Nasze projekty
Adam Szustak OP

Miłosna Droga Krzyżowa z o. Adamem Szustakiem

Spróbujmy przejść wspólnie poszczególne etapy Jezusowej drogi, przyglądając się cechom Jego miłości. Zobaczmy, jak kochała ta Miłość, jaką drogą poszła i dokąd podążyła, byśmy i my mogli tam pójść.

Reklama

Stacja pierwsza
Sąd u Piłata

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość cierpliwa jest… (1 Kor 13,4)

Reklama
Reklama

Podczas sądu u Piłata wydarzyło się wszystko. Tak naprawdę tam zapadły wszystkie decyzje, których konsekwencjami były poszczególne etapy drogi krzyżowej. To, co postanowiono na sądzie, wypełniało się po kolei w drodze na Golgotę, a potem na jej szczycie. Upadki, spotkania różnych ludzi, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa nie były nowością, nie były przypadkowym zbiegiem wydarzeń, ale konsekwencją tego, o czym zdecydowano wcześniej. W pierwszej stacji zaplanowano mękę i śmierć, a wraz z nimi też grób.

Jeśli ten fakt połączymy z pierwszą cechą miłości, którą wymienia św. Paweł, czyli z cierpliwością, można powiedzieć, że doświadczanie bólu i trudu w życiu są nieuniknione. Choćbyśmy próbowali na tysiące sposobów je ominąć, choćbyśmy nie wiem co wymyślili lub jak sobie zaplanowali życie, cierpienie oraz różne niełatwe sytuacje i tak prędzej czy później się pojawią. Jezus był nieskazitelny, niewinny i najświętszy, a gdy usłyszał wyrok, wiedział, że najprawdopodobniej nic Go nie wybawi od męki i ukrzyżowania. Gdy modlił się w Ogrójcu, być może jeszcze nie miał takiej pewności, rozważał, czy to musi się stać, czy nie. W pałacu Piłata wiedział już na pewno, że niektóre sprawy są nieodwołalne.

W takim momencie Jezus potrzebował po prostu cierpliwości, która pozwoliła Mu wytrwać i przyjąć nieodwracalne. Podobnie i my – potrzebujemy miłości, która jest cierpliwa, by napotykając w życiu różne trudności i przeciwności, iść dalej. Nie chodzi oczywiście o szukanie cierpienia, o pragnienie go, ale o to, by uzbroić się w cierpliwość, gdy ono się pojawia. Jezus pokazuje nam, że na początku tej drogi do zbawienia trzeba najpierw nauczyć się cierpliwości – cierpliwości do siebie, swoich bliskich, męża lub żony, dzieci, przyjaciół i wszystkich ludzi, których spotykamy, także cierpliwości do życia, wydarzeń, sytuacji, a nawet do Pana Boga, że On nie zawsze chce tak, jak my chcemy. Miłość, która jest cierpliwa, wie, że pewne rzeczy się wydarzą mimo wszystko i trzeba je po prostu przeczekać, trzeba cierpliwie przez nie przejść, a wtedy nagle zacznie się nam odsłaniać sens tej drogi.

Reklama
Reklama

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja druga
Jezus bierze krzyż

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Reklama

Miłość łaskawa jest… (por. 1 Kor 13,4)

Druga stacja i druga cecha miłości. Jak połączyć z łaskawością to, że tuż po niesprawiedliwym sądzie włożono Jezusowi krzyż na ramiona? Otóż myślę, że dzieje się tak, ponieważ droga krzyżowa nie prowadzi nas pomalutku do zbawienia, nie rozpieszcza nas duchowo, ale od razu próbuje wciągnąć na najwyższy poziom życia duchowego. Z tego powodu już na drugim etapie drogi na Golgotę słyszymy, że wzięcie krzyża jest łaską, a krzyż – przejawem łaskawości.

Jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu jest dostrzeżenie, że ból czy nieszczęście, czyli krzyż, to łaska. Przyznam, że ja zupełnie nie jestem odporny na cierpienie, mam bardzo małą wytrzymałość na ból fizyczny i psychiczny. Niewiele potrafię znieść i bardzo szybko się załamuję lub po prostu rezygnuję z czegoś z powodu trudności i przeciwności, które się pojawiają. Kiedy więc czytam o świętych, którzy wręcz zostali zaproszeni przez Boga do różnych ciężkich doświadczeń lub na skutek życia w bliskości z Nim zaczęli ich doświadczać, budzi się we mnie ogromne niedowierzanie, podziw, ale i niemała zazdrość. Wielu świętych wyznaje, że dla nich zaszczytem jest łaska cierpienia dla Chrystusa, i wręcz dziękuje Bogu, że mogą tego doświadczać. Jednym z nich jest św. Piotr, który umarł śmiercią podobną do swojego Mistrza, ponieważ jego także ukrzyżowano. To była dla Piotra wymarzona śmierć, chciał umrzeć jak Jezus, ale ponieważ nie czuł się godny dostąpić tej łaski, poprosił swoich oprawców, by ukrzyżowali go głową w dół. Był zaszczycony, że może umierać tą samą śmiercią co Jezus, ale wiedząc, że Mu nie dorównuje, chciał umrzeć przybity do góry nogami.

Oczywiście dla wielu ta historia może być kolejnym argumentem przemawiającym za tym, że chrześcijanie to cierpiętnicy, którzy przesadnie próbują gloryfikować cierpienie. To nieprawda! Ból, choroby, katastrofy i wszelkiego rodzaju trudne doświadczenia nie są czymś dobrym. Gdy jednak człowiek staje w sytuacji nieuniknionej (podobnie jak Jezus na sądzie Piłata), ma tylko dwa wyjścia: albo narzekać i pomstować, albo przyjąć to, co jest, i błogosławić. Przyjąć jednak nie jako coś, co trzeba tylko przeczekać, ale jako dar, łaskę, a nawet jako propozycję, która ma rozwinąć w nas i innych ludziach miłość.

Gdy więc mówimy, że miłość jest łaskawa, oznacza to także, że potrafi ona spojrzeć na trudne doświadczenia przez pryzmat łaski. Każdy z nas ma swój krzyż, który jest nieporównywalny z żadnym innym krzyżem. Nie ma lżejszych i cięższych krzyży ani też mniejszych i większych. Ten, który każdy z nas niesie, jest zawsze najtrudniejszy. Jednak krzyż każdego z nas to nasza droga do zbawienia, to łaska, bez której nie uda się nam zdobyć tej niezwykłej nagrody. I wcale nie chodzi o to, że krzyż jest ceną, którą musimy zapłacić, by otrzymać coś dobrego. Krzyż jest ratunkiem. A dostrzeżemy to tylko wtedy, gdy zaczniemy go przyjmować jako łaskę. Doświadczanie bólu może stać się źródłem dobra, co pokazał Chrystus podczas swojej drogi miłości na Golgotę. On przyjął mękę jako łaskę i dzięki temu Jego miłość mogła się rozlać na cały świat. Odważysz się przyjąć swój krzyż jako łaskę?

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja trzecia
Pierwszy upadek

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie zazdrości… (1 Kor 13,4)

Trzecia stacja drogi krzyżowej łączy się z pierwszą cechą miłości opisaną przez św. Pawła przez negację – miłość, która nie zazdrości. Greckie słowo „zazdrość” zawiera w sobie bardzo ciekawy obraz wybuchu, wewnętrznego wrzenia wywołanego niezgodą na coś.
Można więc powiedzieć, że zazdrość to niezgoda na mnie samego, na to, co mi się dzieje, niezgoda, która wzięła się z porównywania z innymi, z myślenia: „Inni mają lepiej, znajdują się w korzystniejszej sytuacji”. Co to znaczy, że miłość w pierwszym upadku Pana Jezusa pod krzyżem nie zazdrości? Otóż taka miłość wie, że krzyż jest właśnie jej i żaden inny nie byłby lepszy, nie byłby taki, którego można zazdrościć. Rozpoznanie swojej łaski w krzyżu – co próbowaliśmy zrobić w poprzedniej stacji – ucina w nas porównywanie się z innymi. I odwrotnie: jeśli przestaniemy się porównywać, zazdrościć innym, będziemy potrafili zobaczyć łaskę w swoim krzyżu. Może więc warto popatrzeć na swoje życie i znaleźć sytuacje, w których nie chcemy przyjąć swojego cierpienia, w których myślimy, że wolelibyśmy ciężary innych, i w których skarżymy się, że mamy to, czego nie chcemy.

A może jest też tak, że nie potrafimy przyjąć jakiegoś cierpienia, ponieważ bierzemy na siebie coś, co nie jest naszym ciężarem? Spotkałem kiedyś osobę będącą w związku z kimś, kto próbował jej wmówić, że jest dla niej nieprzyjemny i niedobry, bo to cierpienie jest krzyżem, który ma nosić. Gdyby byli małżeństwem, można by podyskutować, czy to prawda, ale oni byli na wcześniejszym etapie budowania relacji i to był bardzo niezdrowy, zły związek, w którym jedna osoba krzywdziła drugą i wmawiała jej, że krzywda to krzyż, który Bóg każe jej dźwigać.

Warto pomyśleć zatem, czy przypadkiem w naszym życiu nie pomyliśmy krzyży, które nosimy. Taka pomyłka dzieje się na dwa sposoby: albo można nieustannie pragnąć krzyży innych ludzi, czyli myśleć sobie: „Tamten jest łatwiejszy i prostszy. Gdybym miał problemy, które ma tamten człowiek, byłoby mi lepiej”, albo pozwalać sobie i innym obciążać nas rzeczami, których wcale nie musimy nosić, bo nie są naszym krzyżem.

Miłość, która nie zazdrości, szuka jedynie tego, co jest jej, patrzy tylko na siebie (oczywiście nie w znaczeniu egocentrycznym) i nie porównuje się z innymi. Gdy Pan Jezus pierwszy raz upadł pod krzyżem, gdy okazało się, że Jego ciężary są za duże i pozbawiają Go sił, wcale nie myślał: „Chciałbym mieć krzyż innego człowieka”. Choć miał pełne prawo stwierdzić, że przydałby Mu się lżejszy krzyż, bo przecież niósł na swoich ramionach krzyże całej ludzkości, On nie zazdrościł, nie poprosił o inny krzyż, ale wziął ten, który miał, i zaniósł go na Golgotę.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja czwarta
Matka

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie szuka poklasku… (por. 1 Kor 13,4)

Pan Jezus spotkał na swojej drodze na Golgotę jedyną osobę wśród wszystkich ludzi, o której naprawdę można było powiedzieć, że nigdy nie szukała poklasku. Przyznam, że bardzo lubię zarzuty, które często padają wobec katolików, że choć w Biblii jest niewiele napisane o Maryi, to zrobiliśmy z niej kogoś tak ważnego. Często słyszy się słowa: „Po co te wszystkie dogmaty o niej, skoro w ewangeliach pojawia się śladowo?”. Gdy docierają do mnie takie komentarze, to wewnętrznie się uśmiecham, bo wiem, że mowa o Tej, która jest schowana. Maryja mogłaby mieć na imię Estera, ponieważ Estera znaczy ukryta. Maryja była ucieleśnieniem miłości, ponieważ nigdy nie szukała uznania i pochwał.

Także o tym spotkaniu Jezusa ze swoją Matką podczas drogi krzyżowej nie wiemy nic. Pewne jest tylko to, że się spotkali, ale nie mamy pojęcia, co do siebie powiedzieli, czy Pan Jezus w ogóle był w stanie mówić, czy Maryja, patrząc na Jego cierpienie, potrafiła cokolwiek z siebie wydusić. Wiemy jedno: spotkały się dwie najpokorniejsze istoty na Ziemi, jedna ludzka, a druga ludzko-boska. Dwie największe pokory, które spojrzały na siebie, nie szukając niczego poza miłością.

Przy czwartej stacji warto pomyśleć o naszych relacjach i spróbować zobaczyć, ile jest w nich wymuszania docenienia, zauważenia czy pochwał. Niestety często potrafimy zrobić z własnego cierpienia narzędzie egzekwowania miłości względem nas. Jezus zaś nie szukał poklasku, nie próbował dobitniej pokazać swojej Mamie, jak cierpi, ale w ciszy przyjął jej równie pokorną miłość. On nie krzyczał: „Zobacz, co robię dla świata, jak się poświęcam. Jestem gotowy na wszystko, nawet oddać życie za ludzi”, ale pewnie milcząco spotkał się z Maryją, popatrzyli w ciszy na siebie i wszystko rozumieli. Oczywiście to nie oznaczało, że z łatwością przyjęli to cierpienie. Z pewnością było im strasznie ciężko, jednak nie próbowali nic wymuszać, niczego nie naciągali, ale w pokorze i bez poklasku byli dla siebie nawzajem. Ona niosła ból swojego Syna, On cierpienie całego świata – w moment zrozumieli tę sytuację, chwilę się zatrzymali i poszli dalej. Jak niesamowita jest ich pokora! Jezus patrzy w oczy Maryi, a ona w Jego, nie pragnąc pochwał i docenienia. Jeśli chcemy prawdziwie kochać, musimy nauczyć się od nich tego spojrzenia, które w żadnych oczach nie szuka poklasku.

Któryś za nas cierpiał rany…
I TY KTÓRAŚ WSPÓŁCIERPIAŁA…

Stacja piąta
Pomoc Szymona

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie unosi się pychą… (por. 1 Kor 13,4)

Przymuszony Szymon z piątej stacji doskonale łączy się z kolejną cechą miłości, którą jest nieunoszenie się pychą. Taka właśnie była jego miłość. Jak podaje Ewangelia, Szymon nie był ochotnikiem, nie było tak, że zobaczył wycieńczonego skazańca, który niósł krzyż, i podbiegł mu pomóc. Nie, Szymon szedł ze swoimi synami do domu na wieczerzę paschalną i zupełnie nie pasowało mu, że nagle zatrzymują go żołnierze i rozkazują: „Nieś”. Tu jednak odsłoniła się w Szymonie miłość, która nie unosi się pychą, która mimo niechęci wynikającej może nawet ze słusznych powodów (bo mu się śpieszyło, bo miał inne plany itd.) zgodziła się stracić coś dla drugiego człowieka. Oczywiście nie wiemy, co działo się w sercu Szymona, ale przypuszczam, że tuż po tym, jak go przymuszono, zgodził się na tę sytuację, pomyślał: „Dobra, chociaż to nie był mój pomysł, chociaż to burzy moje plany, wezmę ten krzyż i pomogę”.

To, co zrobił Szymon z Cyreny, jest niczym innym jak okiełznaniem swojej pychy. Brak pychy to przecież przyjmowanie tego, co się wydarza, bez narzekania i mówienia: „Zasługuję na coś lepszego, czemu muszę to robić?”. Czy czasem nie wydaje nam się, że pewne rzeczy nie powinny nas dotykać, bo jesteśmy lepsi i zasługujemy na więcej? Szymon też mógł tak pomyśleć, ale w jego sercu wygrała miłość, która nie unosi się pychą. On nie był uniżony czy poniżony, lecz zwyczajnie pokorny. Prosto podszedł do sytuacji: „Dobrze, wezmę tę belkę i pomogę”. Za każdym razem, gdy schodzimy z najróżniejszych życiowych piedestałów po to, by kochać, by pomóc, stajemy się podobni do Szymona.

Nie wiemy, czy Cyrenejczyk zdawał sobie sprawę, kim jest Jezus; może myślał, że to jakiś przestępca lub szemrana postać, która naraziła się rzymskim władzom. Część z nas w takich okolicznościach pewnie by pomyślała: „Komuś takiemu nie będę pomagał. Dobremu to jeszcze w porządku, bo zasługuje na to, ale złoczyńcy?”. Miłość nieunosząca się pychą nie uznaje, że istnieją rzeczy i sytuacje będące „poniżej nas”, w których pomoc potrzebującemu byłaby czymś poniżającym.

W stacji piątej spotkały się ze sobą dwie niepychy: Szymon, który nie uniósł się pychą i mimo początkowej niechęci pomógł Jezusowi, oraz Jezus, który nie unosił się pychą i z pokorą przyjął pomoc Szymona. Bóg-Zbawiciel przyjął pomoc. Choć miał moc dokonać wszystkiego
samodzielnie, zaprosił kogoś, by razem z Nim zbawiał świat, niosąc krzyż. Jeśli więc chcemy iść tą samą drogą, musimy poszukać w sobie miłości, która nie unosi się pychą.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja szósta
Weronika

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie dopuszcza się bez wstydu… (por. 1 Kor 13,5)

Kolejna cecha miłości, niedopuszczanie się bezwstydu, pozornie nie pasuje do tej apokryficznej sceny z drogi krzyżowej, gdy Weronika ociera chustą zmęczoną i poranioną twarz Jezusa. Można by pomyśleć, że powinno się o niej mówić podczas rozważania stacji „Pan Jezus z szat obnażony”. Jednak nic bardziej mylnego! To, co zrobiła Weronika wobec Chrystusa, to doskonały przykład miłości, która nie dopuszcza się bezwstydu.

Tradycja chrześcijańska zapamiętała tę kobietę jako kogoś, kto całkowicie był skoncentrowany na twarzy Jezusa. Wszyscy kojarzymy chustę, na której odbiło się Jego oblicze, niemalże doskonałe odwzorowanie tego, jak wyglądał. Ten moment drogi krzyżowej to według mnie spotkanie dwóch twarzy, w których nie było cienia bezwstydu. Dlaczego? Ponieważ bezwstyd to pojęcie związane z nieczystością, wypaczoną seksualnością, a zatem z przedmiotowym traktowaniem człowieka i jego ciała. Bezwstyd jest przeciwieństwem skoncentrowania się na twarzy, ponieważ nie czystość na pierwszym miejscu stawia przyjemność wynikającą z realizacji pożądania, a nie godność człowieka, do którego należy to ciało. Weronika była cała skoncentrowana na Jezusie, na Jego twarzy oraz na uczuciach, myślach i cierpieniach, które były na niej wymalowane. Twarz przecież postrzegana jest jako obraz tożsamości człowieka, mówimy niekiedy, że z twarzy widać, kim ktoś jest, albo że coś ma wymalowane na twarzy. Tożsamości nie szukamy więc na rękach, nogach czy gdziekolwiek indziej, ale na twarzy, a szczególnie w oczach. Dlatego możemy powiedzieć, że Weronika kochała Jezusa miłością niedopuszczającą się bezwstydu, bo całkowicie skupiła się na tym, kim jest.

Jeśli więc chcemy miłości pozbawionej bezwstydu, musimy szukać w ludziach, z którymi żyjemy, ich tożsamości. Trzeba skoncentrować się na drugim człowieku, nie zaś na jego ciele, seksualności czy pięknie zmysłowym, a także nie na pożądaniu, które mamy w sobie, lub na swoich pragnieniach. Oczywiście nie chodzi o to, że to wszystko jest w nas złe (bo nie jest), ale gdy skupiamy się tylko na tym, przestajemy kochać. Nie widząc czyjejś twarzy, nie poznając tożsamości, nie szukając prawdziwie tego, kim ktoś jest, nigdy nie pokochamy go czystą miłością. Czystość to patrzenie twarzą w twarz, to miłość niedopuszczająca się bezwstydu.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja siódma
Drugi upadek

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie szuka swego… (por. 1 Kor 13,5)

Drugi upadek Jezusa pod krzyżem z pewnością musiał wiązać się w jakimś stopniu z poczuciem klęski, przegranej. Być może był to moment, gdy Jezus czuł, że ta sytuacja Go przerasta, że nie daje już sobie rady, że nie stać Go na więcej. W czym zatem objawiła się miłość, która nie szuka swego, w tak dojmującym doświadczeniu straty i poczuciu klęski? W niczym innym jak w pogodzeniu się z tym, że nie zawsze sprawy będą działy się po naszej myśli, w zgodzie na to, że nie osiągniemy tego, co chcieliśmy zdobyć.

Dla mnie drugi upadek jest bardzo ważną lekcją. Na co dzień mam ogromne trudności z przyjmowaniem własnych niedoskonałości i porażek. Nie potrafię pogodzić się z tym, że coś zawalam, że nie jestem taki doskonały, jak mi się wydawało. Miłość, która nie szuka swego, to miłość przyjmująca siebie samego w prawdzie, czyli nieszukająca tego, jakimi chcielibyśmy siebie widzieć, ale godząca się na to, kim aktualnie jesteśmy. Nie szukać swego znaczy nie gonić za (często nierealnymi) wyobrażeniami o sobie, ale dążyć do prawdy o nas samych i przyjmować ją. Może Jezus jako człowiek miał podczas drugiego upadku pokusy, które były myślami typu: „Muszę się podnieść, nie mogę tak przegrywać. Wszyscy patrzą, a Ja okazuję się słabszym herosem, niż wszyscy myśleli”. On oczywiście był najpokorniejszym z ludzi, ale pewnie toczył walkę także z takimi pokusami. Jego miłość nieszukająca swego polegała więc na tym, że się tym pokusom nie dawał, odrzucał je od siebie, bo wiedział, że jest tym, kim jest, nawet wtedy, gdy upada z braku sił.

Nie bójmy się zatem własnych przegranych ani tego, że do czegoś nie dorastamy. Kiedyś rozmawiałem z jednym z moich braci, który właśnie przeżywał chwile rozczarowania sobą. Myślał, że po wielu latach spędzonych w zakonie uda mu się naprawić pewne sprawy, a tymczasem ciągle ponosił porażki. Gdy patrzyłem na niego – a jest naprawdę niesamowitym, bardzo dobrym i pięknym wewnętrznie człowiekiem – próbowałem mu uświadomić, że właśnie z tymi porażkami, upadkami, nieudanymi próbami naprawiania życia jest potrzebny naszemu zakonowi, Kościołowi i światu, Pan Bóg takiego go potrzebuje. I oczywiście wiem, że łatwiej radzić innym niż sobie, ale wierzę, że w siódmej stacji możemy nauczyć się przyjmowania tej prawdy. Czas odłożyć na bok to rozdmuchane wyobrażenie siebie i stanąć w prawdzie, czas nie chcieć szukać „swego” przerysowanego, ale „swego” prawdziwego, takiego, jakie Pan Jezus nam dał.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja ósma
Niewiasty

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie unosi się gniewem… (por. 1 Kor 13,5)

Płaczące niewiasty, które spotkał Jezus na swojej drodze krzyżowej, to prawdopodobnie nie były kobiety poruszone widokiem skazańca, które przypadkiem tamtędy przechodziły, zobaczyły zmaltretowanego, cierpiącego człowieka i wzruszyły się do głębi jego tragiczną sytuacją. Najprawdopodobniej były to tak zwane płaczki, czyli kobiety zawodowo trudniące się okazywaniem rozpaczy i opłakiwaniem czyjejś śmierci. Z pewnością krzyczały wniebogłosy, spektakularnie wylewały łzy, rwały sobie włosy z głów i rozdzierały szaty. Czemu to ważne w kontekście miłości Jezusa, która nie unosi się gniewem? Ponieważ ludzie im podobni, czyli przesadnie rozhisteryzowani, nieadekwatnie reagujący na różne sytuacje, często budzą nasz gniew. Pan Jezus oczywiście bardzo cierpiał i zupełnie zrozumiałe by było, gdyby przesadne rozżalenie kobiet – tym bardziej, jeśli były kimś obcym, wynajętym, by płakać – spowodowało Jego gniew. On jednak zareagował inaczej.

Co ciekawe, w greckim odpowiedniku słowa „gniewać się” zawarty jest obraz pewnego rodzaju niedojrzałości, jak gdyby gniewanie się na kogoś było nieumiejętnością dobrego, dojrzałego widzenia świata. Można więc powiedzieć, że Jezus, który kocha miłością nieunoszącą się gniewem, dostrzega w tych kobietach nieumiejętność prawidłowego rozpoznawania rzeczywistości. One nie rozumieją, że ta męka ma sens, bo za nią stoi zmartwychwstanie i zbawienie całej ludzkości, więc reagują nieadekwatnie. Jezus nie gniewa się, bo sam kocha miłością dojrzałą, dostrzegającą ich ograniczenia. Co więcej, On odwraca sytuację i próbuje wyciągnąć z niej coś dobrego, poucza je, że tak naprawdę to one potrzebują pomocy od Niego. Tym jest właśnie miłość, która nie unosi się gniewem.

Nasz gniew zazwyczaj rodzi się z tego, że ludzie nie są tacy, jakimi chcielibyśmy, żeby byli, na przykład czynią jakieś zło lub nie dorastają do czegoś. Często też gniew jest reakcją na niekomfortową dla nas sytuację. Jeśli chcemy być jak Jezus, pełni miłości nieunoszącej się gniewem, powinniśmy nauczyć się nad nim panować. Oczywiście nie oznacza to, że nie możemy odczuwać gniewu. Człowiek niegniewający się to nie ktoś, kto nie odczuwa tej emocji, ale kto potrafi wznieść się ponad nią, by dostrzec, co ją wywołuje. Tak właśnie zrobił Jezus podczas drogi krzyżowej, gdy zobaczył płaczki. Mimo że mógł skoncentrować się na sobie i swoim cierpieniu, potrafił rozpoznać sytuację ludzi, których spotkał, i opanować swój gniew. Jezus nie dał się ponieść emocjom, ale pozwolił, by miłość je poprowadziła w dobrym kierunku.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja dziewiąta
Trzeci upadek

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie pamięta złego… (por. 1 Kor 13,5)

W końcu wydarzył się trzeci, prawdopodobnie najgorszy, bo najbardziej bolesny upadek Pana Jezusa pod ciężarem krzyża. Z pewnością był on kumulacją bólu i zmęczenia. Jezus upadł już dwa razy i mimo że Szymon pomagał Mu nieść krzyż (Jezus pewnie szedł obok, nie trzymając belki na ramionach lub niosąc ją razem z Szymonem), i tak nie miał siły, by iść bez upadku. Trzeci upadek był prawdopodobnie czymś poniżającym, bo oznaczał przegraną, bardzo dotkliwą i bolesną. Tym bardziej więc niezwykłe jest to, że w tej stacji odsłania się nam kolejna cecha miłości Jezusa, którą jest niepamiętanie złego.

Wyobrażam sobie, że być może ktoś popchnął Jezusa, co bezpośrednio przyczyniło się do kolejnego upadku. Może ktoś inny Go kopał, gdy leżał na ziemi i nie mógł się podnieść, myśląc, że w ten sposób zmobilizuje Jezusa do wstania. Może jeszcze inny na Niego krzyczał i poniżał Go albo któryś z oprawców, widząc słabość Jezusa, dokładał Mu jeszcze cierpienia, co niestety czasem jako ludzie robimy sobie nawzajem. Jezus natomiast był w tym wszystkim kimś, kto kocha miłością, która nie pamięta złego. Mimo że doświadczał realnego zła, nie budziła się w Nim chęć odwetu, rewanżu czy wyrównania rachunków. On nie myślał: „Dopóki Mi nie wynagrodzisz tego, co zrobiłeś, zawsze będę o tym pamiętał”, ale najgorsze grzechy, rany i krzywdy puścił w niepamięć, czyli od razu przebaczył.

Dla mnie taka miłość to najwyższa szkoła jazdy duchowej, to szczyty, na które trudno się wspiąć, bo miłość niepamiętająca złego to miłość, która przebacza wrogom, która dobrze czyni tym, którzy krzywdzą, to mówiąc krótko, miłość nieprzyjaciół. Warto więc przy tej niezwykłej stacji miłości pomyśleć o wszystkich krzywdach, które w sobie nosimy, o sprawach, które tkwią w naszych sercach niczym zadry, a może nawet powbijane kołki, i ciągle bolą. Trzeba je w końcu wyjąć, odłożyć na bok, wręcz wyrzucić, czyli po prostu spróbować przebaczyć. Nie dochodzić już tam sprawiedliwości, ale zdobyć się na miłość, która nie pamięta złego.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja dziesiąta
Obnażony

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. (por. 1 Kor 13,6)

W stacji dziesiątej widzimy Jezusa obnażonego z szat, całkowicie ogołoconego i zawstydzonego. Jak w takim położeniu mieć w sobie miłość, która nie cieszy się z niesprawiedliwości i współweseli się z prawdą? Otóż można powiedzieć, że Jezus nagi to Jezus prawdziwy. Chrystus wystawiony na pośmiewisko to bowiem doskonały obraz tego, kim jesteśmy jako ludzie. Kiedyś w Edenie po grzechu pierworodnym Adam ukrył się przed Bogiem w krzakach. Nie chciał przyjąć prawdy o tym, że zgrzeszył, że dał się zwieść Szatanowi i zdradził Boga. Schował się, by nie przyznać się do winy, udawał, że wszystko jest w porządku, tak jakby cieszył się z niesprawiedliwości, która jest przecież swego rodzaju niezgodnością z prawdą. Jeśli się komuś coś należy, czyli taka jest prawda, a my mówimy, że jest inaczej, działamy przeciw sprawiedliwości. Kiedy Jezus staje na Golgocie i nie wstydzi się tego, że jest nagi, zawstydzony, ośmieszony i obarczony grzechem, robi coś odwrotnego niż Adam w raju, bo pokazuje prawdę o tym, jaki jest człowiek po grzechu pierworodnym.

Jezus kocha jednak tę prawdę o człowieku, choć doskonale wie, że są w nas rzeczy, które trzeba naprawić. Bardzo mnie wzrusza taka postawa Jezusa, bo sam mam w sobie wiele wstydliwych miejsc i nie chciałbym, by ludzie się o nich dowiedzieli, by wyszła na jaw ta część
prawdy o mnie. Skrzętnie ją chowam, by inni nie zobaczyli moich grzechów, słabości, upadków. To, co robi Jezus na Golgocie, jest przeszywające – On staje w nagości będącej konsekwencją naszych grzechów, nagości, która jest prawdą o kondycji człowieka, i tym jak gdyby mówi do Ojca: „Ojcze, nie chowam się w krzaki. Staję przed Tobą w prawdzie. Jako człowiek przyjmuję grzeszność i proszę, zbaw ją. Ojcze, weźmy tę grzeszność i oczyśćmy człowieka”.

Taka jest miłość, która nie boi się prawdy. Nawet jeśli ta prawda nie jest za wesoła, Bóg ją bierze w swoje ręce i zbawia. On cieszy się z tego, że spotyka prawdziwego człowieka, a nie nieprawdziwe wyobrażenie o nim. Nauczmy się jak Jezus kochać prawdę o człowieku, o nas samych i innych.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja jedenasta
Przybity

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość wszystko znosi… (por. 1 Kor 13,7)

Zanim Jezus został przybity do krzyża, doświadczył bardzo wielu okropnych cierpień: został niesłusznie osądzony, potem wyśmiany i wyszydzony, pobity, ubiczowany, założono Mu na głowę wieniec z cierni, a w czasie drogi krzyżowej był wielokrotnie popychany, opluwany, uderzany. Mogłoby się wydawać, że to już za dużo, ile można znęcać się nad człowiekiem? Czy nie wystarczyło ukrzyżowanie? Musiały je poprzedzić te wszystkie okropności? Pewnie kiedy Jezus doszedł na Golgotę, wydawało się, że najgorsze ma już za sobą, a sytuacja była zupełnie odwrotna. Dopiero na szczycie w totalnie obolałe i całkowicie poranione ciało zaczęto wbijać gwoździe i przywiązywać je do krzyża. Aż trudno sobie wyobrazić, jak Jezus zniósł te wszystkie męki. On nie był herosem, umarł najszybciej spośród ukrzyżowanych tego dnia na Kalwarii, bo był wycieńczony wcześniejszym maltretowaniem. Przybicie do krzyża stanowiło kulminacyjny moment Jego cierpienia, ale i to On wytrzymał, zniósł wszystko, co na Niego przyszło.

Gdy patrzymy na Jezusa przybijanego do krzyża i przyglądamy się Jego miłości, która wszystko znosi, warto pamiętać, że w tej postawie nie chodzi o bycie bohaterem, ale o decyzję miłości, która idzie dalej, choć po ludzku dawno powinna się zatrzymać. Miłość, która wszystko znosi, to cierpliwość i wytrwałość w kochaniu, nawet gdy wszystko i wszyscy mówią: „Już dość, wystarczy. Tu jest granica, której nie można przekraczać, bo to już za dużo”. Jezus, widząc taką granicę, mówi z miłością: „Jeśli potrzeba, zniosę jeszcze więcej”. Przyznam, że dla mnie znów są to nieosiągalne szczyty. Sam wielokrotnie mówiłem różnym ludziom: „Słuchaj, tu jest ta granica, gdzie dalej już nie można. Tu kończy się moja miłość”, a Jezus w swojej miłości idzie dalej, przekracza wszelkie granice.

Pewnie nigdy nie dościgniemy Chrystusa w miłości, która wszystko znosi, bo choć łatwo się o tym mówi, strasznie trudno to wykonać. Na co dzień niełatwo przychodzi nam kochać, gdy brakuje sił lub gdy ta miłość bardzo dużo kosztuje. Warto więc przy tej stacji nie zadawać sobie pytania, co mogę zrobić, by wszystko znosić, ale po prostu się pomodlić i poprosić Jezusa o dar takiej miłości. Jeśli On nam tego nie da, nigdy nie będziemy w stanie tak kochać, bo tylko Bóg jest źródłem miłości, która wszystko znosi.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja dwunasta
Śmierć

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość wszystkiemu wierzy… (por. 1 Kor 13,7)

Stacja dwunasta jest finałem drogi krzyżowej. Śmierć Jezusa to ten niezwykły moment w historii świata, gdy Życie umarło. Bóg, który nie znał śmierci, umarł. Jak więc połączyć to wydarzenie z miłością, która wszystkiemu wierzy? Czy nie jest tak, że wraz z Życiem umarła też wiara? Otóż nie! Gdy Jezus, Bóg i człowiek, został postawiony w sytuacji umierania, miał na to tylko jedną receptę: powierzył się w ręce swojego Ojca, mówiąc: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,6). Tak jak przez całe swoje ziemskie życie Jezus był posłuszny Ojcu, w takiej postawie umiera też na krzyżu. Bycie Synem Bożym było Jego najgłębszą tożsamością, więc także w swojej śmierci oddaje się w ręce Ojca.

Co to dokładnie znaczy? Jezus wierzy, że Ojciec wie, co robi. Trudno wyobrazić sobie bardziej ekstremalną sytuację niż ta na krzyżu – Jezus wchodzi w rzeczywistość, której zupełnie nie zna (przecież Bóg nie zna, czym jest śmierć, bo sam jest tylko życiem), przechodzi granicę, za którą nie wiadomo, co na Niego czeka. I właśnie tam Jezus mówi swojemu Ojcu: „Wierzę Ci. Powierzam się Tobie, bo Ci ufam. Wierzę, że tak jak obiecałeś, nie pozwolisz Mi zostać w ciemnościach grobu”.

Miłość, która wszystkiemu wierzy, to miłość, która wie, że z Ojcem może wszystko, że jeśli jest w Jego rękach, to wszystko jest w stanie przetrzymać, nawet śmierć i rzucenie się w nieznane. Miłość wszystko zniesie, jeśli powierza się w całości i bez granic Bogu Ojcu. Dlaczego? Bo po ludzku to niemożliwe. Jeśli więc całkowicie powierzamy się Panu Bogu, jeśli nieustannie próbujemy Mu zaufać, uwierzyć w Jego działanie w naszym życiu, w Jego mądrość i dobroć, to w Nim możemy przetrzymać tę najbardziej ostateczną rzecz, którą jest śmierć. Zwycięstwo Jezusa na krzyżu polegało na tym, że uwierzył i powierzył się w ręce Ojca. Wiara Jezusa przeniosła Go do poranka zmartwychwstania, a była to wiara rodząca się z miłości, która na wszystkie sposoby wierzy.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja trzynasta
Zdjęty z krzyża

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość we wszystkim pokłada nadzieję… (por. 1 Kor 13,7)

Aby zobaczyć nadzieję w stacji trzynastej, trzeba cofnąć się do tego momentu historii zbawienia, gdy Jezus już umarł, ale Jego ciało jeszcze przez chwilę wisiało na krzyżu. Ewangelie podają, że żołnierze, zanim zdjęli ciało Jezusa z krzyża i oddali w ręce Maryi i apostołów, włócznią przebili Mu bok, by sprawdzić, czy rzeczywiście umarł. Wtedy z Jego serca wypłynęły krew i woda. Kościół wierzy, że właśnie z tego wydarzenia narodziły się sakramenty, one jak gdyby powstały z boku Chrystusa. Krew i woda symbolizują chrzest i Eucharystię, czyli dwa sakramenty, które dają życie. Gdy je przyjmujemy, to de facto otrzymujemy dostęp do serca Jezusa, w chrzcie i w Eucharystii wchodzimy prosto do serca Boga, w rwący potok Jego krwi i wody przemieniających wszystko i dających życie.

Co ważne, to źródło wytrysnęło już po śmierci Jezusa. To nie była Jego decyzja ani jakieś zaplanowane działanie. Jezus umarł, a gdy jeszcze Jego martwe ciało wisiało na krzyżu, strażnik rzymski wbił włócznię w Jego bok i w ten sposób otworzył serce, by wypłynęły z niego krew i woda. Jezus zrobił to, tak naprawdę nic nie robiąc.

Co to znaczy w kontekście miłości, która we wszystkim pokłada nadzieję? Najgłębsza nadzieja objawia się wtedy, gdy nic już nie można zrobić, gdy nic nie da się wskórać ani naprawić. Kiedy po ludzku wszystko jest przegrane, gdy wykorzystane zostały wszystkie możliwości i szanse, dopiero tam dzieje się miłość, która we wszystkim pokłada nadzieję. Dopóki istnieją jeszcze jakieś podpórki czy możliwości, nadzieja się na nich opiera. Nadzieja zaś, która wszystko straciła, jest nadzieją ekstremalną. Taką nadzieję miał w sobie Jezus. Ona sprawiła, że nawet kiedy już nic nie było możliwe, to wydarzyło się coś niewiarygodnego – życie wypłynęło ze śmierci, z martwego ciała narodziło się nowe życie. Według mnie to niezwykły obraz tego, co znaczy wierzyć, mieć nadzieję i kochać do końca. Jest to zaś dla nas dostępne, gdy wejdziemy do serca Boga, tam znajduje się taką miłość, która we wszystkim pokłada nadzieję.

Któryś za nas cierpiał rany…
I TY KTÓRAŚ WSPÓŁCIERPIAŁA…

Stacja czternasta
Grób

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość wszystko prze trzyma… (por. 1 Kor 13,7)

Złożono Go do grobu, który następnie zamknięto, opieczętowano i postawiono przy nim straże. Spoczywanie Jezusa w grobie to tak naprawdę czekanie, które rodzi się z miłości będącej w stanie wszystko przetrzymać. Przetrwał mękę i śmierć, a gdy zdarzyła się rzecz ostateczna, czyli zamknięto Go w grobie, On wie, że miłość przetrzyma i to doświadczenie.

Stacja czternasta to obraz dla wszystkich, którzy znajdują się w ekstremalnie trudnym położeniu. Pewnie, że czasem wydaje nam się, że jesteśmy w koszmarnej sytuacji, a gdy ją przeżyjemy, myślimy: „To jednak nie było aż tak tragiczne”. Prawda jest jednak taka, że gdy jesteśmy w epicentrum trudnych wydarzeń, mamy prawo odczuwać, że jest to ekstremum tego, co jesteśmy w stanie znieść. Dobra nowina, która płynie ze stacji złożenia Jezusa do grobu, brzmi: „Miłość i to jest w stanie przetrwać, bo miłość wszystko wytrzyma, nawet najbardziej tragiczne sytuacje”.

W Księdze Psalmów znajdujemy tekst, który według mnie doskonale obrazuje sytuację z czternastej stacji drogi krzyżowej. Psalm 88, bo o nim mowa, to modlitwa, w której nie ma ani skrawka nadziei, w której psalmista woła do Boga, przebywając w całkowitych ciemnościach duszy i serca. Te słowa można włożyć w usta Jezusa spoczywającego w grobie, gdyż tam wprost padają pytania: Czy dla cieniów czynisz cuda? Czy zmarli wstaną i będą Cię sławić? Czy to w grobie się opowiada o Twojej łasce, a w Szeolu o Twojej wierności? Czy Twoje cuda ukazują się w ciemnościach, a sprawiedliwość Twoja w ziemi zapomnienia? (Ps 88,11–13). Psalmista nie znajduje na nie odpowiedzi, bo nie znał zmartwychwstania. Jezus jest jednak odpowiedzią na każde z nich. Czy można wychwalać Boga w grobie? Tak, Jezus objawił tam Bożą chwałę. Czy można przetrzymać śmierć? Tak, On tego dokonał! Czy można wyjść z ciemności i z Szeolu? Tak, można! Jezus swoją miłością wszystko to przetrzymał.

Jeżeli więc ktoś z nas znajduje się w „grobowej” sytuacji, doświadcza ekstremalnie trudnych rzeczy, to warto, by prosił Boga o miłość, która się nie poddaje i która wszystko przetrzyma. Gdybyśmy żyli w czasach psalmisty, te kilka tysięcy lat temu, nie byłoby żadnej nadziei. Ale żyjemy po Chrystusie i wiemy, że grób nie jest końcem, po nim zajaśnieje zmartwychwstanie.

Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja piętnasta
Powstał

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Miłość nigdy nie ustaje. (1 Kor 13,8)

Choć w tradycyjnych stacjach drogi krzyżowej nie pojawia się ta ostatnia, to ja nie wyobrażam sobie nie mówić o niej na koniec drogi miłości. W wielu kościołach w Wielkim Poście pomija się zmartwychwstanie, by niby nie wyprzedzać faktów. Okazuje się jednak, że fakty same dawno już się wyprzedziły, ponieważ Jezus prawdziwie zmartwychwstał i w ten sposób nadał sens wszystkiemu, co się wcześniej dokonało.

Ostatnia cecha miłości, którą podaje św. Paweł, według mnie doskonale pokazuje, czym jest zmartwychwstanie. Przyznam, że dziwię się Szatanowi i wszystkim przeciwnikom Boga, którzy w śmierci Jezusa widzieli prawdziwy koniec tej historii, którzy nie spodziewali się kolejnego kroku Pana Boga. Oczywiście to wzięło się stąd, że oni nie poznali Boga jako miłości. Gdyby Go znali, wiedzieliby, że miłość Boga jest nie do zatrzymania, że ona nigdy nie ustaje, że nie da się jej zamknąć, zastopować czy ograniczyć.

Co to oznacza w konkrecie? Przetrwa w nas tylko to, co wypełnimy miłością. Jeżeli naszych relacji, pasji, marzeń, naszej pracy i wszelkich spraw codzienności nie napełnimy miłością, to one kiedyś się skończą, zginą, rozsypią. Jedyne, co ma w sobie niekończące się i nieustępliwe życie, to miłość. Oczywiście nie chodzi o miłość, która przez wielu postrzegana jest dziś tylko jako uczucie. Uczucie ze swej natury ma to do siebie, że się kończy, a prawdziwa miłość, która jest służbą drugiemu, oddawaniem życia za przyjaciół, ma moc wszystko przetrwać, nawet śmierć. Miłość, która nigdy nie ustaje, ma źródło w Bogu, On może sprawić, że nic jej nie powstrzyma. Prośmy Go zatem o ten najważniejszy ze wszystkich darów i charyzmatów, by Jego miłość mogła wypełnić w nas wszystko i rozlać się na ludzi, z którymi żyjemy. Ten, kto kocha, jest niezniszczalny, pozwólmy, by Bóg nas takimi uczynił.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.
(1 Kor 13,13)


Adam Szustak OP
Drogi Miłości ukrzyżowanej

Dominikanin proponuje 4 rozważania: Uważną, Trzcinową, Współczującą, Miłosną. Każda z dróg oferuje inną perspektywę. Uważna, najbardziej osobista, jest zaproszeniem nie tylko do rozważania męki Chrystusa, ale także do przyjrzenia się sobie samemu, swoim słabościom. Trzcinowa, najsubtelniejsza i najoszczędniejsza w wyrazie, bazuje na Psalmie o trzcinie Romana Brandstaettera, pozwala skupić się na męce Pańskiej. Współczująca, nazywana przez autora nieegocentryczną, ma być rachunkiem sumienia z miłości wobec innych ludzi. Ostatnia, Miłosna, to Hymn o miłości św. Pawła, w którym apostoł opisał 15 cech miłości, a tyle etapów pokonała Miłość ukrzyżowana – od modlitwy w Ogrójcu do zmartwychwstania.

KUP KSIĄŻKĘ w Księgarni Dobroci.pl>>>

KUP KSIĄŻKĘ w Księgarni Wydawnictwa „W Drodze”>>>

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite