video-jav.net

Dlaczego Bóg jest ojcem a nie matką?

Gdy patrzymy na sufit Kaplicy Sykstyńskiej, widzimy Stwórcę, jako siwobrodego starca o imponującej muskulaturze. W kręgu kultury europejskiej utrwalił się taki właśnie wizerunek Boga i taką postać przybiera On najczęściej w naszej wyobraźni, choć Amerykanie pewnie częściej wyobrażają sobie teraz Boga na podobieństwo Morgana Freemana.

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Oczywiście wiemy, że Bóg jest bezcielesnym Duchem, Absolutem oraz Bytem, którego istotą jest istnienie. Jednak terminologia filozoficzna jest bezsilna w przypadku Boga żywego, który objawia się i wchodzi z człowiekiem w relacje. Nie potrafimy myśleć o Bogu bez posługiwania się antropomorfizmami. Na ogół sięgamy przy tym po metaforykę pochodzącą ze świata męskiego, czego ukoronowaniem jest mówienie o Bogu jako Ojcu. I ma to swoje głębokie zakorzenienie w Biblii.

Wszystkie teistyczne religie wyrażają Boga w kategoriach męskich, w przeciwieństwie do religii pogańskich, naturalistycznych i panteistycznych. Mówimy o Nim jako o Królu, Stwórcy, Panu Zastępów, Dobrym Pasterzu, Tym, który Jest.

Dość powszechny jest pogląd, że to po prostu konsekwencja uwarunkowań naszego języka i patriarchalnej kultury, w jakiej powstawały księgi biblijne. Forma rodzaju męskiego najlepiej opisywała wtedy istotę Boga, którego wyobrażano sobie jako władcę, wojownika oraz ojca (na wzór głowy plemiennego klanu). Objawienie dokonało się w kulturze patriarchalnej, co zdeterminowało nasze myślenie o Bogu jako o Ojcu i mężczyźnie.

Sam Bóg nie jest oczywiście ani rodzaju męskiego ani żeńskiego, ale w świecie, w których Biblia została napisana, użycie rodzaju męskiego, było czymś nieuniknionym.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednakże ta męska metaforyka, zdaniem Petera Kreefta (jednego z najbardziej błyskotliwych współczesnych apologetów), wynika również z tego, kim jest Bóg i w jaki sposób działa. Chodzi o pewien czytelny symbol, o przekazanie pewnej prawdy o Bogu-Stwórcy, tworzącym wszechświat z nicości, a nie formującym go z poprzednio istniejącej materii.

Kreeft pisze, że tak, jak mężczyzna jest różny od kobiety i wchodzi w nią z zewnątrz, aby ją zapłodnić, tak Bóg jest różny od natury. Stwarza ją i wchodzi w nią „z zewnątrz”, zapładniając cudami. Według tego myśliciela religijnego to właśnie transcendencja Boga czyni męską metaforykę konieczną w myśleniu o Bogu. Taki Bóg może być tylko Ojcem, a nie Matką Ziemią i łonem stworzeń jak boginie w naturalistycznych religiach panteistycznych (por. Peter Kreeft, Aniołowie i Demony. Co tak naprawdę o Nich wiemy?, Kraków 2010 s. 68).

Boski Logos (nazywany też Drugą Osobą Trójcy Świętej) poprzez wcielenie stał się człowiekiem i tym samym objawił się w określonej płci biologicznej. Jezus był (i jest!) mężczyzną. Boga nazywał zaś swoim Tatą (Abba), co jeszcze bardziej wzmocniło nasze „męskie” myślenie o Bogu, zwłaszcza, że Jezus ukazał nam także nowe rozumienie ojcostwa Boga – już nie tylko jako Stwórcy, ale jako wiecznego Ojca w relacji do wiecznego Syna.

Szczęśliwy, kto się do Matki uciecze

Od dzieciństwa słyszymy, że Bóg jest ojcem. Dlatego dziecko kształtuje swój obraz Boga często na przykładzie własnego ojca, a więc człowieka, który nigdy nie jest idealny (bywa zdenerwowany, niekiedy gniewny i karzący). Oczywiście surowy Bóg to nie tylko odblask niedojrzałego ojcostwa. Podstawę do takiego widzenia Boga znajdziemy w wielu tekstach biblijnych, zwłaszcza Starego Testamentu! Wszechmogący Bóg wywoływał w ludziach często uczucie lęku i drżenia. Wszak jest „Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”.

Tymczasem w Kościele równolegle wzrastał kult Maryi, do której można było zwracać się bez takiego lęku i która mogła komunikować się z Bogiem w imieniu błagających. To spowodowało powstanie pewnej pobożnościowej deformacji, która kazała w Matce Boskiej szukać… schronienia przed siekącym gniewem Bożym. Ideę taką znajdziemy w popularnej i ukochanej przez lud (choć niepoprawnej teologicznie) pieśni „Serdeczna Matko”, w której pojawiają się słowa:

Do kogóż mamy wzdychać nędzne dziatki?

Tylko do Ciebie, ukochanej Matki (…)

Zasłużyliśmy, to prawda, przez złości

By nas Bóg karał rózgą surowości

Lecz kiedy Ojciec rozgniewany siecze

Szczęśliwy, kto się do Matki uciecze”.

Wybitny polski mariolog ojciec prof. Stanisław Celestyn Napiórkowski, franciszkanin, wielokrotnie poruszał ten temat, zwracając uwagę na niestosowność przedkładania miłosierdzia Maryi (a więc człowieka, jakby na to nie patrzeć) nad Miłosierdzie samego Boga.  Bo przecież przez macierzyństwo Maryi promieniuje właśnie ojcostwo Boże, przez miłość Maryi – bezmiar miłości Boga bogatego w miłosierdzie i niewyrażalna miłość naszego Odkupiciela. Przez Nią Bóg, nasz Ojciec, objawia nam macierzyńską twarz swej wielokształtnej miłości. I nikt nie jest w stanie nas kochać bardziej niż Bóg.

Dlaczego Bóg jest ojcem a nie matką?

Macierzyństwo Boga

Współcześnie wielu biblistów i teologów podkreśla, że istnieje także kobiecy i macierzyński wymiar miłości Boga, który znajdziemy już w Starym Testamencie. Obrazów tych nie jest wiele, ale są one bardzo znamienne.

W Księdze Liczb kobiece doświadczenie karmiącej matki staje się symbolem przywiązania Boga do swego narodu (por. Lb 11, 12 nn). Mojżesz użala się tam, że w zastępstwie Boga musi nakarmić i przytulić do piersi dziecię – Izrael, a przecież to Bóg ma wobec Izraela takie obowiązki, jaki spoczywają na matce względem niemowlęcia. Także według Ozeasza Bóg karmi swój naród na podobieństwo matki:

Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go”  (Oz 11, 4).

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona. A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15).

Co prawda, tylko jeden raz słowo „matka” (hebr. em) towarzyszy działaniu Boga, ale pokazuje bardzo dobitnie Bożą miłość: „Jak kogo pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę” (Iz 66,13). Gdy dziecko potłucze się, matka nie sprawi, że w cudowny sposób przestanie boleć. A jednak pamiętamy z dzieciństwa, ile znaczy, gdy mama przytuli do siebie, lub gdy dmucha na ranę. Maluch zyskuje wówczas pewność, że istnieje takie dobro, którego nie straci pomimo wszelkich nieszczęść.

W Księdze Izajasza Bóg pragnie nosić swój naród tak, jak matka nosi ze sobą małe dziecko (por. Iz 46, 3-4).

Dla autora Psalmu 131 spokój niemowlęcia nasyconego mlekiem Matki służy natomiast jako obraz wewnętrznego spokoju człowieka ufającego Bogu (Ps 131,2-3).

Co ciekawe obecność Boga w świecie, pośród ludzi – wyrażona jest w Biblii żeńskim słowem Szekina; podobnie Duch Boży – Ruah Jahwe jest w języku hebrajskim rodzaju żeńskiego.

Jedno z najważniejszych starotestamentalnych słów na oznaczenie miłosierdzia Boga – rahamim wywodzi się od rehem, słowa oznaczającego „łono matczyne”. A zatem rahamim de facto wskazuje na miłość matczyną. W Bogu jest bowiem Pełnia i z tej Pełni wywodzi się zarówno ludzkie ojcostwo jak i macierzyństwo. O ile dawniej dominowało mówienie  o Bogu w kategoriach męskich, w najnowszym nauczaniu Magisterium Kościoła do Boga często odnoszona jest metaforyka kobieco-macierzyńska! Mówi się tu przede wszystkim o macierzyńskim obliczu Boga Ojca, które oznacza: ciepło, tkliwość, łagodność, dobroć, cierpliwość, wrażliwość, wyrozumiałość, niesienie pomocy, otaczanie troskliwym bezpieczeństwem, gotowość do przebaczania bez warunków wstępnych, podatność na zranienie bólem dziecka.

Papież Jan Paweł I w czasie przemówienia na Anioł Pański 10 września 1978 roku nie wahał się powiedzieć: „Bóg jest naszym Ojcem; więcej – jest dla nas także Matką” (zob. „Frauenbefreiung und Kirche”, red. W. Beinert, Regensburg 1987, s. 143). Jego następca – Jan Paweł II – bardzo dużo miejsca poświęcił kwestii dowartościowania języka o Bogu, o metaforykę kobieco-macierzyńską. Aby to zauważyć, wystarczy przeczytać „List apostolski o godności i powołaniu kobiety” oraz „Encyklikę o Bożym miłosierdziu” (nr 4).

Dlaczego Bóg jest ojcem a nie matką?

Bóg a seksizm

Niestety niektórzy w tym dowartościowaniu zdecydowanie przesadzają!

Niemiecka pani teolog Claudia Janssen, pomysłodawczyni i redaktorka protestanckiego tłumaczenia znanego pod tytułem „The Bible in Fair Language” („Biblia w sprawiedliwym języku”) wprowadziła do biblijnego tekstu ogromną ilość zmian dyktowanych polityczną poprawnością, uznała m.in., że Bóg nie powinien być rodzaju męskiego, bo to seksizm, czyli faworyzowanie mężczyzn kosztem kobiet na kartach Biblii. W konsekwencji na przykład początek Modlitwy Pańskiej „Ojcze nasz”, brzmi: „Boże, który jesteś naszym Ojcem i Matką w Niebie”.

Trudno zaakceptować poprawianie Biblii (i samego Jezusa). Czym innym jest bowiem wypowiedź w homilii, lub w encyklice, a czym innym jest zmienianie biblijnego tekstu! Bóg jest w Biblii Ojcem i niech takim pozostanie. Skoro Jezus uczył nas, jak się mamy modlić, to nie zmieniajmy tej modlitwy po to, aby poprawić samopoczucie feministek.

Powtórzę raz jeszcze – Bóg jest Ojcem nie tylko z powodu ówczesnych przestarzałych uwarunkowań kulturowych, ale również dlatego, że atrybut ten wyraża o Nim pewną istotną prawdę. Już Arka Noego śpiewała, że „mama to nie jest to samo, co tato”.  I nie stoi to w żadnej sprzeczności z macierzyńskim obliczem Boga, także obecnym na kartach Biblii, ponieważ:

Bóg jest źródłem wszelkiego ludzkiego ojcostwa i macierzyństwa. Bóg przekracza bowiem wszelkie ludzkie kategorie.

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Nowy prymas – łatwo nie będzie

Spośród polskich prymasów jedni przemykali się przez dzieje bez mocnego śladu, inni zaś przyjmowali z męstwem prześladowania. O jednym z nich mówili „prymas tysiąclecia”. I mieli rację.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zmieniały się pomysły i prawne rozwiązania związane z pełnieniem tej funkcji od czasów Mikołaja Trąby, który na soborze w Konstancji uzyskał tytułu prymasa dla biskupów gnieźnieńskich i od 1417 r. sam go używał. Jedno było niezmienne – prymas był niekoronowanym królem Polski, osobą o wielkim wpływie na los państwa, uosobieniem wartości, na których budowano życie społeczne, polityczne, duchowe.

Prymas reprezentował cały Kościół lokalny, troszczył się o jego rozwój i administrowanie, a gdy na początku XVI w. otrzymał prawo reprezentowania papieża, zwane „legatus natus” (legat urodzony), miał prawo także zwoływać synody. To prymasi koronowali królów i królowe, udzielali sakramentów rodzinie monarszej, nauczali, doradzali, zasiadali w Senacie Najjaśniejszej, politykowali. Już w 1411 król Jagiełło nazwał prymasa „generalnym zastępcą króla w czasie jego nieobecności”.

Nowy prymas – łatwo nie będzie

Gdy wprowadzono w Polsce wolną elekcję do dotychczasowych obowiązków i zaszczytów doszedł nowy – prymas pełnił funkcję interrexa w czasie bezkrólewia, wyznaczał terminy wyborów, zaś później objęcia tronu przez zwycięskiego kandydata. Byli prymasi Polski fundatorami kościołów, mecenasami sztuki, dbali o rozwój szkolnictwa, a po Soborze Trydenckim organizowali seminaria. Mieli prawo przywdziewać kardynalskie szaty, korzystali z licznych przywilejów.

Ten styl kościelnej wspaniałości skończył się wraz z niepodległą Polską, a zaborcy bezbłędnie dostrzegli, że bycie prymasem to nie tylko wpływy polityczne, społeczne, kolor purpury. To także wzorzec i punkt odniesienia dla narodu, znak wolności, toteż rząd pruski gorliwie zabiegał w Rzymie by tytuł ów skasować i znieść diecezję gnieźnieńską. To się nie udało, więc Polska, która nie miała już reprezentacji politycznej i administracyjnej miała nadal króla, tyle że duchowego. Cena bycia prymasem stała się bardzo wysoka, zwłaszcza, gdy nie było zgody na uległość wobec zaborców. Pojawił się krzyż. Gdy zaczęli gwałtowną walkę z Kościołem, połączoną z germanizacją Polaków, abp Mieczysław Ledóchowski tak zdecydowanie się jej sprzeciwił, że został uwięziony. W końcu musiał opuścić diecezje, którymi zarządzał i udać się do Rzymu, ale ludzie widzieli i wiedzieli, jak się zachować.

Nowy prymas – łatwo nie będzie

Utracona niepodległość wyznaczała sposób pełnienia funkcji. W czasach PRL stało się to aż nadto widoczne. Biskup Stefan Wyszyński, który został prymasem w 1947 r. (wówczas prymasami byli biskupi warszawscy, którzy byli też biskupami gnieźnieńskimi) musiał wziąć na siebie wielki ciężar. Nie tylko zarządzania Kościołem w czasach, w których zapadły decyzje o jego osłabieniu, destabilizacji, ograbieniu przez wrogie władze.

Prymas Wyszyński musiał wypracować model istnienia w tych okolicznościach, układać się z komunistami. Miał wiele uprawnień, otrzymanych od papieża – przewodniczył episkopatowi, był papieskim legatem, miał decydujący wpływa na obsadę biskupów i zazwyczaj ich konsekrował. To on twardo pertraktował w władzami, które bardzo lubiły psuć jego plany i skłócać duchownych i świeckich.

Miał wielką władzę, ale doskonale odczytał, że to nie wszystko, że jego postawa będzie bardzo ważna w czasach próby, rozpisanej na wiele lat, właściwie nie wiadomo ile, na dziesięciolecia, a może i dłużej. I że w tej walce dla długodystansowców trzeba być wzorem i źródłem nadziei, nie tylko dla katolików, ale dla wszystkich współobywateli, którzy przypomnieli sobie, że prymasi byli też interrexami.

Nowy prymas – łatwo nie będzie

A czy czasy PRL i narzuconej władzy nie były czymś w rodzaju bezkrólewia? Wszystko to genialnie odczytał Prymas Tysiąclecia, zrozumiał, wziął na siebie, przyjął krzyż wraz z kolorem purpury. Nie tylko trzy lata więzienia, ale też wściekłe nagonki partyjnych towarzyszy, zniesławiające kampanie w mediach, inwigilacja 24 godziny na dobę, szykany ze strony milicji i UB. A Prymas trwał niewzruszony, dzięki Maryi, której wszystko zawierzył. Pewnie zapamiętał też słowa swojego wielkiego poprzednika, kard. Hlonda, który umierając miał powiedzieć, że zwycięstwo nad siłami mroku przyjdzie przez Maryję. Rzeczywiście przyszło, choć to, co zrobiliśmy z nim, to całkiem inna opowieść.

Normalizacja i niepodległość zredukowała wiele funkcji prymasa. Gdy Polska po kilku dekadach nawiązała stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską nie potrzebna już była funkcja legata, czyli nuncjusza.

Kim jest dzisiaj prymas?

To strażnik wielkiego dziedzictwa, tego wszystkiego, co zaczęło się wraz z chrztem Polski i łączy z diecezją gnieźnieńską. Przewodniczy uroczystościom kościelnym. Czy to wszystko? To zależy od abp Wojciecha Polaka. Jak odczyta swoją nominację, jaką treść nada swej funkcji, jakie będą jego priorytety i wybory.

Łatwo nie będzie, media zaczęły już publikować opinie o wielkopolskim Kościele (to kolejny obok łagiewnickiego i toruńskiego) i niezbyt precyzyjnie, a nawet fałszywie, przytaczać jego opinie.

W samym Kościele wielu katolików tęskni za duchowym przywódcą, wzorem i opoką, inni mówią, że nowy prymas będzie jego twarzą. Jaka to twarz?

Nowy prymas – łatwo nie będzie

Arcybiskup Wojciech Polak – to człowiek mocnej wiary, zdecydowany i co bardzo cenne – odważny i niezależny. Będzie w centrum uwagi. Wierni będą go wspierać i z nim współpracować. Może znajdą się i tacy, którzy uznają, że zagraża jakimś ich planom i wielkim projektom. Na pewno potrzebuje naszej modlitwy. Tytuł prymasa jest zaszczytem. Może stać się krzyżem.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >