Miłosierdzie – drugie imię miłości

O posłudze arcybiskupa Konrada Krajewskiego, papieskiego Jałmużnika oraz historii tego urzędu.

Anna
Artymiak
zobacz artykuly tego autora >

Kościoła ubogiego i dla ubogich – to hasło Papieża Franciszka stało się dla wielu ludzi przejawem nowości w Kościele, w rzeczywistości jest przypomniem i podkreśleniem cichej, oddanej posługi jaką Kościół pełni od samego początku na rzecz potrzebujących i odrzuconych.

Dziś posługa ta wyraża się na różny sposób. Mało znanym, za to konkretnym i bezpośrednim udziałem papieża w dziełach miłosierdzia jest Urząd Dobroczynności Apostolskiej, który troszczy się o biednych z Diecezji Rzymskiej. Na czele tej jednej z nastarszych instytucji Stolicy Świętej stoi Jałmużnik Jego Świątobliwości.

Funkcję Jałmużnika po raz pierwszy w historii objął Polak – arcybiskup Konrad Krajewski.

Choć początki samej instytucji w sensie strukturalnym nie są odległe, to sama posługa jest tak samo stara jak chrześcijaństwo. Jej pierwowzór możemy odnaleźć w osobie św. Wawrzyńca, któremu św. Papież Sykstus II powierzył administrację dóbr kościelnych oraz opiekę nad ubogimi Rzymu. Wawrzyniec za tę posługę w 258 roku poniósł śmierć męczeńską. Odmówił on przekazania cesarzowi Walerianowi pieniędzy, którymi zarządzał na rzecz imperatora, gdyż rozdał je ubogim i wskazał jako skarb Kościoła.

Obecna forma i struktura Urzędu Dobroczynności Apostolskiej została określona w art. 193 konstytucji apostolskiej Pastor bonus promulgowanej przez Jana Pawła II w 1998 roku, gdzie stwierdza się, że Eleemosynaria Apostolica „pełni w imieniu Ojca Świętego służbę wobec ubogich i podlega mu bezpośrednio”.

W zeszłym roku poprzez ten Urząd, Benedykt XVI pomógł konkretnie około sześciu tysiącom mieszkańcom Rzymu i okolic. Udział w dobroczynności papieskiej mają wszyscy wierni zamawiający Błogosławieństwa Papieskie, czyli pergaminy wydawane z okazji przyjęcia sakramentów: chrztu, I Komunii, małżeństwa czy kapłaństwa. Dzięki temu Urząd Dobroczynności jest niezależną i samofinansującą się instytucją.

Nominacja z 3 sierpnia 2013 na Jałmużnika ks. abp Konrada Krajewskiego wyraźnie pokazała, iż Papież Franciszek planuje wzmocnić posługę Kościoła na rzecz ubogich. Podkreśla to arcybiskup Krajewski:

Ojciec Święty powiedział, że najlepsze konto jałmużnika jest to, które jest puste. Nie składamy i nie inwestujemy tych pieniędzy, lecz je rozdajemy. Moim zadaniem jest iść i szukać ludzi, którzy potrzebują pomocy, a nie czekać, aż sami zapukają do Watykanu. To nie jest łatwe zadanie, ale Ojciec Święty wyraźnie mi powiedział, że nie chce mnie widzieć za biurkiem.

O szczególnej uwadze i trosce jaką Papieże obdarzają ten Urząd świadczy również fakt, iż Jałmużnik jest członkiem tzw. Rodziny Papieskiej, czyli najbliższych posługujących Ojcu Świętemu osób, z przywilejem uczestniczenia obok osobistych sekretarzy i prefekta Domu Papieskiego we wszystkich papieskich uroczystościach liturgicznych. Jako przewodniczący instytucji watykańskiej nie zostaje zawieszony wraz z rozpoczęciem sede vacante do czasu wyboru kolejnego papieża.

Franciszek pragnie widzieć swojego Jałmużnika przede wszystkim, jako człowieka przemierzającego ulice Rzymu, by szukać potrzebujących, a wagę i znaczenie tej posługę podkreślił uczestnicząc osobiście, jako zwykły wierny, we mszy święceń biskupich ks. Konrada. Gdy będzie potrzeba, posługa ta zacznie obejmować nie tylko diecezję rzymską. I tak już się stało w przypadku tragedii, jaka miała miejsce na Lampedusie. Papież Franciszek wysłał tam arcybiskupa Krajewskiego.

Miłosierdzie – drugie imię miłości

Co o swojej misji mówi sam arcybiskup Konrad Krajewski?  

– rozmowę prowadzi Anna Artymiak  

– Niespodziewana nominacja nowego jałmużnika nieoficjalnie była tłumaczona jako chęć rozwinięcia tego urzędu. Na czym ma ona polegać?

Ojciec Święty chce czegoś zupełnie innego. Mówi o fantazji Matki Teresy. Powiedział mi bardzo wyraźnie: „Biurko nie jest twoim miejscem, masz iść do ludzi!”.

Papież chce, żebym wychodził na ulice, tak, jak to zrobiłem kilka dni po święceniach biskupich. "To są moje ręce, ale one dzisiaj są za krótkie, potrzebuję rąk Konrada, które przedłużą moje, bym mógł dotknąć wszystkich biednych w Rzymie i nie tylko w Rzymie" – mówił do mnie Papież podczas rozmowy na temat urzędu Jałmużnika. Mam być dłońmi i sercem Ojca Świętego. On chętnie by poszedł sam na ulice. Wiemy, że w Buenos Aires wielokrotnie w tygodniu wychodził na ulice i jadał z ubogimi. Ja również będę tak postępował, będę z jadał z ubogimi; swoją pracę rozpocząłem właśnie w ten sposób, poszedłem do domu starców prowadzonego przez Piccole Sorelle dei Poveri, przy Piazza San Pietro in Vincoli, zaraz przy głównym kościele. Jest to dom dla 60 osób. Pracuje tam 16 sióstr, które nie mają pieniędzy na utrzymanie. Posługują ludziom, którzy nie mają emerytury. Siostry codziennie wychodzą i proszą o rzeczy, które mają 2-3 dni ważności lub o zakup warzyw. Ludzie bardzo chętnie kupują. Przyszedłem do nich na Nieszpory, potem odwiedziłem wszystkich, którzy są w łóżkach i nie mogą chodzić, a z pozostałymi zjadłem kolację.

To są ludzie bardzo opuszczeni, większość z nich jest z Rzymu, a rodziny ich nie odwiedzają. Są samotni, ale za to bardzo blisko Boga. Oni modlą się za nas wszystkich. Bo starość Panu Bogu się udała. Oni już na nic nie liczą, ani na wielką miłość rodziny, ani na podniesienie emerytury. Zostaje im tylko Pan Bóg. Oni wiedzą, że mogą już tylko na Niego liczyć. To jest taka piękna złota jesień tych ludzi, mimo, że cierpią.

Ojciec Święty chce, żeby szedł do nich, by im powiedzieć, że o nich myśli, że są w jego sercu, żeby ich ucałować od niego, żeby dotknąć ich serca. I ja to czynię. Zaniosłem wszystkim obrazek Ojca Świętego z dnia jego wyboru. Pozostawiłem także taki piękny różaniec perłowy w jego imieniu.

Chciałbym, żeby przekazywano go sobie z pokoju do pokoju, modląc się w jego intencji. On jest pierwszym, który najbardziej potrzebuje naszej modlitwy. Jest pierwszym ubogim Diecezji Rzymskiej, żyje ubogo i dlatego ma tak piękne serce, dlatego tak ludzie do niego lgną. Moja rola będzie polegała na tym, żeby odwiedzić wszystkie domy starców Rzymu i okolic.

Ten wymiar nowej posługi wyraża także herb i zawołanie Księdza Arcybiskupa.  

Ponieważ Ojciec Święty mnie przeznaczył do pracy z ubogimi, którzy są ludźmi starszymi, ludźmi ulicy, ludźmi opuszczonymi, czyli do celebrowania miłosierdzia Bożego w intencji Pana Boga, a także Ojca Świętego, więc nie widziałem innej możliwości, jak wybranie herbu, który będzie związany z miłosierdziem. Miłosierdzie Boże jest drugim imieniem miłości. Jest słynne zdanie Jezusa w Ewangelii: „Chcę bardziej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 12,7). Czyli bardziej pragnę miłości niż ofiary. W Starym Testamencie składano ofiary zastępcze. Natomiast Jezus żąda byśmy stali się ofiarą dla innych. Nie ma już ofiary zastępczej, to my mamy stać się tym miłosierdziem. To ja mam się dzielić sobą z innymi. Stąd herb jest bardzo prosty, jest krzyż w centrum, nawiązujący trochę do herbu Jana Pawła II. Z krzyża zaś wychodzą promienie miłosierdzia Bożego, jak na obrazie Jezusa Miłosiernego siostry Faustyny. Nawiązuję całkowicie do miłosierdzia, bo to jest moje zadanie: iść do ubogich i dzielić się sobą.

Jak rozpoczęła się pomoc bezdomnym sąsiadom w Rzymie?

To, co zostaje w mensie Gwardii Szwajcarskiej wraz z siostrami albertynkami, które im gotują, i siostrami prezentkami pracującymi w magazynie papieskim, zabieramy, pakujemy i roznosimy nie tylko Polakom, ale wszystkim, którzy mieszkają na ulicach wokół Watykanu. To robił codziennie Jan Pawel II. Wszystko, co zostawało z jego stołu siostry sercanki zwoziły na dół windą i dawały pracownikom Watykanu. Stworzył on tym gestem sieć swojego stołu rozszerzając go o żandarmów i windziarzy. Oni szli do domów a to, co zostało ze stołu Papieża, dzielili ze swoimi rodzinami. Bardzo często też to, co zostawało, my braliśmy i roznosiliśmy ubogim nie mówiąc, skąd pochodzi. Tak też było za czasów Papieża Benedykta.

Wielu z tych ludzi przyszło na święcenia. Mnie osobiście przy Biurze Prasowym zatrzymała jedna z pań, wyrażając swoją radość z nominacji i wdzięczność, że Ksiądz nigdy ich się nie wstydził.

To była rzecz niesamowita. Większość z nich jest uzależniona od alkoholu, a dwa dni przed moimi święceniami postanowili, że nie będą pić i przyjdą trzeźwi. I tak też się stało. Przyszli trzeźwi w wypranych ubraniach. Niektórzy przynieśli kwiaty, nie wiem skąd wzięli na to pieniądze. Przyszli do Bazyliki i byliśmy razem. Spełniło się to, o co prosi Ojciec Święty, by byłem razem z tymi, do których mnie posyła. W czasie moich święceń w Bazylice Watykańskiej nastąpiło także pierwsze piękne spotkanie Papieża Franciszka z ubogimi Rzymu. Chciałbym, żeby na zakończenie mojego pielgrzymowania po domach starców ci wszyscy ludzie właśnie przyszli do Bazyliki na msze św. z Ojcem Świętym i by udzielił też cierpiącym sakramentu chorych. Na pewno na to się zgodzi.

Nominacja Księdza na jałmużnika została przyjęta bardzo ciepło również wśród osób z Watykanu i wśród osób pracujących na ulicy Borgo Pio.  

Rzeczywiście bardzo dużo ludzi okazało mi wielką życzliwość. Odczułem to także, kiedy poszedłem do najbliższego sklepu z rzeczami kapłańskimi i paramentami liturgicznymi, żeby zamówić sutannę i piuskę biskupią. Okazało się, że wszystko jest już zapłacone. Sklepikarze z Borgo Pio widząc do kogo chodzę, opłacili wszystko, uczestnicząc tym samym w mojej posłudze jałmużnika. A znamy się od lat. Na Borgo Pio panuje rodzinny klimat, zawsze rozmawiamy. Do dzisiaj nazywają mnie Padre Conrado. Święcenia zmieniły istotowo moją posługę, wszystko inne pozostało tak jak było.

W czasie podziękowań na koniec święceń była mowa o Księdzu Dziadku, który był chyba takim pierwszym wzorem dla Księdza Biskupa.  

Tak. To jest ksiądz, który był wikariuszem w parafii, z której pochodzę, potem był proboszczem w wielu parafiach. Moje drogi do Rzymu zawsze prowadziły przez jego dom. Był wśród dwóch kapłanów, którzy towarzyszą biskupowi przy święceniach. To jest ksiądz, który miał zawsze dom otwarty. A jeśli miał klucz to tylko po to, żeby wiatr nie wszedł do środka. Natomiast ten klucz nigdy nie służył do zamykania drzwi przed ludźmi. My jako młodzi chłopcy z oazowych grup formacyjnych ,chodziliśmy do niego, modliliśmy się i jadaliśmy razem. Jego dom był zawsze otwarty. Przygotowaliśmy zawsze razem Boże Narodzenie i Wielkanoc, jeździliśmy na Jasną Górę, na pielgrzymki i oazy. Opłacał nam te wyjazdy, pierwsze sutanny, książki… Bardzo pomagał naszym rodzinom. Do tej pory nie ma nic. W jego domu jest jakiś prosty, skromny mebel i klęcznik. Wszystko rozdał innym i nadal rozdaje. Ja zawdzięczam mu swoje kapłaństwo. Ktoś mógłby się spodziewać, że na święceniach podejdę i ucałuję ręce Ojcu Świętemu. Odważyłem się podejść do tego kapłana i ucałować jego dłonie. Natomiast wdzięczność Ojcu Świętemu wyraziłem wielokrotnie przy innych okazjach.

Konrad Krajewski – łodzianin, rocznik 1963. Na Watykanie pracuje od 1998 roku, kiedy to za zaproszenie ówczesnego mistrza ceremonii papieskich ks. prał. Piero Mariniego, przyjechał pomóc w organizacji obchodów Roku Jubileuszowego 2000. Rok później został mianowany ceremoniarzem papieskim. Na ogromne wyczucie liturgii przez Krajewskiego, ks. Marini zwrócił uwagę znacznie wcześniej, kiedy to w 1987 roku przy okazji wizyty Jana Pawła II w Łodzi 1500 dzieci przyjęło I Komunię. Odpowiedzialny był już wtedy jeszcze jako diakon za organizację liturgii. Po sprawnym zebraniu wszystkich dzieci do wspólnego zdjęcia, o które poprosił sam Papież, ks. Marini zasugerował abp. Ziółkowi, by skierował ks. Konrada na studia z liturgiki do Rzymu. Nastąpiło to dwa lata później. Służył jako ceremoniarz w czasie uroczystości w Watykanie i pielgrzymek po Włoszech i świecie trzem Papieżom: Janowi Pawłowi II, Benedyktowi XVI i Franciszkowi. Wierni zapamiętali go szczególnie w czasie złożenia księgi Ewangeliarza w dniu pogrzebu na trumnie zmarłego Papieża Polaka, jak również jego wzruszenie, gdy Benedykt XVI ucałował relikwie swojego poprzednika w dniu beatyfikacji. Dla Polaków mieszkających w Rzymie posługuje codziennie z mszą św. i w konfesjonale.

Anna Artymiak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna
Artymiak
zobacz artykuly tego autora >

Tak jak trzeba

Wyznawanie wiary to nie tylko deklaracja: jestem wierzący, jestem katolikiem. Wyznawanie wiary to zgodne z tą deklaracją życie. I zgodna z nią śmierć.

ks. Krzysztof Wieczorek
ks. Krzysztof
Wieczorek
zobacz artykuly tego autora >

Zanim Danuta Siedzikówna ps. „Inka” została rozstrzelana przez ubeków w gdańskim więzieniu, zdążyła napisać w grypsie: Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba. W czasie ponad miesięcznych tortur nikogo nie wydała, nie wyrzekła się wolnej Polski, dochowała wiary. Pięć dni zabrakło jej do „osiemnastki” – nikt nie powie, że chciała umierać…

Podobnie chcieli też żyć i ci chrześcijanie z Bliskiego Wschodu, którzy w ostatnich dniach, miesiącach, latach zginęli (i nadal giną) w zamachach bombowych wychodząc z niedzielnej Eucharystii. Oni idą na Mszę św., mimo iż grozi to śmiercią, bo wiedzą, że tak trzeba. To wynika z wiary.

Podczas obrzędu chrztu zgromadzeni są trzykrotnie pytani o swoją wiarę. Za każdym razem powtarzają: Wierzę. A potem przewodniczący stwierdza uroczyście: Taka jest nasza wiara. Taka jest wiara Kościoła, której wyznawanie jest naszą chlubą, w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.

Wyznawanie wiary to nie tylko deklaracja: Jestem wierzący. Jestem katolikiem. Wyznawanie wiary to zgodne z tą deklaracją życie. I zgodna z nią śmierć.

Zmusza mnie do refleksji fakt, iż Święto Niepodległości naszej Ojczyzny przypada we wspomnienie św. Marcina z Tours. Kojarząc te dwie okoliczności nie zwracam uwagi na scenę, gdy Marcin jako rzymski legionista tnie mieczem swój płaszcz, by się podzielić z żebrakiem. I nie chodzi mi o to, że Marcin jako biskup wiele uczynił dla pogodzenia zwaśnionych stanów w swojej diecezji i w okolicy. Marcin – jako pierwszy w Kościele – został ogłoszony świętym mimo, iż nie był męczennikiem, jak wszyscy święci przed nim. Oni oddali swoje dobre życie Chrystusowi w męczeńskiej śmierci, dając o Nim świadectwo. On stał się wyznawcą – oddał swe życie przez dobre życie. Bo wiedział, że tak trzeba.

Nie ma dziś mody na martyrologię (łacińskie słowo martyr oznacza zarówno męczennika, jak i świadka). Nie żyjemy w czasach wojny, ani na Bliskim Wschodzie – nikt nie żąda od nas świadectwa. Skoro nikt nas specjalnie nie prześladuje, to może w nas zrodzić się pokusa, by zapomnieć o tym, co trzeba. Może w naszych głowach zagościć pytanie: Być może już nie trzeba tego, co trzeba?

Tak jak trzeba

Gdy zacząłem naukę w liceum, „wybuchła Solidarność”. Ale potem przyszedł stan wojenny i zdejmowanie krzyży ze ścian. A mój kolega Waldek postanowił na przekór temu, co się działo, krzyż powiesić. Poszedł więc do księdza, aby krzyż najpierw poświęcić. Pamiętam do dziś rozgoryczenie Waldka, gdy okazało się, że ksiądz się boi, że zniechęca, że radzi, by się nie narażać…

Dostaliśmy wtedy antyświadectwo. Dostaliśmy przykład, jak robić nie tak, jak trzeba. Wytłumaczyliśmy sobie, że to stary człowiek, który się po prostu boi. Na szczęście był zaraz był rok 1983 i Jan Paweł II ze swoim wezwaniem: Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali. Wtedy okazało się, że najskuteczniejszym sposobem, by zaprotestować przeciwko temu, co się działo, była praca nad sobą – odkrywanie tego, co trzeba robić, by być prawdziwym człowiekiem.

Uczyliśmy się, że wolność można odzyskać tylko robiąc to, co trzeba robić. Uczyliśmy się tego od innych, tych starszych, którzy umieli normalnie żyć w tych nienormalnych czasach i zachowywali się tak, jak trzeba. Uczyliśmy się uczciwości, bezinteresowności, zaangażowania, otwartości. Nauczyliśmy się, że nie zawsze trzeba być męczennikiem (umierać) za Sprawę, że bycie wyznawcą (życie dla Sprawy) jest równie wartościowe.

Tak jak trzeba

Obecnie też czasy są nienormalne. Inne są tego przyczyny, lecz równie trudno jest zachować się należycie. Dlatego dziś równie mocno potrzebujemy wyznawców, ludzi, którzy żyją według wiary. Konieczny wydaje się przykład rodziców, dziadków i innych starszych, którzy nieustannie się rozwijają, doskonalą, poprzez pracę nad sobą stają się coraz lepszymi ludźmi.

Taki prawdziwy wyznawca Chrystusa, jeśli zajdzie taka potrzeba, bez żadnego specjalnego przygotowania, stanie się świadkiem Chrystusa przez swoje męczeństwo. Człowiek, który żyje tak, jak trzeba, w chwili zagrożenia zachowa się tak, jak trzeba.

ks. Krzysztof Wieczorek

ks. Krzysztof Wieczorek

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Krzysztof Wieczorek
ks. Krzysztof
Wieczorek
zobacz artykuly tego autora >