Kaplice w Centrach Handlowych

Na ulicy od wczesnego ranka ramiona bolą od obijania się o ludzi, w sklepach – pandemonium i najczarniejsze koszmary demografa. Chronisz się do kościoła, i nagle – po raz pierwszy w życiu – masz ochotę dziękować Bogu za obniżające się w Polsce wskaźniki mszalnej frekwencji.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Fragment z nowej książki Szymona Hołowni „Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie“.

Ktoś stwierdził, że Manila, stolica Filipin, mogłaby mieć w herbie dwa słowa: humidity (wilgotność) i humanity (ludzkość). Doświadczenie niewyobrażalnego tłumu, które dopada sekundę po tym gdy wyjdzie się samolotu przywiodło mi na myśl mojego białostockiego kolegę, który ilekroć jechał w interesach do Warszawy miał migreny i obstrukcje. Wysiadając na lotnisku w Manili po dwugodzinnym locie z  małomiasteczkowego Guam, miałem w uszach jego słowa: „Jak przyjadę do tej waszej stolicy, jak wyjdę pod Domy Centrum, jak zobaczę jak tam jeden drugiego potrąca, mam taką ochotę przywalić im dyplomatką, niechby się opamiętali, po jaką cholerę oni ganiają jak ten kot z pęcherzem?“.

Kaplice w Centrach Handlowych

Manila od pierwszego wejrzenia uczy: morzu nie zadaje się pytań, dlaczego takie głębokie, dlaczego prądy i dlaczego fale. Machaj człowieku kończynami, pilnuj by mieć głowę nad lustrem. Nie wierzgaj przeciwko żywiołowi, spróbuj sprytnie wykorzystać jego „power“, zamiast pomstować na wiatr – zostań kitesurferem. Albo szybownikiem. Musisz nauczyć się wyczuwać naładowane energią prądy wznoszące, w otaczającym cię tłumie goniących przed siebie setek ludzi dostrzegasz faceta, który mógłby uczyć slalomu samą Lindsey Vonn, nikogo nie potrąca, ale bezbłędnie przewiduje ruchy tańczących niby to w chaosie elektronów, wie czy wziąć delikwenta z lewej czy z prawej, z której pojawi się na chwile półmetrowe okienko. Siadasz gościowi na zderzak i robisz to, co kochają warszawscy kierowcy – pokonujesz korek jadąc za karetką. Powtarzasz manewr przy karuzeli z bagażami, później w drodze do bankomatu, szukając kierowcy, który miał na Ciebie czekać, ale tu jest z pięciuset kierowców i każdy na kogoś czeka i chce być dostrzeżony jako pierwszy, widzisz więc jakichś czterystu osiemdziesięciu robi co może, ale bez sukcesów.

poprzednie
następne

Tłum już cię nie opuści. Na ulicy od wczesnego ranka ramiona bolą od obijania się o ludzi, w sklepach – pandemonium i najczarniejsze koszmary demografa. Chronisz się do kościoła, i nagle – po raz pierwszy w życiu – masz ochotę dziękować Bogu za obniżające się w Polsce wskaźniki mszalnej frekwencji. Manilski Quiapo Church, znany szerzej jako Bazylika Czarnego Nazarejczyka to wariacja na temat któregoś z londyńskich dworców w godzinach szczytu. Kościół wygląda zresztą jak terminal – prostopadłościan na środku placu, boczne ściany całe z drzwi i okien, wszystko otwarte na przestrzał, spokojnie ze sto decybeli – hałas z ulicy, smog taki, że ciężko oddychać. Msze od czwartej rano do popołudnia co godzinę, na każdej dobre tysiąc osób, ludzie wchodzą i wychodzą, ksiądz przedłuża kazanie, gada już trzydzieści minut i nie wiesz kiedy przechodzi z angielskiego na miejscowy taglog oraz kiedy wraca. Gdzie się celebrans nie ruszy dwóch zakrystianów popycha za nim monstrualny, druciany, żółty wentylator. Dwudziestka pań w mundurkach z workami na tyczkach zbiera tacę. Kieszonkowiec wypatruje. Przepowiadacz przyszłości na chodniku drze się w niebogłosy. Próbuję wejść do kaplicy adoracji, rzucają się na mnie dwie niewielkie energiczne panie, każąc ściągnąć buty, schować do specjalnej szafki, idę do komunii, wystawiam rękę, pan który jej udziela szarpie mnie bo jego zdaniem powinienem przyjąć Ciało Chrystusa na lewą, nie na prawą, nie chce mu się tłumaczyć, więc wykręca mi nadgarstki.

poprzednie
następne

Jeśli piekło istnieje ma w sobie z pewnością wiele z tego, czego może doświadczyć kierowca na manilskiej ulicy. Stolica jest nie tylko przeludniona, ale i ogromna terytorialnie, drogi są fatalne, co w połączeniu sprawia, że każdy wyjeżdżający na ulice Manili nie tylko ma wrażenie, że skacze na główkę do morza, dodatkowo jeszcze morze to bowiem się gotuje. Miliony ludzi wędrujących z miejsca na miejsce, tysiące przeróżnej maści prywatnych autobusów „city operations“ i „provincial operations“,  obklejone pasażerami tzw. jeepney – otwarte minibusy przypominające skrzyżowanie dżipa z tramwajem, taksówki z wymalowanymi na drzwiach informacjami dokąd kierowca może pojechać, a gdzie mu się nie chce – to wszystko wymuszające pierwszeństwo,  trąbiące co chwila na siebie i od siódmej do dwudziestej stojące w jednym wielkim megakorku. W komunikacyjnym piekle ludzie szukają oaz. Stają się nimi rosnące jak grzyby po deszczu wielkie centra handlowe. U nas patrzy się na nie jak na świątynie komercji, w Manili są błogosławieństwem, zajazdem na drodze umęczonego podróżnego. W Manili wyskoczyć po pracy na zakupy albo do kościoła mógłby chyba tylko ktoś dysponujący śmigłowcem. W mallu ma wszystko na miejscu. Mnie rzecz jasna najbardziej zafascynowały sklepowe kaplice. W jednej z nich, w drugim co do wielkości centrum handlowym Filipin – SM Megamall na piątym piętrze – „Kaplica Jezusa Eucharystycznego“, rozmiaru polskiego średniej wielkości kościoła. Obok kaplica adoracji (w godzinach otwarcia malla) – wielkości kościoła mniejszego. Ładny, nowoczesny wystrój, obok zakrystia gdzie można zamówić mszę, pogadać z księdzem, stale dyżuruje tu dwóch pracowników. Na ścianie dekret kardynała – „wychodząc na przeciw rosnącym potrzebom grup pracowników i konsumentów, ustanawiamy tę kaplicę licząc, że przyczyni się do pogłębienia relacji współczesnych ludzi z Bogiem wszędzie tam, gdzie prowadzą ich drogi…“. Jest wtorek, na mszy w południe około pięćset osób. Na wieczornej o osiemnastej – dobre siedemset. Zaskoczony frekwencją pytam kapelana, jak to możliwe, przecież kaplice są tu w większości centrów handlowych, w zwykłych kościołach też tłumy. Wzrusza ramionami: przyjdź w niedzielę, ludzie się nie mieszczą, na każdej mszy mam ich około trzech tysięcy. A mszy w niedzielę jest siedem.

Patrzę, jak ci ludzie się modlą, jak przygotowują do spowiedzi, jak adorują. Czuję jak spływają ze mnie polskie argumenty – że jak tak można, że przecież to człowiek powinien szukać kościoła, nie kościół człowieka, że to nieledwie profanacja. Zaprawdę, więcej profanacji widziałem w polskich parafiach niż w tym filipińskim sklepie. Już nie walczę. Wsiadam do taksówki, zamykam oczy, nie dopytuję kierowcy ile jeszcze do EDSA (głównej arterii komunikacyjnej stolicy) i dlaczego jedziemy tak wolno. Klaksony, szum, krzyki wszystko przepływa przeze mnie, gdy przestaję dyktować rzece jak ma płynąć odwdzięcza się przyjemnym uczuciem, zdejmuje z pleców ciężar wydumanej odpowiedzialności za cały świat. Tak organicznie przeżyta świadomość, że jesteś jednym z siedmiu miliardów a nie jedynym wyzwala. Rzeka niesie tam, gdzie zechce ponieść.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Podróż Szymona. Meksyk – fotoblog (08.12.2012)

Zobacz zdjęcia, które Szymon Hołownia kilkanaście godzin temu zrobił w Guadalupe!

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >
Podróż Szymona. Meksyk - fotoblog (08.12.2012)

Brama na plac przed trzema bazylikami – najstarszą, nowszą (na zdjęciu) i najnowszą (dalej: UFO

Guadalupe

12 grudnia do Bazyliki MB z Guadalupe z całego Meksyku i okolicznych krajów przyjedzie (lub przyjdzie) do siedmiu milionów pielgrzymów. Już dziś można ich zobaczyć przy wszystkich prowadzących do stolicy drogach. Ci, którzy przyszli wcześniej, koczują pod bazyliką. To przede wszystkim bardzo ubodzy ludzie, dla których taka wyprawa to nie lada przedsięwzięcie logistyczne. Wchodzą do bazyliki i padają ze zmęczenia w ławkach. Co godzina odprawiana jest msza dla kolejnych grup, na każdej – kilka tysięcy ludzi. Feretrony i sztandary wmaszerowują i wymaszerowują. Ludzie leżą na posadzce, śpią przy konfesjonałach. Zdjęcia z wnętrza są słabej jakości, bo używanie fleszy jest ścigane. Zresztą – bazylika to takie miejsce, gdzie naprawdę z duszą człowieka dzieją się rzeczy niezwykłe, kto by tam myślał o fleszach.

1/19
Za dwa dni ta ulica zostanie całkowicie zamknięta. Szczelnie wypełni ją ludzka rzeka, w której nie będzie się można nawet obrócić, tylko płynąć tam, gdzie zaniesie prąd.
2/19
Miasto Meksyk położone jest na podziemnych górskich jeziorach, które 25-milionowa aglomeracja stopniowo wypija i miasto zapada się pod ziemię. Ten proces widać i tu – bazylika przechyla się z każdym rokiem o kilka centymetrów.
3/19
Pielgrzymka maszynistów szóstej linii stołecznego metra przygotowała feretron, który zaraz zostanie wniesiony do bazyliki.
4/19
Panowie padają ze zmeczenia. Na fotkę godzą się z pogodną rezygnacją.
5/19
Trzeba napisać mamusi, że już dotarliśmy.
6/19
Nowa bazylika, gdzie dziś znajduje się cudowny obraz. Odyseja kosmiczno - teologiczna.
7/19
Wnętrze bazyliki. Trwa msza dla maszynistów z metra.
8/19
W środku mszy dla maszynistów do bazyliki dochodzi pielgrzymka piesza z Ahuazotepec w stanie Puebla, cztery dni drogi. Julio, Antonia i ich córki - Concepcion i Yolanda ze zmęczenia ledwo mówią, ale są nieprawdopodobnie szczęśliwi. Za nimi - setki innych. Bazylikę wypełnia zapach zmęczenia, ale i specyficzny zapach biedy, który tu zmienia się w kadzidło. Prawie na moich kolanach siada dziewczynka z jakimś z pewnością nieleczonym genetycznym schorzeniem i przytula się. Siedzimy tak przez dobre pół godziny.
9/19
Koszulki pielgrzymów z Ahuazotepec.
10/19
Główny ołtarz bazyliki z ikoną Matki Boskiej i obrazem Juana Diego, któremu Maryja się objawiła.
11/19
Ikona Matki Boskiej.
12/19
Bezpośrednio pod obrazem zainstalowano ruchome chodniki. Jeżdżąc nimi w tę i z powrotem możesz kontemplować obraz. Ta metoda upłynnia ruch w tym mrowisku, ale blokuje tych, co chcieliby obejść obraz na kolanach.
13/19
Monitory w bazylice na bieżąco informują o cenach mszy i nabożeństw (przed obrazem jest drożej o 300 peso niż w kaplicy, "odpalenie" dużych organów kosztuje wciąż pięćset pesos mniej niż czterech śpiewaków z organami małymi).
14/19
Komunię też można urządzić w przystępnej cenie.
15/19
Albo potrójny ślub. Koszta mniejsze, a jak się podmieni pannę młodą, to może nikt nie zauważy.
16/19
Msze dla ludności rdzennej - oferta konkurencyjna w stosunku do tych dla regularnych pielgrzymek, czy innych imprez.
17/19
Skrzynka na cuda.
18/19
Gigantyczne tabernakulum w kaplicy adoracji. Jezus - Superbohater?
19/19
Gdy pielgrzymi wyjeżdżają, ktoś musi to wszystko posprzątać.
poprzednie
następne
Podróż Szymona. Meksyk - fotoblog (08.12.2012)

Dzieciąteczko (nie znajduję formy jeszcze bardziej zdrobniałej).

Dewocjonalia

Bazylika ma też jednak drugą stronę. Wszędzie tam, gdzie gromadzą się tłumy, zaraz zjawia się i handel. Bazylikę oblepiają dziesiątki sklepów, sklepików i straganów, które stają na głowie by zaspokoić niezwykle rozbudzone potrzeby Meksykanów w zakresie dewocjonaliów. Za każdym razem, gdy tu jestem, mam ochotę spędzić życie na dokumentowaniu nieprawdopodobnych form jakie przybiera tutejsza religijność. Dziś wrzucam tylko kilka najbardziej ekstremalnych przykładów wciąż zastanawiając się, gdzie przebiega granica między religijną namiętnością a jej karykaturą, oraz: jak to się dzieje, że mimo to (a może – sam już nie wiem – dzięki temu?), Guadalupe to jedno z tych kilku miejsc na świecie, gdzie niebo zdaje się schylać, by człowiek mógł zanurzyć w nim głowę.

1/10
Dywizjon 303?
2/10
Jezus czy Ken?
3/10
Matka Boska Bolesna (bo Zafoliowana)?
4/10
Jezus i dwa Dzieciątka w formie: "Dzięciątko Jezus - Patron Lekarzy".
5/10
Gdy zobaczyłem tę scenę miałem w głowie tylko jedno skojarzenie: Złożenie do grobu.
6/10
Czy wydobędziesz Go zza folii?
7/10
Wniebowstąpienie?
8/10
Matka Boska Papieska.
9/10
Dziwny ten pasterz. Bardziej z krainy baunsu niż Betlejem, jak sądzę?
10/10
Czas na Matkę Boską!
poprzednie
następne

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >