„Bóg nas wysłuchał, bo żaden pocisk w nas nie trafił”. Wstrząsające świadectwo z Mariupola

"Bombardowano nas w dzień i noc. I w pewnym momencie bomby spadły blisko nas. Przykryłam mojego synka własnym ciałem. Odłamki trafiły w dziewczynę, która siedziała blisko nas. My cudem zostaliśmy uratowani" - opowiada 37-letnia Viktoriia Grzyb.

fot. Mikhail Volkov/Unsplash

Po ponad dwudziestu dniach Viktoriia Grzyb uciekła z oblężonego przez wojska rosyjskie Mariupola. Jak przeżyła w okupowanym i nieustannie bombardowanym mieście? „24 lutego byliśmy z dzieckiem w szpitalu. O 5 rano rozległ się tak potężny wybuch, że nawet nie mogę tego opisać” – zaczyna swoje świadectwo.

Jak wspomina, przebywali wtedy po lewej stronie miasta, która jako pierwsza znalazła się pod ostrzałem Rosjan. „Nie mogliśmy się wydostać. Ta część miasta była już oderwana od reszty. Most był zaminowany. Bombardowano stale, w dzień i w nocy” – opowiada.

„Cały czas modliłam się. Bóg nas wysłuchał”

Kobieta wydostała się z synem ze szpitala dzięki pomocy pielęgniarki. „Wszystko to odbywało się w czasie nieustających bombardowań. Tego dnia padał deszcz, wsiedliśmy do jej samochodu, a ona wcisnęła pedał gazu i ruszyła. Cały czas modliłam się. Bóg nas wysłuchał, bo żaden pocisk w nas nie trafił” – dodaje.

Reklama
Reklama

Gdy kobieta wróciła do domu, w ośmiopiętrowym bloku nie było światła, gazu, zupełnie nic… Jedzenie gotowała na ognisku, które rozpalała na zewnątrz. „Tak minął tydzień. Przeżyliśmy, chodziliśmy do studni, braliśmy wodę. Jakieś zapasy żywności były” – opowiada.

„Przykryłam mojego synka własnym ciałem”

Później szwagier zabrał ich do innej części miasta, gdzie ukrywali się w piwnicach i w ubraniach spali na podłodze przy dziesięciostopniowym mrozie. „Bombardowano nas w dzień i noc. I w pewnym momencie bomby spadły blisko nas. Przykryłam mojego synka własnym ciałem. Odłamki trafiły w dziewczynę, która siedziała blisko nas. My cudem zostaliśmy uratowani” – dodaje.

Kobieta uciekła z dzieckiem do Polski po ponad dwudziestu dniach, 15 marca, ale na wsi pod Mariupolem została jej mama i babcia. „Tutaj ludzie przyjęli nas bardzo dobrze, ale całe życie mieszkałam w moim rodzinnym kraju, w Ukrainie, którą bardzo kocham. Moim rodzinnym domem jest Mariupol” – mówi.

Reklama
Reklama

„Naprawdę chcę wrócić”

Jak tłumaczy, gdyby nie wojna, nigdy nie wyjechałaby z Mariupola. „Mieszkałam tam przez 37 lat. Dusza jest tam, wszystko tam jest moje. Każda cegła tam jest moja. Każdy dom jest mój. A tutaj jest bardzo ciężko psychicznie. Naprawdę chcę wrócić. Gdyby miasto zostało wyzwolone, wróciłabym i zbudowałabym go na nowo…” – kończy.

kh, radioplus.com/Stacja7

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę