Oni to My

Prawdziwą i rzeczywiście odmieniającą świat akcję podejmiemy dopiero, gdy dotrze do nas, że „oni“ to „my“. Co z tego, że mówimy innym językiem? Czy nie mieszka w nas ten sam Bóg, który stworzył nas wszystkich?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Kiedy patrzę, jak uważający się za muzułmanów, psychopatyczni zbrodniarze z Państwa Islamskiego, w Syrii czy w Iraku obcinają głowy małym dzieciom, by zatknąć je na palach, krzyżują niewiernych mężczyzn, a kobietom podrzynają gardła, w instynktownym odruchu mam ochotę zrobić to, co chciałaby pewnie zrobić większość pozostających przy zdrowych zmysłach ludzi: wysłać tam wojsko, zaangażować okręty, samoloty i pociski, i wreszcie unieszkodliwić tych kretynów, nawet jeśli miałoby się to skończyć ich śmiercią.

Nie wiem, czy uchował się jeszcze w Polsce ktoś, kto nadal (co było normą dziesięć, czy dwadzieścia lat temu) pojęcie prześladowania chrześcijan kojarzy wyłącznie z Neronem, albo z pierwszymi wyprawami chrześcijańskich misjonarzy do Azji. Dziś o tym, że nasi bracia, są codziennie zabijani tylko dlatego, że nie chcą wyrzec się Jezusa, mówi się coraz częściej. I dobrze, że się mówi. Tylko – co z tego?

Oni to My

Czy na wieść o tym, że jakieś świry masowo mordują naszych braci nie reagujemy przypadkiem tak, jak na kolejną, codziennie obecną w dzienniku informację, o tym że pijany ojciec zabił dziecko, albo sąsiad spalił sąsiada? Czy nie myślimy: „Matko Jedyna! Co to za chory świat! Przecież gdybym dopadł takiego drania w swoje ręce…“ etc., a piętnaście minut później głowę mamy już zupełnie w innym miejscu, oburzenie zostało wyparte przez kolejne emocje. Jasne, zwiększył się stan naszej wiedzy o tym, do czego zdolny jest człowiek, takie newsy wymuszają na nas uzupełnienie wiedzy z geopolityki albo po prostu geografii. Ja nadal pytam jednak: i co z tego? Czym różni się okrzyk: Popatrzcie jak dziś prześladują chrześcijan!, od akcji pomocowych Boba Geldofa, którego w Afryce bardzo nie lubią nie za to, że próbuje jej pomóc, ale za to, jak to robi?

On otwarcie mówi o tym, że te akcje mają wywołać emocje, a emocje mają spowodować sięgnięcie do portfela. Nie za bardzo obchodzi go Afryka jako taka, nie próbuje zrozumieć jej kultury, wgryźć się w jej problemy, sprawdzić gdzie i jaka pomoc rzeczywiście najbardziej by się przydała, jak niszczyć przyczynę a nie skutek – nie, on zobaczył w TV, że parę tysięcy ludzi zmarło na ebolę, skrzyknął więc paru kolegów i namawiają ludzi, by razem rzucili parę groszy biednym Murzynkom, którzy nawet nie wiedzą, że było Boże Narodzenie.

Bogaty, bezpieczny świat rzuca jałmużnę biedakom. Oba światy pozostają tam, gdzie były. Przecięte nieprzekraczalną granicą, którą nie jest wyłącznie Morze Śródziemne. Ta granica jest w każdym z nas, a najwyraźniej zaobserwować ją można chyba podczas Wigilii. Dać biedakom paczkę makaronu, oleju, kupić jakiś drobiazg – super (bo to naprawdę jest super). Ale rzeczywiście przyjąć na rodzinnej kolacji bezdomnego, by raz w życiu miał Wigilię prawdziwą, wieczorem, a nie charytatywną, dla takich jak on, trzy dni przed Świętami – szczerze: kto z nas by się na to odważył?

Oni to My

My jesteśmy tu, tam są oni. I nic się na tym świecie nie zmieni na dobre (ani w Afryce, ani w Syrii czy Iraku), dopóki to „oni“ nie zniknie na dobre ze składu narzędzi, którymi opisujemy świat. Prawdziwą i rzeczywiście odmieniającą świat akcję podejmiemy dopiero, gdy dotrze do nas, że „oni“ to „my“, tylko trochę dalej, w trudniejszych warunkach, w zupełnie innej kulturze. Co z tego, że mówimy innym językiem i mamy inny kolor skóry? Czy nie mieszka w nas ten sam Bóg, który stworzył nas wszystkich? Co z tego, że chrześcijanie z Syrii, czy Iraku nie są członkami Kościoła Katolickiego? Ich dziadowie wierzyli przecież w Chrystusa, podczas gdy nasi latali do świętych gajów i palili masło na cześć Lelum Polelum i Swarożyca!

Żyjemy w świecie, w którym o żadnej z wojen nie można już powiedzieć, że nie jest nasza. To co dzieje się dziś z chrześcijanami na Bliskim Wschodzie (ale i w niektórych rejonach Indiach, ale i w niektórych zakątkach Afryki, jak np. w północnej Nigerii), to nie tragedia, dana nam ku przestrodze. To wezwanie do bardzo konkretnego działania. To podpalanie mojego, a nie ich domu. Nie mogę więc tylko krzyczeć, że się pali. Mam gasić!

Co robić?

1. Przestać się gapić, a zacząć się modlić.

Mój wzrok nie uzdrawia świata, tym bardziej jeśli ten świat oglądam na ekranie telewizora albo komputera. Modlić się krótko, ale często, tak by weszło nam to w nawyk. Poprosić Pana, by moja modlitwa każdego dnia dodała sił, otuchy, nadziei jednej osobie, której nie znam, ale którą On zna, bo jest jego ukochanym dzieckiem, a moją siostrą albo moim bratem. Którego jakiś świr będzie być może dziś chciał zamordować. Być z Bogiem, który tysiące razy przeżywa dziś Golgotę: patrzy na to, jak ktoś krzyżuje Jego dziecko. A gdyby tak zaczerpnąć ze starej tradycji odmawiania modlitw o ściśle określonych porach dniach (np. Anioł Pański o 12) i zorganizować modlitewnego flashmoba? Namówić ludzi, by modlili się w intencji ocalenia naszych braci codziennie, przez minutę, dajmy na to w południe? Gdyby takie zobowiązanie modlitewne podjął każdy, może udałoby się zrobić coś z pozoru niemożliwego: dobra wola milionów ludzi sparaliżowałaby złą wolę tysięcy opętanych, którzy na części Bożej ziemi urządzili piekło w dosłownym znaczeniu.

Oni to My

2. Zacząć działać

Pan Bóg ma na tej ziemi przecież tylko nasze ręce i może chce żebyśmy to my byli kurierami, którzy zaniosą naszym braciom to dobro, które wymodlili dla nich inni. Znów – wystarczy zmienić sobie konstrukt, jakiego używamy do myślenia o tej sytuacji: zabijają nie „ich“, zabijają moją najbliższą rodzinę.

A gdyby tak parafia, wspólnota, grupa sąsiadów (zakładająca np. stowarzyszenie, by mieć jakąś osobowość prawną) nawiązała kontakt (via Kościół w Potrzebie albo via polscy misjonarze albo via Internet) z lokalną wspólnotą Kościoła w Syrii albo Iraku? I spróbowała pomóc jednej rodzinie. Zaczynając od zbiórki finansowej, by ci ludzie mogli się ratować na miejscu, po – jeśli będzie trzeba – zorganizowanie im ewakuacji i wsparcia w Polsce.

Uwaga: nie ma przy tym co popełniać stałego błędu ludzi ogarniętych dobrym zapałem, trzeba pamiętać, że to co powinniśmy zrobić, to służyć tym ludziom, a nie ich zbawić (tę różnicę dobrze widać w języku angielskim: to serve, not to save). Nie ma co od początku opisywać idei, niekończących się debat, w którym miejscu zacząć, organizować wielkiego ruchu, wielkich akcji. Na razie pomóc jednej, poznanej z imienia i nazwiska rodzinie. I zobaczyć czego nas to nauczy i czy (i w jakiej skali) będziemy w stanie tak pomagać dalej. Że to wymaga zachodu? No jasne, że wymaga. Krzyczeć przed telewizorem: zabić islamistów jest łatwiej, niż załatwić formalności dla uchodźcy, dać mu dom i pracę, namówić swoje dzieci by pomogły dzieciom naszych sióstr z Syrii, ale to norma: robienie dobra jest zawsze dużo trudniejsze niż piętnowanie zła.

3. Uświadomić sobie wreszcie, że czasy, gdy można było powtarzać nasza chata z kraja minęły bezpowrotnie.

Polacy mają dziś ogromny wpływ na losy świata, tyle że nie chcą i nie potrafią korzystać z szans, jakie im dano. Proszę zwrócić uwagę: mamy kilkudziesięciu przedstawicieli w Parlamencie Europejskim, każdy z nich może próbować wpływać na postawę jednego z największych graczy na światowej scenie: Unii Europejskiej. Tymczasem wybory do Europarlamentu to u nas od początku wyłącznie mało istotne prawybory przed tymi, które są dla nas najważniejsze, którymi żyjemy i oddychamy, które przeżywamy codziennie patrząc na kolejne sondaże, pokazujące jaki dziś byłby skład w grupie krzykaczy z Wiejskiej.

Jasne, że w Polsce jest dziś wiele ważnych kłopotów, i w służbie zdrowia i w górnictwie. Dlaczego jednak ci ludzie, którzy świata poza nimi nie widzą, nie widzą również, że ich dzieci oraz wnuki będą za chwilę miały na głowie problemy takie, przy których zamknięta przez tydzień przychodnia na osiedlu to pikuś? Przecież z pewnością już chodzą po tym świecie ludzie, którzy za kilkanaście, maksymalnie kilkadziesiąt lat, zjadą do Polski za chlebem, za pracą, w poszukiwaniu domu, uciekając od coraz bardziej rozszalałego klimatu?

Jak poradzimy sobie z imigracją? Jak poradzimy sobie z terroryzmem, który prędzej czy później i do nas zawita? Przecież Francja czy Holandia to Polska, tyle że za max dwadzieścia lat!

Oni to My

Ja nie mam w ręku żadnych narzędzi, które pozwoliłby mi zmieść z powierzchni ziemi szatański pseudokalifat. Poza jednym: telefonem do mojego europosła. I kartką wyborczą, która pozwoli mi zweryfikować jego obietnice. To, co sądzi o dopłatach dla polskich rolników, jest dla mnie niezwykle interesujące, ale jeśli on nie miałby mi nic do powiedzenia o tym, jak widzi rozwiązanie palących problemów, takich jak działalność Państwa Islamskiego, to na co mi taki europoseł? Niech sprawdza się w Ministerstwie Rolnictwa w Warszawie, niech idzie na Wiejską. Tu wykuwa się najbliższych parę lat mojego życia. Moja starość i życie przyszłych pokoleń wykuwa się dziś w znacznej mierze w Brukseli. Co mój europoseł zrobił dla tysięcy mordowanych codziennie w Syrii czy Iraku chrześcijan? Pomyśleliście kiedyś o tym, by go o to zapytać? Przecież my mu za to płacimy bardzo konkretne pieniądze, by robił coś, czego sami nie możemy zrobić! I nie dajmy się zwieść mętnym opowieściom, że to skomplikowane i że nie wolno wychylać się przed Stany Zjednoczone. Gdyby sprawy masakr rzeczywiście leżały na sercu znacznej części posłów, europejska machina wykonawcza musiałaby zareagować znacznie mocniej niż to robi dzisiaj. Jak na razie za mało jest jednak kamyków, by powstała zmiatająca ISIS z ziemi lawina.

4. Gdy już obudzę nie tylko swoje oczy, ale i duszę i ręce i moich politycznych przedstawicieli, muszę zajrzeć do swojego serca.

Albo – lepiej – zrobić to na początku całej tej checklisty. Muszę sprawdzić, czy w jakimś jego kącie nie lęgnie się choć zarodek (bo czytelników stacji7 nie umiem podejrzewać o więcej) jakiejś wrogości, złości, nienawiści. Czy przypadkiem ja też nie mam w sobie kartoteki ludzi, którym nie tyle życzę źle, co już nie umiem życzyć im dobrze (bo z sercem tak jest, że nie leży odłogiem – jak na tej glebie nie rośnie miłość, to na pewno wyrośnie tam coś innego, na przykład nienawiść). Bóg stworzył dobry świat, to ludzkie serca sprawiły, że dziś wygląda, jak wygląda. Dranie z ISIS obcinają ludziom głowy, czy ja swoim brakiem uważności, nerwowością, złym słowem, nie pozbawiam ich życia w inny sposób?

Czy nie jestem terrorystą odbierającym ludziom nadzieję? Z tego, że są na tym świecie ludzie zachowujący się gorzej ode mnie, nie wynika jeszcze, że ja zachowuję się dobrze.

Wiele razy pisałem już o definicji mnicha, którą dawno temu przedstawił mi pewien doświadczony zakonnik: mnich to człowiek, na którym domino zła się zatrzymuje. Który – przemocą popchnięty, by upadł – nie popycha następnego w szeregu. Kolejny krok na tej drodze to ewangelizator: pochłaniacz zła, który dodatkowo umie przerobić ciemną energię na dobro, z martwych uczynków kogoś innego, wskrzesić żywego człowieka, niczym prorok Ezechiel któremu kazano prorokować nad bezmiarem wyschniętych kości.

Ten świat nie będzie inny, jeśli wybijemy na nim wszystkich złoczyńców, bo potencjalny złoczyńca zawsze będzie w każdym z nas. Lepiej już teraz dobrze zakrzątnąć się wokół tego, by się w nas nie rozwinął. Bo może. Zawsze pozytywnie odpowiadam na pytanie, czy niewierzący może być dobrym człowiekiem, jeśli zaś chodzi o mnie wiem jedno: jestem tak słaby, że tylko Bóg może mnie od zostania całkiem realnym zbrodniarzem ocalić. To nie przesada: znaczna część znanych w historii zbrodniarzy rekrutuje się wszak zwykle z  tzw. całkiem porządnych obywateli.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Od dawna mam swoją prywatną listę kolędowych przebojów, takich które do żywego mnie poruszają i zapraszają do nieba ale też takich, które mnie drażnią

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nie umiem śpiewać, ale lubię słuchać. Tę zasadę stosuję również do kolęd, bez których również osobnikowi tak muzycznie niememu jak pień, trudno wyobrazić sobie święta Bożego Narodzenia. A gdy słucham to nie tylko przeżywam, ale również analizuję, myślę, przyglądam się temu, gdzie przenosi mnie tekst.

A gdyby tak śpiew kolęd potraktować jak lustro, w którym przeglądamy się co roku, generując regularny raport o stanie naszej wiary, nadziei i miłości?

Od dawna mam więc swoją prywatną listę kolędowych przebojów, takich które do żywego mnie poruszają i zapraszają do nieba i takich które mnie drażnią. Każdy z nas taką listę byłby w stanie pewnie zrobić. Może warto, bo pomoże nam się zastanowić, co my tak naprawdę wyśpiewujemy pod choinką? Jak to się ma do tego, w co wierzymy, na co mamy nadzieję?

1. Bóg się rodzi

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

2. Mizerna cicha, stajenka licha

Gdy po raz pierwszy usłyszy się melodię tej kolędy, można odnieść wrażenie, że narodzenie Jezusa było jednym z najsmutniejszych wydarzeń w historii ludzkości. To przypadek podobny do słynnej pieśni wielkanocnej Zmartwychwstał Pan, która z powodzeniem mogłaby swą dynamiką „obsłużyć“ niejeden pogrzeb, albo Wesoły nam dzień dziś nastał, które śpiewa się zwykle tak, że wesołości nie ma w tym za grosz, Alleluja brzmi jak wycie do księżyca, słowem – przekonujemy świat, że choć grób jest pusty, choć śmierci już nie ma, to nam i tak mimo wszystko jest smutno.

Melodia tej kolędy wpisuje się w poetykę często obecną w starych, kościelnych pieśniach. Piękno równa się powaga plus patos, a jedyną dopuszczalną formą kontemplacji tajemnicy Wcielenia jest lamentowanie i wyrażanie współczucia Jezusowi, że musiał stać się człowiekiem. A co, jeśli nie musiał, ale chciał? Jeśli doświadczenie stania się Człowiekiem nie było dla Niego zesłaniem, degradacją a cudownym, pięknym i głębokim doświadczeniem (bo pozwoliło najbardziej przezeń ukochanym ludziom, zbudować z Nim zupełnie nowej jakości relację)?

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Dlaczego więc ten utwór aż tak wysoko w zestawieniu? Ze względu na przepiękny tekst Teofila Lenartowicza. Wszystko tu tchnie spokojem, nadzieją, jest tak proste, jak to tylko możliwe i odbywa się pod romantyczną malowaną tęczą.

Ta cisza, a zarazem ten kosmiczny przewrót, którego znakiem są anieli, którzy w locie stanęli i pochyleni klęczą (to zresztą obraz wzięty z Protoewangelii Jakuba, widać, że autor porządnie naczytał się apokryfów). Owo Piekło zawarte, niebo otwarte – czyż można prościej i dobitniej wytłumaczyć konsekwencje narodzenia Jezusa na ziemi, jakościową zmianę, która dokonała się w kondycji śmiertelników? Tę zmianę orinetacji religijnego myślenia, ukierunkowania refleksji, dotąd skupionej na unikaniu Szeolu i Bożego gniewu, odtąd – przepełnionej nadzieją na wieczne życie w pełni szczęścia z Bogiem i jego świętymi? Hej ludzie prości, Bóg z nami gości, skończony czas niedoli! On daje siebie, chwała na niebie, mir ludziom dobrej woli. Cóż więcej można do tego dodać?

3. Cicha noc, święta noc

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Bo tu wreszcie nie ma lamentów, płaczów, biadolenia że Jezusowi zimno w nóżki, a rodzice przybici i zalęknieni, bo oczami duszy widzą już Golgotę. Tu Maryja czuwa sama uśmiechnięta nad Dzieciątka snem. Zastanawia mnie zawsze, co prawda, dlaczego Maryja czuwa sama, dlaczego autor kolędy, austriacki wikary, ks. Józef Mohr (kolędę „spolszczył“ kompozytor Piotr Maszyński), znalazł w niej miejsce dla aniołów i trzód, a nie znalazł dla świętego Józefa, ale zakładam roboczo, że imiennik autora po prostu w tym momencie położył się zmęczony (i pewnie zestresowany całą sytuacją) spać. Melodia (ułożona podobno przez organistę parafii, w której pracował ks. Mohr) idealnie ilustruje zresztą wizję autora tekstu: w tej kolędzie słyszę ciszę, ale tak jasną i radosną, że jakby miała za chwilę wybuchnąć. Widzę świat, w którym za chwilę dojdzie do Wielkiego Wybuchu Miłości. W chwili, którą uchwycił ksiądz Mohr, ten proces już się toczy, już wiadomo, że to się stanie. Każdy zawodowy teolog zarzuci mi bełkot, ale ja nie umiem tego określić inaczej: w tej kolędzie widzę zbawienie w chwili stworzenia.

4. Dzisiaj w Betlejem

Bo to czysta radość i nic więcej (podobnie zresztą jak Triumfy Króla Niebieskiego albo Przybieżeli do Betlejem. Z całej tej kolędy najbardziej lubię zaś ten jeden wers, w którym i Józef święty, i Józef święty Ono pięlęgnuje. Ja wolę właśnie tak: święty Józef, a nie: Józef stary (co przez niektórych przekręcane było podobno na Józef Stalin, podobnie – skoro już jesteśmy w okołobożonarodzeniowych klimatach – jak notorycznie zmieniano Pan Bóg przyjdzie, z rzeszą świętych k’nam przybędzie na z rzeszą świętych na mszy będzie etc.).

Mając do wyboru dwie funkcjonujące w naukach teorie, wybieram tę, według której Józef był po prostu rówieśnikiem Maryi, młodym chłopakiem, który nie zostawił żony z noworodkiem, zakładając, że to kobieca rzecz, a po prostu pielęgnował Małego: może go przewijał, może tulił, może pomagał karmić. Wolę takiego Józefa, młodego tatę z wypiekami na twarzy, uważającego by nic nie zepsuć, by jakimś niezgrabnym ruchem nie urazić kruchego dzieciaczka, od starca co widział już wszystko, zadumanego nad żłóbkiem nad losami ludzkimi, konceptami Jahwe i kondycją Wszechświata. Wolę życie, bo o czym jest ta noc, jeśli nie o życiu, nie o pięknie życia?

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

6. Gdy śliczna Panna

Bo to jedna z tych kolęd, gdzie mniej jest o wszelkiej maści bydlątkach (choć tu one też chuchając, ogrzewają Jezusa), a więcej o Maryi, która zdaje się była jednak dużo bardziej pierwszoplanową bohaterką tej nocy. Bo gdy jej słucham, mam wrażenie, że Maryja, kołysząc Dziecko do snu, musiała wracać myślami do chwili zwiastowania. Przypominam sobie jej wątpliwości (jakże się to stanie, skoro nie znam męża), rozwiane przez anioła nie rozkazem albo teoretycznym rozważaniem, ale informacją o cudzie, który wydarzył się już w życiu świętej Elżbiety. To konkret. To znak, że to co mówi anioł to nie obiecanka, ale obietnica. Bardzo realna propozycja od kogoś dla kogo nie ma nic niemożliwego, którą Maryja może sygnować, ale wcale nie musi.

To kolejna myśl, którą warto obudzić w sobie, nucąc przy żłóbku tę kolędę: nowe życie może pojawić się na świecie, gdy dwoje ludzi otworzy się na jego przyjęcie, zaryzykują i z ich miłości zrodzi się nowy człowiek. Nie byłoby Bożego Narodzenia bez tego superodważnego tak Maryi, która mogła też powiedzieć nie. Nie byłoby być może Wielkanocy gdyby nie hiperodważne tak Józefa, który z pewnością zaskoczony całą sytuacją, pokazał że naprawdę kocha, bo nie myśli o sobie (gdyby odszedł, trudno powiedzieć co by było bo los samotnej matki nie był wówczas do pozazdroszczenia, ale pewnie nie byłoby ucieczki do Egiptu i dziecko zginęłoby z rąk egzekutorów Heroda)

7. Nie było miejsca dla Ciebie i Jezus Malusieńki

Obie na końcu listy, bo obu nie lubię. Pierwsza kolęda, napisana przed wojną przez dwóch polskich jezuitów, pełna jest czartów, skrwawionych ramion, łez, jęków i katuszy. Nie jest to, mam wrażenie, dokładnie to przesłanie, jakie Bóg chciał przynieść ludziom wcielając się w swoim Synu. Z tajemnicy Wcielenia wypreparowano tu, prawdopodobnie w celu pobudzenia emocjonalnego słuchaczy czy śpiewających, całą ciemność i zło z jaką przyjdzie Jezusowi zderzyć się w ziemskim życiu.

Mizerna cicha. I kosmiczny przewrót

Tę kolędę de facto powinno śpiewać się w Wielki Piątek. I w naszej historii rzeczywiście często śpiewana była przez ludzi, którzy właśnie swój Wielki Piątek przechodzili (była podobno bardzo popularna podczas wojny i okupacji). Jeśli dodawała im otuchy świadomość, że Jezus od samego początku swojego ziemskiego życia zanurzony był – jak każdy z nas – w śmiertelności i doświadczył na sobie tajemnicy ludzkiej podłości, niesprawiedliwości i zła – to dobrze. Jezus przyszedł jednak na świat nie po to, by owo zło kontemplować, ale by wybić śmierci zęby, by dać nadzieję, a tej w tej kolędzie (ale to tylko moje, subiektywne wrażenie) bardzo mało.

Pieśń (przez niektórych uznawana nie za kolędę, a za pastorałkę) Jezus Malusieńki to zaś, znów w mojej subiektywnej ocenie, zapis depresji poporodowej, a nie radosne przywitanie przychodzącego na świat Zbawiciela. Frazy Panienka truchleje, a mówiąc łzy leje, albo „Tylko nie płacz, proszę, bo żalu nie zniosę, dosyć mam go z męki Twojej, którą w sercu noszę“, podpowiadają mi, że siostry zakonne (bodaj karemiltanki), które ją napisały, nie miały specjalnego pojęcia o tym jak piękny może być cud przyjęcia na świat nowego życia, albo – przeciwnie – miały bardzo bogatą wiedzę na temat wzmiankowanego wyżej towarzyszącego czasem porodowi zespołu. Możliwe też, że „duchowość pasyjna“ tak przeniknęła ich myślenie, że kontemplacja cierpienia wygrała u nich z apostołowaniem nadziei, jaką Narodzenie Jezusa temu światu przyniosło. Wierzę głęboko, że dziś, tam gdzie są (a pewnie są w niebie), jest im już dużo weselej.


Przeczytaj także artykuł Szymona Hołowni:

Do shopu, hej, pasterze!


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >