#3 Paulina Guzik: Rozmawiajmy. Pięć wskazówek

Nawrócenie często zaczyna się od podania ręki osobie, która doznała krzywdy. Czyli – od komunikacji. Jeśli zaczniemy realizować lekcje komunikacji Jana Pawła II, a nie tylko ckliwie go wspominać, Kościół w Polsce znajdzie się w prezentowaniu swojej tożsamości w zupełnie innym, lepszym miejscu - pisze Paulina Guzik w kolejnym głosie debaty Catolico "Nietożsama tożsamość".

Polub nas na Facebooku!

Wśród różnych tematów, spraw i problemów, jakie z dużą wyrazistością wybrzmiały w ostatnich dniach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, jest jeden, który wart jest szerokiej debaty w Kościele. Brzmi on tak: Wielu katolików nie podziela moralnej nauki Kościoła. Jaka to skala? Jak duży to problem? Jakie są tego przyczyny? I w końcu – co dalej? Chcemy przyjrzeć się “nietożsamej” tożsamości katolików – dziś głos Pauliny Guzik. 

Nietożsama tożsamość dotyka nie tylko problemu wiernych świeckich, których nastoletnie dzieci wyruszyły na protest, i którzy często sami popierają „wolność wyboru”. To także nie tylko sprawa tematu aborcji, ale też drugiej kwestii, która powoduje, że w rodzinach wybuchają przy stole burzliwe dyskusje, a nawet solidne kłótnie. Nadużyć seksualnych w Kościele i odpowiedzi na nie. Tutaj nietożsama tożsamość boleśnie dotyka także księży, zakonników i zakonnice. Jest w Polsce wielu księży i osób konsekrowanych, w tym biskupów, którzy robią świetną robotę w kwestii oczyszczenia Kościoła w Polsce z tej strasznej zbrodni. Jest też bardzo wielu, którzy nawet jeśli robią dobrą robotę, to ich publiczny obraz jest istną katastrofą, bo nie potrafią swoich decyzji komunikować. Są też tacy, którzy okopują się w swoim bunkrze, że cała sprawa jest „atakiem na Kościół”, stojąc w opozycji do tego, czego uczyli i uczą nas papieże: Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek i nie rozumiejąc, że kwestia wycięcia raka nadużyć i opatrzenia rany po nim jest kwestią wierności Ewangelii. Jest kwestią tożsamości stania pod krzyżem z tymi, którzy zostali skrzywdzeni. Nawrócenie często zaczyna się od podania ręki osobie, która takiej krzywdy doznała. Czyli – od komunikacji. Zapraszam na lekcję komunikacji Kościoła według… Jana Pawła II. Jeśli zaczniemy realizować jego lekcje, a nie tylko ckliwie go wspominać, Kościół w Polsce znajdzie się w prezentowaniu swojej tożsamości w zupełnie innym, lepszym miejscu. Oto pięć sugestii wg. Jana Pawła II, jak lepiej się porozumiewać.

 

Po pierwsze być Człowiekiem

Niezwykle często przywódcy, także przywódcy Kościoła i hierarchowie, zawężają komunikację wyłącznie do relacji z mediami. Komunikacja natomiast polega na tworzeniu osobistych relacji z innymi ludźmi. Bycie dobrym komunikującym oznacza bycie uczciwym, godnym zaufania i uprzejmym. Co przekonuje odbiorców to nie piękne słowa, ale piękne czyny. I stanowcze stanie po stronie Ewangelii.

W komunikacji Karola Wojtyły widzieliśmy jego integralną osobowość, czyli to, co było jego znakiem rozpoznawczym. Nie mógłby być takim papieżem jakiego znamy i podziwiamy, gdyby w swojej komunikacji nie złączył wszystkich osobistych doświadczeń, spotkań, zdolności, tego kim był. Nie byłoby Światowych Dni Młodzieży czy teologii ciała, gdyby nie górskie wycieczki ze Środowiskiem, nie byłoby rewolucyjnego spojrzenia na rolę kobiet w Kościele i w Watykanie gdyby nie niezwykła święta matka i głębokie duchowe przyjaźnie z kobietami, w szczególności jedną, z którą rozmawiał codziennie – dr Wandą Półtawską. Nie byłoby wreszcie Papieża broniącego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, gdyby słowa broniące życia wypowiadane często i głośno nie łączyły się z nieustannymi wizytami u niepełnosprawnych, cierpiących, trędowatych.

Okazywanie empatii nie jest oznaką słabości przywódcy. „Boże, daj mi być sługą twoich sług” prosił Jan Paweł II podczas mszy inaugurującej Pontyfikat. W Korei Południowej podczas pielgrzymki przekreślił wszystkie możliwe plany polityków, gdy w leprozorium, szpitalu dla trędowatych, spędził wiele godzin, bo uparł się, że pochyli się nad każdym chorym. Ludzie od protokołu z obu stron – Korei i Watykanu, dostawali szału – tak wspominał to Arturo Mari, papieski fotograf w „Gościu Niedzielnym”: Gdy świat tych ludzi separuje, odsuwa z centrum życia, oni zrozumieli, że Ojciec Święty ich kocha, szanuje ich godność…

Dziś nazwalibyśmy to „leading by example” – „przywództwo przez przykład”. Ono mówi bez słów.

Dziś liderzy Kościoła, biznesu, polityki czy instytucji społecznych często traktują powierzony im lud jak osobną masę żyjącą w innej rzeczywistości, obserwowaną z okien swoich siedzib i pałaców. Potrzeba nam integralnych osobowości, ludzi którzy całym sobą reprezentują swoje mocne przekonania moralne, jednocześnie potrafiąc prowadzić dialog. Nie widać w Kościele wielu liderów przytulających chorych i cierpiących, tych, których mamy zdecydowały się urodzić, biorąc na swoje barki piękny i strasznie ciężki chrześcijański krzyż. Wielu biskupów na pytanie: czego można nauczyć się od osób skrzywdzonych w Kościele nie potrafi odpowiedź, bo się z nimi nigdy nie spotkało.

My wierni też mamy tu lekcję do odrobienia. Co zrobiliśmy oprócz „podania dalej” informacji o ośrodkach wychowujących dzieci niepełnosprawne? Zapytaliśmy czy może nie zalegają za czynsz albo czy któremuś dziecku nie trzeba wykupić okularów? A jeśli nie stać mnie na pomoc materialną, czy się chociaż za nich codziennie modlę? Świadectwo też się liczy – nie da się wspierać ich na niby lajkowaniem ich postów, jeśli Facebookowy profil zmieniłem sobie na piorunek. Jedno z drugim jest po prostu niepołączalne, bo jest nieprawdziwe. Nie ma w tym chrześcijańskiej integralności.

Podobnie z osobami skrzywdzonymi w Kościele. Nie tylko biskupi, ale my wierni mamy tu lekcję do odrobienia. Ojciec Hans Zollner powiedział w ostatnim „Między Ziemią a Niebem”: Jesteśmy właścicielami tej krzywdy, tej rany, ponieważ jest to rana Jezusa Chrystusa (…) I to jest ludzki problem we wszystkich krajach. Jestem naprawdę zdumiony, że jako ludzie uciekamy od tego, nie tylko ludzie Kościoła. Społeczeństwo jako całość nie chce stawić czoła temu i dlatego konieczne jest, abyśmy jako katolicy zrobili ten krok (…) Chodzi o moment, w którym wszyscy zdajemy sobie sprawę, że ofiary wykorzystywania seksualnego przez duchownych są częścią Kościoła, wielu z nich nadal jest w Kościele i wielu z nich naprawdę chce móc ponownie zaufać Kościołowi, jego przedstawicielom, chce ponownie zaufać Bogu , więc jeśli zdamy sobie sprawę z głębokości rany zadanej duchowej stronie ludzi, możemy przyjąć inną postawę”.

Dobra komunikacja swoich przekonań zaczyna się właśnie od bycia człowiekiem. „Jan Paweł II dał nam przykład bliskości ze swoim ludem. Bliski dla wielkich i bliski dla najmniejszych. On wychodził pierwszy” – to słowa Papieża Franciszka z Mszy świętej na 100lecie urodzin Karola Wojtyły, które jeszcze pełniej integralność empatii z przywództwem Jana Pawła II oddają. Od tego zatem zacznijmy – od człowieczeństwa, pierwszej i podstawowej cechy dobrego dyskursu publicznego opartego na Prawdzie.

 


 

PRZECZYTAJ: Monika Przybysz “Kościół małych wspólnot”.
Problem: brak więzi rodzinnych, wolność wyboru jako priorytet i nierozwiązane problemy Kościoła. Recepta: głębokie zmiany na różnych poziomach w Kościele, a probierzem – aktywne czyny miłosierdzia.

 


 

2. Profesjonalizm

Jan Paweł II jako papież codziennie się uczył. 4 lata po objęciu stolicy Piotrowej widział, że współczesne media są potężną siłą (zaledwie dwa lata po rozpoczęciu jego posługi na Stolicy piotrowej powstała stacja CNN – pierwsza 24-godzinna stacja informacyjna na świecie) i że tę siłę trzeba uczynić orężem ewangelizacji. Wiedział też, że sama osobowość papieża nie wystarczy, by przyciągnąć ludzi do Kościoła i obronić jego stanowiska wobec prawd moralnych, które już wtedy uważane były za staroświeckie a na Papieża broniącego życia krzywo patrzyły wszystkiego „postępowe” społeczeństwa Zachodu. Aby medialnie obronić „staroświeckie” przekonania, potrzebował profesjonalistów. I ich zapytał o zdanie, jak powinna wyglądać nowoczesna i odpowiadająca czasom komunikacja w Watykanie.

Dostał odpowiedź od dziennikarzy i ludzi mediów – komunikacja musi być profesjonalna. I musi być częścią zarządzania Watykanem, nie przypadkowym odpryskiem jego działań. Transparentność, dostępność, otwarte mówienie o najtrudniejszych tematach stało się domeną Watykanu Jana Pawła II. Sala Stampa – dziennikarskie biuro watykanistów przy Via della Conciliazione dziś nosi imię Joaquina Navarro-Vallsa, rzecznika papieża. Zatrudnił go Jan Paweł II, pierwszy papież który w ogóle miał rzecznika, stronę internetową, konferencje i komunikaty prasowe, który wiedział, że nie da się zarządzać Stolicą Apostolską bez komunikowania tego, co ta Stolica robi. Geniusz dwóch ludzi – Wojtyły i Navarro-Vallsa był tak wielki, że w czasach, gdy nauka o komunikacji właściwie raczkowała wiedzieli, że komunikacja to nie tylko to co na zewnątrz, że to nie tylko dziennikarze.

Razem stworzyli system komunikacji wewnętrznej – VIS – Vatican Information System. Dzięki niemu – a system ten stworzony był przy współpracy z General Electrics i Western Union, zanim jeszcze do powszechnego użytku trafił Internet – biskupi i diecezje pierwsze, przed mediami, wiedziały o decyzjach papieża.

Czy w mojej diecezji wiem, że media nie są moimi wrogami, ale przekaźnikami informacji, a istota Kościoła leży w głoszeniu dobrej nowiny? Czy ja słucham w tej kwestii Jana Pawła II? Czy wiem, że profesjonalna komunikacja to integralna część zarządzania instytucją? Czy planuję wykorzystać dostępne mi narzędzia video i środki finansowe na nowoczesne kampanie pro life, na kampanie informacyjne dla rodziców, jak mogą chronić swoje dzieci? Czy moje biuro prasowe służy tylko do gaszenia kryzysowych pożarów, czy ma strategię, która zawiera w sobie ewangelizacyjne założenia?

Jan Paweł II zrobił z watykańskiej komunikacji profesjonalny majstersztyk ponad 40 lat temu. Zaufał ludziom, którzy znali się na komunikacji lepiej od niego, radził się ich i przyjaźnił z nimi. Ważna lekcja na dziś.

 

3. Rzecznik – legenda

Był 1984 rok. Joaquin Navarro-Valls jako szef Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej we Włoszech (Stampa Estera) prowadził akurat konferencję prasową z szefem Fiata. Nie było komórek, więc kolega, który w trakcie trwania konferencji otrzymał telefon od ks. Dziwisza, papieskiego Sekretarza, podsunął Navarro-Vallsowi karteczkę w trakcie konferencji prasowej – „Papież zaprasza cię na obiad. Dzisiaj”. Było południe – obiad miał odbyć się o 13-ej w innej części Rzymu.

Navarro był korespondentem hiszpańskiego katolickiego medium ABC we Włoszech. Był też psychiatrą – 7 lat po skończeniu medycyny został absolwentem komunikacji i ta druga dziedzina nauki zrobiła z niego legendę.

Navarro-Valls szybko zakończył konferencję z prezesem Fiata, mocno się przy tym gimnastykując – w końcu Agnelli był to nie tylko najbogatszym, ale i najbardziej wpływowym człowiekiem Italii. Na lunch zapraszał go jednak Papież – ze znacznie większą potęgą w kieszeni niż pieniądze.

Navarro ledwo zdążył na ten obiad. Przy stole towarzyszył mu Alberto Michelini, dziennikarz RAI.

Ten obiad był typowym „polem eksperymentalnym” papieża Wojtyły. Gdy zastanawiał się nad jakimś problemem, zapraszał ludzi, by swoją wiedzą pomogli mu rozważyć możliwości i podjąć decyzję. Zapytał więc swoich rozmówców, jak powinna wyglądać watykańska komunikacja – Navarro zaś odpowiedział mu szczerze – Watykan nie potrzebuje reformy komunikacji. Watykan potrzebuje rewolucji.

Joaquin Navarro-Valls, psychiatra-dziennikarz od pierwszego spotkania wiedział, jak ma wyglądać relacja między nim a papieżem. Był z Ojcem Świętym szczery. Zawsze. Nawet gdy bolało. Nawet wtedy, gdy Papież nie zgadzał się z Navarro – słuchał go.

Dwa dni po pierwszym papieskim obiedzie zadzwonił do Navarro-Vallsa Sekretariat Stanu, że papież chciałby, aby to Navarro został jego rzecznikiem prasowym. Joaquin zadzwonił natychmiast do ks. Dziwisza i powiedział, że ma tylko jeden warunek – bezpośredni dostęp do Ojca Świętego. Dostał odpowiedź następnego dnia: „Ojciec Święty przyjmuje pana prośbę i zgadza się na nią”.

Navarro-Valls często wpadał do Pałacu Apostolskiego na robocze śniadania, obiady i kolacje. Chodził z Papieżem w góry, byli w stałym kontakcie. Valentina Alazraki, legendarna watykanistka i przyjaciółka Navarro-Vallsa powiedziała mi: „Gdy Joaquin przekazywał nam informacje wiedzieliśmy, że to nie była informacja od niego, ale od papieża”.

Joaquin Navarro-Valls nie był watykańskim yes-man’em. Jan Paweł II traktował go poważnie i ufał mu, bo jego rzecznik odważnie i stanowczo potrafił wyrazić swoje zdanie. Był człowiekiem znającym się na komunikacji, ale też kochającym Kościół, człowiekiem o głębokiej formacji. Ich komunikacja wewnętrzna działała dialogowo. Navarro nie był ślepo przytakującym, Papież zaś także często przekonywał go do tego, aby pozostać przy swoim zdaniu. Ich komunikacja była dialogiem, nie zarządzeniami zwierzchnika, które Navarro wykonywał.

Nie „lobbuję” za posiadaniem dobrych, odważnych rzeczników w diecezjach bo jestem dziennikarzem, który nie raz odbił się od ściany ciszy w tym czy innym kościelnym biurze prasowym. Jest ku temu zupełnie pozadziennikarski argument: Setki tysięcy wiernych właśnie przez media często dowiadują się o stanowisku Kościoła. Media są ważnym elementem ewangelizacji. I choćby to powinno być argumentem, że rzecznik musi być topowym wyborem każdego biskupa i każdego zgromadzenia. W szczególności, gdy debata publiczna w Polsce płonie a jedną z dokładanych do ognia sztachetek jest „stanowisko Kościoła w Polsce”. A skoro dziś Kościołowi obrywa się za to, w co wierzył od 2000 lat (nie zabijaj, chroń życie), to komunikacyjnie chyba jednak poszło coś nie tak. Skoro w niektórych kurialnych biurach prasowych, w których pracuje po 5 osób nie ma kto odpowiedzieć na pytania dziennikarzy, którzy pytają dla swoich widzów/czytelników, to chyba coś jest nie tak. Potrzeba odważnych ludzi, którzy tak jak Navarro Valls miłość do Kościoła połączą z profesjonalnym przekazywaniem informacji o jego poczynaniach i fundamentalnych przekonaniach.

 


 

PRZECZYTAJ: ks. Piotr Kieniewicz MIC: “Zagubiony fundament”.
Chrześcijaninem nie jest ten, kto się za niego uważa, ale ten, kto jest nim rzeczywiście, a zatem myśli razem z Kościołem, czuje razem z Kościołem i postępuje razem z Kościołem.

 

 


 

4. Spotkanie

Ludzie byli poligonem doświadczalnym pomysłów Wojtyły. „To nie znaczy że z nimi eksperymentował” – powiedział mi George Weigel. „To znaczy, że uczył się od niech. Pałac Apostolski był pełen ludzi na śniadanie, obiad i kolację”, wspomina papieski biograf.

Kiedy papież Wojtyła pisał ważny dokument, gromadził teologów, filozofów, socjologów, ekonomistów, którzy byli ekspertami w różnych dziedzinach, i spędzał z nimi czas, słuchając ich. „Na koniec podsumowywał dyskusję kilkoma słowami, bardzo sprecyzowanymi, tylko na temat, a także bardzo zabawnymi, ponieważ miał żywe poczucie humoru” wspomina papieża prof. Rocco Buttiglione.

Od czasu kajaków, nad którymi się roztkliwiamy, Karol Wojtyła traktował spotkanie drugiego człowieka poznawczo. „Pragnienie spotkania w drugim człowieku, było wpisane w  jeszcze większe pragnienie szukania prawdy. Wojtyła to był człowiek, który ponieważ bardzo wcześnie przeżył doświadczenie spotkania z Bogiem, to było dla niego doświadczenie spotkania z prawdą” powiedział mi Ojciec prof. Jarosław Kupczak, znawca nauczania Karola Wojtyły.

Papież nie spotykał się tylko ze swoimi przyjaciółmi. Bardzo często przy stole miał ludzi niewierzących, skrzywdzonych przez życie, złych na Kościół. Rozmawiał. Ale przede wszystkim – słuchał.

„Nie mówił dużo” – wspomina prof. Andrea Riccardi – „słuchał szeptów świata”.

Przez rozmowę i świadectwo swojej wiary podczas osobistych spotkań, Papież niejednego zatwardziałego lewicowca nawrócił.

Zastanawiam się, ilu biskupów może szczerze powiedzieć, że spotyka się z osobami nieoczywistymi przy kurialnym stole? Od Skrzywdzonych przez molestowanie seksualne w Kościele przez przedstawicieli lewicy i … dziennikarzy. Czasem warto byłoby zacząć od wspólnego posiłku ze swoimi kapłanami, aby wiedzieć co dzieje się w diecezji. Czy my w ogóle wiemy w Kościele, co się dzieje na świecie, czy żyjemy w społecznej bańce „ludzi wierzących” i dopiero gdy napięcie sięga zenitu orientujemy się, że wśród tektury, błyskawic i czerni są i nasze owieczki?

Słuchanie było najważniejsze dla Papieża Polaka. Także słuchanie dziennikarzy. Pierwszy papież, który zgodził się na udzielenie odpowiedzi na pytania w samolocie. Pierwszy na konferencji prasowej w Sala Stampa. Pierwszy, u którego dziennikarze regularnie bywali na kolacjach. Papież, na którego słowach księża w Polsce tak często opierają swoje homilie, listy do wiernych, swoje wystąpienia. Kiedy nauczymy się słuchać, tak jak słuchał Wojtyła?

 

 


 

 

Więcej podobnych tekstów znajdziesz w CATOLICO – serwisie specjalnym, który zawiera pogłębione, eksperckie artykuły w formie analiz, raportów oraz podsumowań.

 

 


 

 

5. Nie zostawiać pytań bez odpowiedzi.

Kiedy zbliżała się 15 rocznica pontyfikatu, telewizja RAI wpadła na rewolucyjny w tym czasie pomysł, aby przeprowadzić 2-godzinny wywiad z Papieżem. Nikt wcześniej nie posadził papieża przed kamerą i nie wziął w ogień pytań. Wywiad miał przeprowadzić nawrócony katolicki włoski intelektualista Vittorio Messori.

Przez rok od prośby telewizji RAI osobisty Sekretarz Papieża nie znalazł dwóch godzin na wywiad dla RAI. To było w kalendarzu Jana Pawła II coś po prostu niespotykanego – 2 godziny wolne.

Joaquin Navarro-Valls, który był pośrednikiem organizacji wywiadu, a na który papież chętnie zresztą przystał, po roku starań po prostu się poddał. Zawiadomił Messoriego, że do wywiadu nie dojdzie.

Jednak od roku w Watykanie leżały przecież pytania, jakie Messori dla papieża przygotował.

Kilka dni po decyzji, że wywiadu dla RAIu nie będzie, papież podał Navarro plik kartek i powiedział mu: „Nie można pozostawiać pytań bez odpowiedzi”. Papież, w wolnym czasie, najpewniej w nocy, spisał refleksje – odpowiedzi dla Vittorio Messoriego.

Navarro osobiście zawiózł teczkę Messoriemu nad bajeczne Jezioro Garda na północy Włoch, gdzie mieszkał pisarz i dziennikarz. Na pierwszej stronie roboczych zapisków papież odręcznie nakreślił tytuł: „Przekroczyć próg nadziei”.

Po kolejnej wymianie korespondencji z Papieżem, Messori wydał książkę o tym samym tytule, która okazała się największym wydawniczym hitem w historii papiestwa. Książka została przetłumaczona na 40 języków, sprzedana w milionach egzemplarzy. Przesłanie papieża poszło w świat, bo nie zostawił pytań bez odpowiedzi.

Ile pytań w diecezjach zostaje przemilczanych? Milczenie powoduje jedynie plotki i domysły. Pozostawianie pytań bez odpowiedzi sprawia, że ktoś inny „za Kościół” na nie odpowiada. Nie tak postępował Jan Paweł II, a miał na głowie potężne problemy całego świata. Prowadził dialog, nie myśląc, że tylko od jego samopoczucia i decyzji będzie zależało, czy świat uzyska odpowiedzi na ważne pytania. Decyzja o odpowiedzi na pytania była powodowana pragnieniem spotkania z prawdą.

Na koniec tak to zostawię. „non abbiammo paura” – “nie bójmy się”!

 

W artykule wykorzystano wspomnienia przyjaciół papieża i znawców jego nauczania z filmu „Lubię patrzeć jak wschodzi słońce” w reżyserii autorki artykułu, prod. TVP/UPJPII, książki „Navarro-Valls. Rzecznik” wydanej w 2019 po hiszpańsku i włosku przez jego brata Rafaela Navarro-Vallsa, a także wstęp do książki „Przekroczyć próg nadziei” – wywiadu rzeki Vittorio Messoriego z Janem Pawłem II.


Paulina Guzik – dziennikarka TVP1, prowadząca program „Między Ziemią a Niebem”, korespondentka watykańskiego magazynu „Crux” w Polsce. Doktor nauk o mediach, wykładowca komunikacji i dziennikarstwa telewizyjnego na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Na Twitterze @Guzik_Paulina


To trzeci głos w debacie Catolico “Nietożsama tożsamość”. Zapraszamy do tej debaty katolików zaangażowanych w życie Kościoła: świeckich i duchownych, publicystów i naukowców – oraz oczywiście zainteresowanych Czytelników.

Nie chcemy koncentrować się wyłącznie na kwestii ochrony życia od poczęcia, choć ten temat – i to w trudnym aspekcie, bo dotyczącym nienarodzonych obciążonych ciężkimi wadami – jest obecnie najgłośniejszy i niewątpliwie będzie stanowił ilustrację szerszego trendu obecnego w Kościele na całym świecie. Nie chcemy też podejmować innego – choć również wartego uwagi – tematu o miejscu Kościoła w pluralistycznym społeczeństwie, o dialogu ze współczesnym światem itp. Chcemy przyjrzeć się wyłącznie “nietożsamej” tożsamości katolików. Pytanie o tożsamość Kościoła trzeba sobie postawić również teraz, gdy analizujemy bardzo aktualny kryzys dotykający Kościół – głośne w ostatnich dniach sprawy kard. Gulbinowicza, kard. McCarricka czy kard. Dziwisza.

Nie chodzi nam o wskazywanie winnych i win, ale o sformułowanie diagnozy i wskazanie przyczyn: tych zależnych od Kościoła, jak i tych niezależnych: ogólnoświatowych trendów, złych strategii, popełnionych zaniedbań, przegapionych szans. Spróbujemy również zaproponować lekarstwo – albo inaczej, odpowiedzieć na pytanie: co zrobić z tą sytuacją.

Zapraszamy do lektury kolejnych tekstów.

[email protected]

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

#2 ks. Piotr Kieniewicz MIC: Zagubiony fundament

- Chrześcijaninem nie jest ten, kto się za niego uważa, ale ten, kto jest nim rzeczywiście, a zatem myśli razem z Kościołem, czuje razem z Kościołem i postępuje razem z Kościołem - pisze ks. Piotr Kieniewicz MIC w drugim głosie debaty Catolico "Nietożsama tożsamość".

Polub nas na Facebooku!

Wśród różnych tematów, spraw i problemów, jakie z dużą wyrazistością wybrzmiały w ostatnich dniach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, jest jeden, który wart jest szerokiej debaty w Kościele. Brzmi on tak: Wielu katolików nie podziela moralnej nauki Kościoła. Jaka to skala? Jak duży to problem? Jakie są tego przyczyny? I w końcu – co dalej? Chcemy przyjrzeć się “nietożsamej” tożsamości katolików – dziś głos ks. Piotra Kieniewicza MIC. 

 

Zagadnienie kryzysu tożsamości współczesnych katolików towarzyszy mi od dawna. Przychodzi mi na myśl szczególnie podczas spotkań z narzeczonymi, gdy pytam tych, którzy od lat żyją jak małżeństwo, dlaczego chcą przyjąć sakrament i słyszę w odpowiedzi ich deklarację wiary chrześcijańskiej i katolickiej. Pytam ich wtedy, jak godzą przyjęty sposób życia z wyznawanymi wartościami. To samo pytanie zadaję politykom – choć nie tak bezpośrednio, bo kontaktów bezpośrednich nie mam: dlaczego ustanawiają prawo, które z nauczaniem Kościoła nie dają się pogodzić, mimo deklarowanej wiary i publicznego się z nią obnoszenia? Nie można też pominąć sprzeczności, jaka ma miejsce pomiędzy pełnieniem urzędów i funkcji w Kościele, a postępowaniem konkretnych osób, zarówno świeckich, jak księży i biskupów, którzy choć stanowią statystycznie niewielką, jednak znaczącą grupę przez swój wpływ na obraz całości. I też zadaję sobie pytanie, jak godzą to, kim są, z tym, jak postępują. Co jest dla nich prawdziwe: deklaracja czy czyny? 

 


PRZECZYTAJ: Monika Przybysz “Kościół małych wspólnot”.
Problem: brak więzi rodzinnych, wolność wyboru jako priorytet i nierozwiązane problemy Kościoła. Recepta: głębokie zmiany na różnych poziomach w Kościele, a probierzem – aktywne czyny miłosierdzia.

 

 


 

 

Myślę, więc…

Konsekwencje społeczne, nade wszystko w przypadku osób postawionych wysoko w hierarchii, tak społecznej, jak i kościelnej, są niezwykle poważne, przez ich wpływ na demoralizację całej wspólnoty (co nie znaczy, że ów rozdźwięk jest bez znaczenia w przypadku tzw. „zwykłych ludzi”). Przyzwolenie na rozdźwięk pomiędzy wyznawaniem wiary a praktyką codziennego życia skłania do postawienia pod znakiem zapytania wiarygodności wypowiadanych słów. Co świadczy o ludzkiej tożsamości – samookreślenie przez intencję, deklaracje i osobiste przekonania, czy czyny? Czy nie jest tak, że jeśli czyny danego człowieka przeczą jego słowom, to bardziej wierzymy czynom? A jednocześnie – w odniesieniu do nas samych – chcemy, by wierzono naszym słowom, nawet wbrew czynom. Kim jesteśmy, my chrześcijanie, katolicy początku XXI wieku? A może należałoby zapytać inaczej: czy my jeszcze jesteśmy chrześcijanami i katolikami?

Nasza chrześcijańska tożsamość jest jakoś dramatycznie nietożsama, nieokreślona, co może oznaczać dwie rzeczy: albo niemożność określenia tożsamości, jej niejednoznaczność, albo brak zgody na to, kim się jest, na tożsamość rozpoznaną acz odrzuconą. Parafrazując klasyka, można by rzec: wiem kim jestem i się z tym nie zgadzam.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że częstszym problemem jest sytuacja druga. Istotnie, wielu ludzi dziś, wyrósłszy w tradycji chrześcijańskiej i katolickiej, przyjmuje poglądy i postawy z tą tradycją sprzeczne. Wiara jest odrzucana, jeśli nie w sposób formalny, to pośrednio, przez dokonywane wybory i sposób życia, „jakby Bóg nie istniał”. Mam jednak wrażenie, że to jedynie wierzchołek góry lodowej, że prawdziwy problem tkwi nie tyle w przyjętych działaniach, postawach czy poglądach, ale znacznie głębiej. Współczesny chrześcijanin zagubił gdzieś swój fundament, swoją najgłębszą tożsamość i nie umie odpowiedzieć ani sobie, ani innym na pytanie: „kim jestem?”. Nie wie, kim jest, tak samo jak nie wie i nie rozumie, kim ma być. Tym bardziej nie potrafi powiedzieć, dlaczego miałby podjąć jakieś działania, by stać się tym, kim być powinien.

Kartezjańskie Cogito ergo sum wyrządziło więcej szkody myśli europejskiej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Zapewne wbrew intencjom samego Kartezjusza, nie tylko odcięło człowieka w jego poznawaniu świata od rzeczywistości – bo przecież ostatecznie poznaję nie rzeczy takimi jakimi są, a tylko własne myśli, rzeczy zaś w tym zakresie, o ile i na ile staną się przedmiotem mojego myślenia. Równolegle postępujący rozwój technologiczny doprowadził do sytuacji, w której myślenie refleksyjne, poszukujące przyczyn i sensu, zastąpione zostało bezmyślną percepcją bodźców audiowizualnych i równie bezmyślną, jak się wydaje, ekspresją mniej lub bardziej intensywnych pragnień i emocji. Rozważania na temat własnej tożsamości, tak w wymiarze konstatacji natury rzeczy jak i wyzwania, przed jakim stoi człowiek, stały się domeną nielicznych, zmarginalizowanych, a nierzadko ośmieszanych jednostek.

 

Lekcje religii, lekcja wolności

Nasze polskie chrześcijaństwo początku XXI wieku też zostało dotknięte przez ten proces. W miejsce katechezy formującej tożsamość chrześcijańską i katolicką, katechezy opartej na rozpoznanej, przyjętej, zaakceptowanej i przekazywanej dalej własnej tożsamości dziecka Bożego i ucznia Pańskiego, wprowadzone zostały lekcje religii, których istotą jest przekazanie treści oderwanych od życia tak nauczyciela jak i ucznia, a jeżeli taki związek występuje, to ma on charakter w istocie przypadkowy i niekonieczny. To nie jest tylko kwestia wprowadzenia lekcji religii do szkół w miejsce katechizacji przykościelnej. Mam poważne obawy, że nawet w sytuacji pozostawienia w 1991 roku katechezy przyparafialnej, nie uniknęlibyśmy tego zjawiska. Jego źródłem były bowiem nie tyle decyzje biskupów i księży z jednej oraz polityków z drugiej strony, ale proces stopniowej laicyzacji rodzin, pochłoniętych możliwością wyrwania się z biedy i faktycznej lub rzekomej zaściankowości. Zachłysnęliśmy się odzyskaną wolnością polityczną, społeczną i gospodarczą, i przestaliśmy dbać o własną duszę, o naszą tożsamość. Zgubiliśmy to, kim jesteśmy i kim mamy być. Paradoksalnie, komunistyczny reżim zmuszał nas, by tego pilnować, bo tylko to nas trzymało przy życiu. Teraz utraciliśmy zdolność przekazania wiary naszych przodków następnym pokoleniom, ponieważ to przestała być nasza wiara.

Trudno jest przekazać komukolwiek treści, zwłaszcza te trudne i wymagające, jeśli się nie jest samemu do nich przekonanym. Innych karmimy tylko tym, czym sami żyjemy, zatem jeśli sami traktujemy Boże prawo heteronomicznie, zewnętrznie wobec własnej tożsamości i życia, nie może dziwić powielenie takiego nastawienia wśród osób z naszego otoczenia i kolejnych pokoleń. Samo intelektualne deklarowanie się jako chrześcijanina i katolika, samo nauczenie się dziesięciu przykazań czy nawet całego Katechizmu Kościoła Katolickiego niczego nie zmieni w człowieku, jeśli nie przyjmie ich w pełni jako swoich. O tym pisał w swojej programowej encyklice św. Jan Paweł II: „Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa. I dlatego właśnie Chrystus-Odkupiciel, jak to już zostało powiedziane, «objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi». To jest ów – jeśli tak wolno się wyrazić – ludzki wymiar Tajemnicy Odkupienia. Człowiek odnajduje w nim swoją właściwą wielkość, godność i wartość swego człowieczeństwa. Człowiek zostaje w Tajemnicy Odkupienia na nowo potwierdzony, niejako wypowiedziany na nowo. Stworzony na nowo!” (Redemptor hominis, nr 10).

 


 

 

Więcej podobnych tekstów znajdziesz w CATOLICO – serwisie specjalnym, który zawiera pogłębione, eksperckie artykuły w formie analiz, raportów oraz podsumowań.

 

 


 

 

Prawo nie w sercu

Dla wielu współczesnych katolików wykład Magisterium nie jest częścią ich tożsamości, tylko jakimś zewnętrznym prawem, w gruncie rzeczy narzuconym przez instytucję Kościoła. Ponieważ z jednej strony jest to prawo wymagające, a z drugiej co jakiś czas pojawiają się przypadki naruszania tego prawa przez „kościelnych funkcjonariuszy”, reakcją wielu jest postulat zmiany linii nauczania. Wynika on, jak się wydaje, nade wszystko z niezrozumienia i braku akceptacji natury Magisterium. Ono jest wyrazem tożsamości Kościoła. Kościół nie może inaczej uczyć, bo nie byłby Kościołem!

Zastanawia mnie nieustannie upór wielu tzw. postępowych katolików, którzy koniecznie chcą siebie nazywać katolikami, a jednocześnie domagają się całkowitego odejścia od moralnego nauczania Kościoła, niezmiennego w całej jego historii: o niegodziwości zabijania nienarodzonych, o moralności seksualnej i nierozerwalności małżeństwa, o naturze i warunkach godziwego przyjmowania Eucharystii, o kapłaństwie, nawet wtedy, gdy Pismo święte poszczególne sprawy rozstrzyga w sposób jednoznaczny i – wedle Magisterium Kościoła niezmiennie od początku – ostateczny.

Chrześcijaninem nie jest ten, kto się za niego uważa, ale ten, kto jest nim rzeczywiście, a zatem myśli razem z Kościołem, czuje razem z Kościołem i postępuje razem z Kościołem. Oczywiście, we wspólnocie są różni ludzie, z całym bogactwem zarówno charakterów jak i powołań, jednakże Tym, który spina całość i który wyznacza tożsamość jest Chrystus. To On jest Głową i Jego nauczanie wyznacza linię życia i nauczania. Problem w tym, że – znowu, przynajmniej po części, pokłosie Kartezjusza, choć nie tylko – pojawili się ludzie, którzy zaczęli przeinaczać zapisy zawarte w Piśmie Świętym albo wprost je kwestionować, jako wynikające wyłącznie z uwarunkowań kulturowych. 

Ten proces, zapoczątkowany w czasach Reformacji, nasilił się w XX wieku i trwa do dziś. Zaczęto mówić o kontekstualizacji tekstów biblijnych, interpretować je po swojemu albo wręcz niektóre fragmenty pomijać, rzekomo w imię zachowania wierności przekazu. „Przez zatwardziałość serc” znalazło się wśród wielu wierzących przyzwolenie na cudzołóstwo, na nieformalne i sformalizowane związki, które nie są sakramentalnym małżeństwem, na zachowania homoseksualne, na kłamstwa i nieuczciwości, na naruszanie dyscypliny sakramentalnej w odniesieniu w zasadzie do każdego z sakramentów. Wielu nominalnych chrześcijan domaga się zaakceptowania ich postaw i wyborów w imię uszanowania ich podmiotowości, jednocześnie jednak nie szanując podmiotowości i tożsamości Kościoła.

 

Przegłosować wszystko?

Zapewne w jakiejś mierze jest to również pokłosie demokracji, która rości sobie prawo do przegłosowania czegokolwiek i wszystkiego. Swoją drogą, warto zauważyć, że owo „demokratyczne nastawienie” przywoływane jest zazwyczaj jako uzasadnienie dla demoralizacji, ale nie w celu podnoszenia moralnych standardów i wymagań. W tej drugiej sytuacji „demokraci” domagają się uszanowania ich odrębności, podmiotowości i prawa do własnego zdania. 

Tak naprawdę, o wyborach moralnych człowieka decyduje nie prawo, choćby najdoskonalsze, ale ludzkie serce, które albo szuka Prawdy i Dobra i ku nim dąży, albo ich nie szuka i wówczas dąży do zaspokojenia aktualnych pragnień, pożądań i mniej lub bardziej realnych potrzeb. Święty Jan Paweł II kilkakrotnie zwracał uwagę, że demokracja sprzymierzona z relatywizmem moralnym prowadzi do jawnego lub zakamuflowanego totalitaryzmu. 

Warto tu zwrócić uwagę, że dla Papieża totalitaryzmem był każdy system, w którym człowiek – zwłaszcza najsłabszy i najbardziej bezbronny – był traktowany instrumentalnie, przedmiotowo, w którym jego godność była poniewierana i łamana. Swoistym papierkiem lakmusowym godziwości stosunków społecznych było uszanowanie prawa do życia nienarodzonych. Jest znamiennym dla naszych czasów, że w zasadzie wszystkie kraje demokratyczne są zatem w istocie krajami totalitarnymi, przyzwalając na zabójstwo nienarodzonych, a niekiedy także chorych i starych. Prawo do życia nie ma już w „rozwiniętym społeczeństwie” charakteru bezwzględnego i fundamentalnego.

Tymczasem zasada godności osoby ludzkiej i nienaruszalności ludzkiego życia ma charakter absolutny. Sytuacje dopuszczające zabójstwo nienarodzonego dziecka, choćby w ramach wyjątku, czynią wyłom w tej  strukturze; wyjątek w zasadzie bez wyjątków unieważnia zasadę jako taką. To dotyczy nie tylko godności i prawa do życia nienarodzonych, ale w ogóle Prawdy i Dobra. Albo coś jest prawdziwe i dobre, albo nie jest. Takie od początku było nauczanie Kościoła. Dziś wszakże, w miejsce twardego kryterium prawdziwości i godziwości, w wielu sercach funkcjonuje subiektywne odczucie słuszności i skuteczności, krótkowzrocznie zresztą postrzeganych.

Dlaczego zatem deklaratywni katolicy nie przyjmują nauczania moralnego Kościoła? Jestem przekonany, że ostatecznym powodem jest to, że nie chcą. Nie chcą, bo się z tym nauczaniem nie utożsamiają, nawet jeśli deklaratywnie się z nim zgadzają. To nie jest ich tożsamość, to nie jest ich Kościół. Chcą, by Kościół stał się ich, ale na zasadzie dostosowania do ich zapatrywań, oczekiwań i pragnień, a niekiedy – także ich grzechów, choć oczywiście nikt z nich tak tego nie ujmuje. 

 

Co dalej?

Kiedyś znajomy ksiądz powiedział rozpoczynając rekolekcje: „Będę wam głosił Chrystusa, jak Go znam i jak w Niego wierzę. Jeśli rozpoznacie w moich słowach Prawdę, dołączcie do mnie i idźmy razem”. Kościół tę samą postawę zachowuje od samego początku. Jest powiernikiem skarbu pozostawionego mu przez Chrystusa. Być może powraca czas, w którym chrześcijanie będą doświadczać prześladowań i samotności. Być może nadchodzi czas osamotnienia Kościoła. Ale, jak ktoś powiedział: „misją Powiernika jest być samemu”.

Napisałem ten tekst w formie refleksji o innych, ale tak naprawdę dotyczy ona również mnie. Sam stawiam sobie pytanie, na ile moje wyznanie wiary jest prawdą o mnie, a przynajmniej jest wyrazem pragnienia podążania drogą Ewangelii? Czy przypadkiem nie mnie dotyczą słowa Chrystusa o uczonych w Piśmie, którzy palcem ciężarów tknąć nie chcą, choć bez wahania nakładają je innym? Pytam siebie, czy Ewangelia Chrystusa jest moją Księgą Życia i czy wiara Kościoła jest moją wiarą. I nie mam pewności, bo nemo est iudex in causa sua.

 

 


ks. Piotr Kieniewicz – marianin, dr hab. teologii moralnej, specjalista w zakresie bioetyki. W latach 1998-2014 pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Teologii Moralnej KUL; 2011-2017 – wicedyrektor Licheńskiego Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym oraz dyrektor Ośrodka Wsparcia Płodności „NaProTechnologia” w Licheniu. Od 2017 sekretarz prowincji polskiej Zgromadzenia Księży Marianów. Od 2018 członek i sekretarz Zespołu Ekspertów KEP ds. Bioetycznych. Autor m.in. „W pół drogi” (Lublin, 1993, 1995 2006), „Bioetyczny labirynt” (Licheń, 2013), „Małżeński labirynt” (Warszawa, 2018), „Panie, Ty wszystko wiesz” (Warszawa, 2020).

 


To drugi głos w debacie Catolico “Nietożsama tożsamość”. Zapraszamy do tej debaty katolików zaangażowanych w życie Kościoła: świeckich i duchownych, publicystów i naukowców – oraz oczywiście zainteresowanych Czytelników.

Nie chcemy koncentrować się wyłącznie na kwestii ochrony życia od poczęcia, choć ten temat – i to w trudnym aspekcie, bo dotyczącym nienarodzonych obciążonych ciężkimi wadami – jest obecnie najgłośniejszy i niewątpliwie będzie stanowił ilustrację szerszego trendu obecnego w Kościele na całym świecie. Nie chcemy też podejmować innego – choć również wartego uwagi – tematu o miejscu Kościoła w pluralistycznym społeczeństwie, o dialogu ze współczesnym światem itp. Chcemy przyjrzeć się wyłącznie “nietożsamej” tożsamości katolików. Pytanie o tożsamość Kościoła trzeba sobie postawić również teraz, gdy analizujemy bardzo aktualny kryzys dotykający Kościół – głośne w ostatnich dniach sprawy kard. Gulbinowicza, kard. McCarricka czy kard. Dziwisza.

Nie chodzi nam o wskazywanie winnych i win, ale o sformułowanie diagnozy i wskazanie przyczyn: tych zależnych od Kościoła, jak i tych niezależnych: ogólnoświatowych trendów, złych strategii, popełnionych zaniedbań, przegapionych szans. Spróbujemy również zaproponować lekarstwo – albo inaczej, odpowiedzieć na pytanie: co zrobić z tą sytuacją.

Zapraszamy do lektury kolejnych tekstów.

[email protected]

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Copy link
Powered by Social Snap