Papież „drugiego gatunku”?

Watykaniści mają pewnie rację pisząc, że nie jest istotne kto z jakim poparciem wchodzi na konklawe, znacznie ważniejsza jest dynamika przyrostu lub spadku tegoż poparcia w czasie kolejnych głosowań.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Można wejść do Kaplicy Syksytyńskiej z kilkudziesięcioma „szablami“ i wyjść na czerwono, można zaczynać od trzech czy pięciu głosów i skończyć tę przygodę na słynnym balkonie.

Papież „drugiego gatunku”?

Przyglądając się czarnemu dymowi, oznaczającemu kolejne nierozstrzygnięte głosowania, domyślam się w jak niełatwej sytuacji znajdują się elektorzy. Żeby doszło do wyboru papieża (a nie może nie dojść), spora część z nich będzie przecież musiała zmienić zdanie.

Nie urodzili się wczoraj, z pewnością wchodzili do Sykstyny z głęboko przemyślanym i przemodlonym nazwiskiem. Teraz – jeśli rzeczywiście nie chcą bawić się w politykę – będą musieli zadać sobie pytanie: czy właściwie odczytałem wolę Boga, czy kardynał X to był po prostu mój autorski, znakomity pomysł?

Sytuacja rzecz jasna będzie dynamiczna, czasem zmiana zadania następować będzie w wyniku obserwacji wyników kolejnych rund, kardynałowie będą patrzeć, czego chcą ich „koledzy po pierścieniu“, kto ma realne szanse, a kto nie, per saldo sytuacja skończy się jednak w tym samym miejscu – gdy pióro zawiśnie nad wyborczą kartką i trzeba będzie zdecydować: mocno trzymam się swoich pierwotnych przekonań, czy zmieniam preferencje. I czy robię dobrze zmieniając je nie pod wpływem jakichś nowych, nieznanych faktów, a tylko dlatego, że widzę jak głosują inni?

Strasznie trudna lekcja, każdy zna ją z życia – jak dojść do kompromisu, nie rezygnując z tego, co dla nas ważne. Jak wybrać papieża nie „drugiego gatunku“, a takiego, którego rzeczywiście będzie najlepszy dla Kościoła. Jak wygrać ustępując, a nie stojąc przy swoim.

Ale znów – przecież ustępuję nie dlatego, że uznaję, że poprzednio coś mi się musiało pomylić. Robię to dlatego, bo wiem, że wolą Boga jest to, byśmy dyskutowali tak długo, aż siedemdziesięciu siedmiu zgodzi się co do jednego.

Papież „drugiego gatunku”?

Tego co się dzieje w Kaplicy Sykstyńskiej nie da się „ogarnąć“ przy pomocy kryteriów politycznych, w których swoich przekonań broni się czasem do upadłego.

Decyzja, kto ma pokazać się światu w słynnych czerwonych butach została już podjęta przez Szefa, zadaniem zamkniętego pod kluczem personelu naziemnego jest teraz tylko spróbować ją odczytać.

I – to najlepsze – nie gapiąc się na wymalowanych przez pana Michała golasów, popadając w kontemplacyjne milczenie, wola Boża – to dopiero szok – ma się tu objawić w tym co mówi do mnie i jak głosuje drugi człowiek (bo kardynał też człowiek, choć, jako się rzekło, kardynał).

Papież „drugiego gatunku”?

PS. Zaś ja, parafrazując Katona Starszego, na końcu każdego „konklawistycznego“ tekstu, będę odtąd dodawał: „A poza tym sądzę, że papieżem powinien zostać kardynał Dolan“. Wyobrażacie to sobie? Wychodzi na balkon, zaraz opowiada jakąś dykteryjkę, po czym stwierdza, że czas na wytęskniony obiad?



Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Niezły dym

Dymu z Kaplicy Sykstyńskiej poleciało tym razem tyle, jakby elektorzy oprócz kartek wyborczych spalili jeszcze jakiegoś kandydata. Kardynałowie pojadą teraz do Domu Świętej Marty na kolacje i nieoficjalne debaty, które jutro zaowocują „wypchnięciem“ do przodu któregoś z kandydatów, któryś zacznie tracić poparcie.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Z ulgą wyłączam telewizor. Od kilku dni w mediach trwa festiwal okołokościelnej wiedzy, wydawcy „zabookowali“ tych, którzy wiedzą co mówią oraz tych, którzy mówią, co wiedzą.

Jestem rozdarty – z jednej strony chciałbym by konklawe trwało jak najdłużej. Nie tylko dlatego, że logika wskazuje iż wtedy wzrosną szanse na papieską niespodziankę.

Wyobrażam sobie: ósmy dzień wyborów. Wyborne: moje koleżanki i koledzy „przerobili“ już dawno Wikipedię i żeby czymś zająć antenę, zmuszeni są sięgnąć po świętego Anzelma i debatować o Tomaszu z Akwinu!

Jestem pewien, że dwutygodniowe konklawe zrobiłoby dla edukacji religijnej społeczeństwa więcej niż wszystkie szkolne katechezy razem wzięte! Niechby więc kardynałowie wykorzystali to, że kamery chwilowo zwrócone są na Pana Boga i jak najdłużej nie wchodzili w kadr.

Niezły dym

Z drugiej jednak strony – kto będzie w stanie znieść choćby jeszcze jeden dzień pełen błyskotliwych wizji reformy Kościoła w wykonaniu choćby tych robiących dym Janów Tomaszewskich polskiej myśli eklezjologicznej – byłych księży, którzy chyba nie zdają sobie sprawy, że to wyłącznie ich porzucone kapłaństwo jest jedynym powodem, dla którego mają teraz w telewizji swoje pięć minut?

Za kilka dni szał minie. Mi jednak z dzisiejszego dnia na dobre zostanie przed oczami widok kardynałów składających kolejno przysięgę w Kaplicy Sykstyńskiej. Szkoda, że ta wstrząsająca scena w telewizyjnych transmisjach musiała zostać zagadana, jako zbyt statyczna.

Różne imiona, wiek, kolory skóry, akcent, stroje (hierarchów Kościołów Wschodnich) – to drugie konklawe, które obserwuję, ale pierwszy raz mam poczucie, że w Kaplicy Sykstyńskiej zbiera się rzeczywiście cały Kościół.

Jasne, że nadal z nienormalną liczebną nadreprezentacją Europejczyków, ale dzięki całej tej burzy jaką wywołało odejście Benedykta XVI, nawet oni mieli wreszcie okazję przekonać się, jak barwny jest dziś współczesny katolicki świat.

Szczerze – kto w Polsce, przed tym konklawe, miał pojęcie, że w Sao Paulo jest (spięty albo powściągliwy) kardynał Scherer? Że kardynał Tagle z Filipin to fajny gość? Że jest tylu kardynałów z Indii? Że kardynał Sean O’Malley w Bostonie to pokorny zakonnik, kardynał Timothy Dolan w Nowym Jorku to rubaszny olbrzym, że są kardynałowie z Sudanu, Ghany, Nigerii, że kardynał Pell z Sydney rzeczywiście jest takich rozmiarów, że uzasadniona wydaje się podjęta niedawno przebudowa australijskiego kościelnego hoteliku w Wiecznym Mieście?

Coraz bardziej w nosie mam to, czy następny papież będzie Włochem i czy będzie miał super hobby. Bardzo bym chciał, by kontynuował projekt „afirmatywnej ortodoksji“ (pokazujemy, jak fajnie jest być „betonem“, a nie straszymy czy wyklinamy).

By widział, że współczesny świat radykalnie potrzebuje tej osławionej Nowej Ewangelizacji (z której też robi się już miejscami kościelny totem) – budzenia w ludziach wiary, a nie tylko pilnowania by tkwili w chrześcijańskiej kulturze.

Niezły dym

Póki jednak to nie ja spaceruję po Sykstynie z podniesioną kartką w ręku, musi mi wystarczyć radość z nieoczekiwanych skutków ubocznych tak przeze mnie krytykowanej decyzji poprzedniego papieża.

Czy gdyby nie ona miałbym szansę oglądać dziś dobre dwa tuziny niewierzących (politycznych dziennikarek, właścicieli Ramony, habilitowanych doktorów a nawet tancerzy), z których każdy kreślił dziś swoje (czasem kosmiczne) wizje naprawy Kościoła, z zapałem dowodzącym, że wciąż jest to dla nich bardzo ważna rzeczywistość?

Powtórzę myśl: czy Benedykt – jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało – hukiem, który zrobił abdykując nie zrobił per saldo dla powszechnej wiedzy o Kościele więcej niż przez wszystkie swoje encykliki?

Myślałem o nim na porannej mszy w rzeszowskiej parafii. Kardynałowie w Watykanie zaczynali właśnie prosić Ducha o dobry wybór papieża, ja słuchałem rzucanych z kościoła wezwań modlitwy wiernych: „o pracę dla mojego wnuka“, „o uzdrowienie dla mojego taty“, „o jakąś pomoc małżeństwu, które przeżywa trudne dni“.

Benedykt „emigrując z purpury“, wrócił do takiego właśnie Kościoła. Kardynałowie mają pewnie świadomość, że muszą (jutro? pojutrze?) wybrać kogoś, kto nie tyle zreformuje Kurię, ale kto całym sobą będzie czuł, że fundament, na którym to wszystko ma się opierać jest właśnie w tym, co wybrał Benedykt, w tym co działo się dziś na Eucharystii w Rzeszowie.



Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >