim sercu nie zmieniło. Bo bez wątpienia zmarnowałeś każdą chwilę życia, w której twoje serce było tam, gdzie twoje buty.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >