Wizyta czy wizytacja

– Gdy słyszę „Boże, jestem nieprzygotowany!” odczuwam pragnienie wejścia do takiego miejsca. Mam wtedy szansę poznać naturalny świat tej drugiej osoby i zburzyć stereotyp sztywnej kolędy – o blaskach i cieniach odwiedzin duszpasterskich opowiada ks. Marcin Grabowski z parafii Miłosierdzia Bożego w Grodzisku Mazowieckim.

Polub nas na Facebooku!

Często wydaje się, że ksiądz po kolędzie jest niczym śnieg dla drogowców – sporym zaskoczeniem…

Takie sytuacje są właściwie nagminne. Teksty na przywitanie w stylu „o, Boże!” często ripostuję mówiąc: „nie, to tylko ksiądz Marcin”. Różnie te zaskoczenia są wyrażane, nie brakuje też takich przypadków, których nie wypada cytować. Coraz częściej obserwuję smutną tendencję, że bycie nieprzygotowanym oznacza jednoczesną odmowę przyjęcia księdza. Na to, że jestem nieprzygotowany może się składać szereg bardzo różnych okoliczności. Ja to rozumiem. Dużo zależy od księdza, który chodzi po kolędzie i od tych, którzy go przyjmują. Czy potrafią podejść do tego z dystansem, czy raczej wizyta będzie typową polską „spiną” kolędową. Staram się wytłumaczyć, że to nie jest najistotniejsze, aby była woda święcona, obrus, świeczki… Najistotniejsza jest nasza obecność, to że się spotkamy, pomodlimy i poprosimy Pana Boga, żeby był z nami.

 

Co czuje ksiądz pukając do drzwi, z jakimi obawami się ksiądz spotyka?

Nie mam żadnych obaw z prostej przyczyny: tam, gdzie jestem niechciany lub drzwi są zamknięte, nie wchodzę. Przyjmują mnie ludzie, którzy wyrażają taką chęć. Oczywiście różne sytuacje spotykają mnie w trakcie kolędy, w trakcie rozmów. Prowadzę szczere rozmowy, nie kurtuazyjne, więc to czasem bywa trudne, a niekiedy burzliwe.

 

Jaki jest czas przewidziany na wizytę w domu parafianina?

To zależy od sytuacji, którą się spotyka w domu. Niejednokrotnie wchodząc do mieszkania mam wrażenie, że wszyscy odetchną z ulgą kiedy z niego wyjdę. Ale bywa też tak, że widzę ogromną chęć spotkania i często jest ona obustronna. Chciałoby się w tym domu pobyć trochę dłużej lub ewentualnie tę wizytę przenieść w inną przestrzeń. Natomiast widząc, że pojawia się jakiś problem, w którego rozwiązaniu trzeba pomóc, zapraszam do parafii.

 

Wizyta czy wizytacja, czyli po co księdzu kartoteka?

Kartoteka jest bardzo cenną pomocą dla duszpasterzy. Nie ma tam nic, co byłoby pewnego rodzaju inwigilacją, natomiast są informacje dotyczące sposobu funkcjonowania danej rodziny, tego co możemy za drzwiami zastać, jaki jest stan wiary, zaangażowania we wspólnotę Kościoła. Są to cenne rzeczy w kierowaniu rozmową, biorąc pod uwagę wzrost w wierze tych konkretnych ludzi. Kartoteka jest pomocna również w weryfikacji czy dana osoba jest moim parafianinem, czyli czy mam władzę kanoniczną wydania pewnych dokumentów. Spotykam się z różnymi praktykami wśród moich kolegów. Niektórzy noszą kartoteki w ogóle ich nie wyjmując na kolędzie po to, żeby nie stwarzać klimatu odmeldowania się. Jasne, można przegiąć we wszystkie strony. Można pójść na kolędę jak urzędnik, przeglądać kartotekę, wertować ją z góry do dołu i odpytywać.

 

Czy koperta z ofiarą jest obowiązkowa?

Absolutnie nie. Jednakże piąte przykazanie kościelne mówi nam, aby troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła. Jest to pewna odpowiedzialność za tę konkretną wspólnotę do której należę. Jednakże ofiara to nie transakcja wiązana za świadczoną mi usługę i po prostu raz w roku odbębniam swoje, wkładając pieniądze do koperty. Myślę, że my trochę zagubiliśmy teologię ofiary. Bo czym ona jest? Pieniądz jest czymś co jest miarodajne. Tu niekoniecznie trzeba ofiary właśnie takiej. Czasem wystarczy jakaś forma zaangażowania w życie wspólnoty, w ramach swojego prywatnego czasu można przyjść i oddać Kościołowi pewnego rodzaju powinność. Dar, jaki Pan Jezus nam zostawił, jest nieoceniony. Natomiast ofiara jest czymś, co ja mogę z siebie dać. Ewangelia o wdowim groszu najpiękniej oddaje, czym jest ofiara w Kościele. Czasem jak ktoś mnie pyta jaką ofiarę ma złożyć, mówię: tak żebyś poczuł. Ofiary nie daje się z czegoś, co mi zbywa. Tego powinnyśmy się uczyć. To ma być dar serca. Zdarzają się jednak takie sytuacje podczas kolędy, w których rozglądając się dookoła wiem, że koperty nie wezmę.

 

Jeżeli z roku na rok nie otwierają się drzwi danego mieszkania, to kolejnego roku próbuje ksiądz znowu zapukać do tych drzwi?

Bardzo różne są zwyczaje i wszystkie wynikają ze słusznych stanowisk. Jeżeli ktoś kilka razy z rzędu nie życzy sobie kolędy, albo drzwi są zamknięte, to jest to dość jednoznaczny sygnał, że niekoniecznie jesteśmy mile widziani. Nie jestem tam po to, żeby się naprzykrzać. Jednakże z drugiej strony „Ewangelię głoście w porę i nie w porę”. Mogą nastawać też nowe okoliczności, nieraz ludzie się zmieniają w mieszkaniach i czekają na księdza. Nie mam na to jednoznacznej recepty. Czy pukać do każdych drzwi i narażać siebie na wylanie wiadra pomyj, bo bardzo różne sytuacje się spotyka, mając nadzieję, że może w tym roku coś drgnęło, czy też nie pukać. Częste są sytuacje, że gdy dzieci przygotowują się do sakramentów, to drzwi, które rok w rok były zamknięte, nagle się otwierają.

 

Czy poruszyło coś mocno, wzruszyło księdza podczas kolędy?

Bardzo mnie wzrusza wiara ludzi. Często starszych ludzi, którzy w życiu przeszli dużo trudnych chwil. Mówią takie proste rzeczy, na przykład „proszę księdza ja codziennie odmawiam różaniec za…” i tutaj wymienia. W tym jest moc. I to mnie wzrusza, taka prosta dziecięca ufność. Zawsze porusza mnie też to, jak ludzie przeżywają odchodzenie swoich bliskich. To są momenty, w których będąc w pewnym sensie zupełnie obcym, wchodzi się w najintymniejsze momenty życia danego człowieka.

 

Czy podczas kolędy wydarzyła się jakaś zabawna sytuacja, którą szczególnie ksiądz zapamiętał?

Tak, są bardzo różne sytuacje! Na przykład w zeszłym tygodniu odwiedziłem panią, która zarzekała się, że jej piesek jest łagodny i nie gryzie, po czym… ugryzł ją w rękę. Często dzieci swoją szczerością dają dużo radości w sytuacjach, gdy rodzice próbują coś oględnie ominąć, bo ksiądz wszedł na niewygodne tory. Na przykład na pytanie „chodzicie do kościoła?” pada jednocześnie „tak” „nie”. I jeszcze sytuacja z wodą święconą. Kiedy woda jest bezpośrednio nalana z kranu to na brzegu talerza zbierają się pęcherze powietrza. Widząc bąbelki na talerzyku mówię: „proszę Państwa przecież ta woda nie jest święcona!”, wtedy słyszę „skąd ksiądz to wie?”, a ja żartuję „czegoś nas przez te sześć lat w seminarium uczyli”.

 

Jakiej rady udzieliłby ksiądz osobom przyjmującym kolędę?

Po pierwsze nie spinać się, to jest moja podstawowa rada. Bawią mnie momenty, w których wchodzę do domu, a rodzina stoi w rządku, w hierarchii następującej: mąż, żona, starsze dziecko, młodsze dziecko. Chórem wypowiadają drżącym głosem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Potem następuje dalsza część tych kurtuazji kolędowych. Zazwyczaj staram się rozluźnić taką atmosferę mówiąc: „Co wy się tak zachowujecie, jakbyście co najmniej na kolędzie byli?”. I to z reguły rozładowuje napięcie. Często mamy wyobrażenie kolędy z dzieciństwa, która dzisiaj inaczej wygląda. Ksiądz weryfikował zeszyty, pytał z pacierza, nawet matkę i ojca potrafił przepytać, zdarzały się różne sytuacje. To spotkanie nie temu służy. Warto zachowywać się naturalnie, bo ksiądz wchodzi w waszą codzienną rzeczywistość. Osobiście lubię te momenty, w których wchodzę do mieszkań nieprzygotowanych, gdzie jest bałagan, ludzie się krzątają. Przyszedłem zobaczyć jak moi parafianie mieszkają, a nie jak mieszkać powinni. Gdy słyszę: „o, Boże jestem nieprzygotowany”, odczuwam pragnienie wejścia do takiego miejsca. Mam wtedy szansę poznać naturalny świat tej drugiej osoby i zburzyć stereotyp sztywnej kolędy.

 

Rozmawiając z kilkoma osobami, które przyjęły kolędę, dowiedziałam się, że rozmowa z księdzem pomogła im podjąć jakąś ważną decyzję, na przykład zawrzeć sakrament małżeństwa. Czy często zbiera ksiądz takie owoce?

Tym, co przynosi największe owoce, jest szczerość. Uważam, że w Kościele popełniamy duży błąd wszelkiego rodzaju “przymilnością”. Mili za wszelką cenę. Jasne – trzeba być uprzejmym, delikatnym. Ale zostałem księdzem po to, żeby powiedzieć ci prawdę i nie owijać w bawełnę. Sam nie jestem idealnym człowiekiem, zdaję sobie z tego sprawę. Jeżeli widzę, że u ciebie coś nie gra, to przychodzę tutaj po to, żeby ci o tym powiedzieć i zaprosić cię do tego, aby pomóc ci wyprostować twoje życie i doprowadzić cię do Kogoś, kto jest największą wartością – do Jezusa. Nakierowanie na Jezusa jest czymś, co zawsze pozwoli ci dobrze spojrzeć na drugiego człowieka. Ta myśl towarzyszy mi na kolędzie, gdy patrzę na tych ludzi, na ich biedę, na ich schematy myślowe, trudne do rozwiązania sytuacje, czasem absurdalnie głupie, w których tkwią zupełnie na własne życzenie, nie widząc rozwiązania będącego na wyciągnięcie ręki. Smuci mnie, że nie widzą wartości wypływającej z obecności Boga w życiu, gdy jest się zdrowym, młodym, silnym. Do czego mi jest potrzebny Bóg? Przecież mam stałą pracę, dobrze mi się powodzi w życiu, mam piękną kobietę, spodziewamy się dziecka. Są takie pytania, które zadaje się dopiero w biedzie. Czasem zostawiam ludziom różne myśli do rozważenia, rzucone oczywiście “na zaczepne”.

 

 

„Kto was przyjmuje, mnie przyjmuje”. Czy kolęda jest spotkaniem z Jezusem?

Kolęda to inaczej przynoszenie błogosławieństwa Bożego. Kapłan przychodzi do domu po to, żeby się z tobą pomodlić, pobyć, poznać i pomóc rozwiązać twoje problemy. Powoli jednak zanika wrażliwość na to, że we mnie, jako księdzu, przychodzi Jezus. To nie jest w żaden sposób zasłużone przeze mnie, nie jestem lepszym człowiekiem od tych, do których idę. Jednakże przez to, że mam namaszczone przez biskupa ręce w dniu święceń kapłańskich, jest tam Jezus ze swoim błogosławieństwem. To jest bardzo ważne.

 

Rozmawiała Monika Polakowska

 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Jaki cel ma wizyta duszpasterska?

„Pewnie przyjdzie po kopertę…”. To najczęściej słyszana opinia wśród Polaków – również katolików – w okresie kolędowym. Czy naprawdę tak jest? A może kolęda ma inny wymiar i cel? Postanowiłam sprawdzić to na własnej skórze.

Polub nas na Facebooku!

14 stycznia 2019, poniedziałek. Jest późne popołudnie. Za dwie godziny spodziewamy się wizyty księdza, czyli tak zwanej kolędy. Analizując w głowie celowość takich spotkań, przypominam sobie niedawno przeczytany tekst z Kodeksu Prawa Kanonicznego. 

kan. 529 § 1: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również – jeżeli w czymś nie domagają – roztropnie ich korygując.”

A zatem według prawa „kościelnego” proboszcz lub inny kapłan z danej parafii – pasterz – podczas spotkania chce poznawać i wspierać swoje „owce”, czyli wiernych.

Dotychczas przyjmowałam księdza w mojej rodzinnej parafii. Zawsze przychodził kapłan, który znał dobrze mnie i moją rodzinę i być może dlatego atmosfera zawsze była miła, radosna. Ale dziś będzie inaczej. Przyjmujemy księdza w nowym miejscu zamieszkania, w dużej parafii, w której bez wizyty duszpasterskiej kapłani nie mają szans poznać wszystkich parafian. Dlatego postanowiłam sprawdzić, czy będzie to według stereotypów – wizytacja „na pięć minut”, czy wizyta zgodna z opisem z Prawa Kanonicznego.

Zastanawiałam się także jak i kiedy powstała tradycja wizyt, zwanych kolędą. Po krótkim researchu znajduję bardzo ciekawe informacje, których z pewnością nie zna większość osób czekających na kolędę – choćby tych na moim osiedlu. Jak się okazało, to tradycja wywodząca się już ze starożytnego Rzymu, gdzie nowy rok rozpoczynał się odwiedzinami, które nazywano „kalendy”, czyli właśnie – spotkania noworoczne. Ale nazwa „kolęda” ma inne źródło. Podobno trafiła do Polski dzięki Czechom, a nazwa oznaczała nic innego, jak pieśń noworoczną, śpiewaną podczas podobnych spotkań, jak te w starożytnym Rzymie. Zresztą i dziś kapłan z ministrantami podczas wizyty kolędowej śpiewa wraz z domownikami kolędy. Choć nie odnoszą się jak dawniej do noworocznego powitania nowego roku, ale powitania nowo narodzonego Jezusa Chrystusa.

A zatem noworoczne spotkania to nic nowego. Kolęda znana nam dziś jako spotkanie z kapłanem, ma poza poznaniem parafian i rozmową o ich troskach, pozwolić kapłanowi pobłogosławić każdy dom i mieszkańców danej parafii.

Pamiętam, że moja prababcia wspominała, że od dawnych czasów ludzie upatrywali w księdzu przedstawiciela samego Chrystusa, którego chcieli przyjąć swoim domu i sowicie ugościć. Stąd do dziś w małych miejscowościach i na wsiach, modne są obiady, na które proboszcz jest zapraszany przez parafian.

Ale cały czas czytam o spotkaniu, poznaniu, przyjęciu Chrystusa do domu na cały nowy rok. Myśląc lekko sarkastycznie o wspomnianych wcześniej stereotypach „kolędowych”, na razie nic nie znajduję o wspominanych ciągle kopertach. Zatem szukam dalej.

Znajduję jeszcze informacje, że pierwotnie Kościół przyjął znane w starożytności spotkania noworoczne na czas tak zwanego święta „Trzech Króli”. Niegdyś kapłan, dziś domownicy piszą w tym dniu na drzwiach domu lub mieszkania litery K+M+B lub C+M+B (oraz aktualny rok), co z reguły jest interpretowane jako skróty imion trzech królów: Kacpra, Melchiora i Baltazara. Ale tak naprawdę biorą się od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi). Jednak ze względu na ilość parafian, szczególnie w dużych miastach, czas wizyt duszpasterskich znacznie się przedłużył. Księża nie mają szans odwiedzić wszystkich 6-go stycznia. Co ciekawe święto Trzech Króli, jest również nazywane świętem Objawienia Pańskiego. To przesłanie pokazujące bardzo mocno celowość tych wyjątkowych spotkań.

Ale cały czas zastanawiam się dlaczego Polacy tak mało przywiązują wagę do tych znaczeń i niesamowitej symboliki spotkań kolędowych, a tak bardzo koncentrują się na tradycyjnych datkach na kościół, wręczanych podczas takiej wizyty? Czy rzeczywiście teoria i praktyka tak bardzo się rozmijają? 

Na stole przykrytym białym obrusem czekają już ustawione świece, woda święcona i Biblia z „milionem” zakładek w „ważnych” miejscach (pamiątka z dnia bierzmowania). W głowie cały czas mam jedną myśl. Czy ludzie opierają swoje opinie na temat kolędy na własnych doświadczeniach, czy na podstawie powtarzanych stereotypów, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością?

Chwilę zadumy przerywa dzwonek. Jest. Zaczyna się!

Witamy się serdecznie z kapłanem – naszym proboszczem. Modlimy się. Jest chwila skupienia. Ksiądz kreśli krzyż w powietrzu, błogosławi nas i miejsce, gdzie toczy się każdy nasz dzień. Z uśmiechem rozpoczyna rozmowę, częstuje ciastem i prosi o herbatę, bo jak mówi: „chwile sobie pogadamy”. Wbrew stereotypom, nie wychodzi z prędkością światła, z kopertą w ręce. Niestety, wielu malkontentów, narzekających na przebieg wizyt duszpasterskich byłoby teraz zawiedzionych.

Rozmawiamy długo i na wiele tematów. O remoncie kościoła, który wyszedł pięknie. O pracy, historii, teraźniejszości, marzeniach, dzieciństwie, życiu, spostrzeżeniach, ciastkach, którymi się zajadamy, popijając herbatą. Śmiejemy się i dziwimy, bo ksiądz opowiada nam bardzo wiele. Również o wierze, kościele i niedzielnych Mszach św. Według podpowiedzi zegara rozmawiamy półtorej godziny. Ksiądz żegna się z nami, dziękując za miłą gościnę. Przy drzwiach rozmawiamy jeszcze chwilę. W ostatniej chwili wręczam księdzu tradycyjne datki na naszą parafię. Wszyscy o tym zapomnieliśmy podczas długiej i ciekawej rozmowy. Nie dzieje się nic z miejskich opowieści o kolędach.

Skąd zatem biorą się stereotypy? I dlaczego z niektórych domów księża – podobno – tak szybko uciekają? Lub według innych opowieści, kapłani patrzą na takie spotkania tylko pod względem korzyści materialnych? Ani w mojej rodzinnej, ani nowej parafii nie spotkałam się z takimi zachowaniami. Pytam znajomych, przyjaciół jak u nich przebiegły kolędy. Wszyscy mają podobne spostrzeżenia co ja.

Było miejsce na spotkanie, modlitwę, rozmowę i błogosławieństwo. Czas na poznanie się. Na sprawdzenie, czy na drzwiach jest napis C+M+B oraz wspólne wypicie herbaty w miłej atmosferze. Wszystko według zasad Prawa Kanonicznego i według opisów tradycji. Na koniec dnia, przed snem, wpada mi do głowy ostatnia myśl. Może coś w niej jest? Nie wiem. Ale może…

Może to wszystko zależy od gospodarzy? Od tego, czy chcą przyjąć gościa, który reprezentuje Kogoś ważnego? Od tego, czy dla domowników ważne jest błogosławieństwo i spotkanie z drugim człowiekiem, czy podarowanie datku i najszybsze „pozbycie” się gościa, żeby mieć to „za sobą”? Być może wizyta duszpasterska jest lustrem tego kim jesteśmy i jakie jest nasze podejście do wiary? Nie wiem. Być może.

 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap