video-jav.net

Co ja robię w tym kościele?

Czy to normalne, że w czasie mszy myślimy o „niebieskich migdałach”? Czy nieobecność na niedzielnej Eucharystii jest grzechem? I czy na mszy trzeba być od początku do końca?

ks. dr Grzegorz Strzelczyk
ks. dr Grzegorz
Strzelczyk
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

z ks. dr Grzegorzem Strzelczykiem rozmawia Judyta Syrek

Zacznijmy od początku. Idę na mszę, chcę ją dobrze przeżyć, naładować się dobrą energią. Co zrobić, żeby tak się właśnie stało?

Trzeba zacząć od drogi. Pierwszym momentem przygotowania do mszy jest droga, którą muszę przebyć, by dojść do kościoła. Już wtedy warto zacząć uświadamiać sobie, po co idę.

Sposoby przygotowania się do mszy są dwa:

– albo próbujemy opuścić codzienność i przygotowujemy się do mszy poprzez tak zwane zacichnięcie – to znaczy, że zostawiamy myśli o pracy, dzieciach, ludziach, wszystkim co przeżywamy i próbujemy wejść w tajemnicę Chrystusa, który do nas przychodzi.

– albo odwrotnie, zanosimy do ołtarza swoją codzienność.

W zależności od tego na jakim jesteśmy etapie duchowym, wybieramy pomiędzy tymi dwiema możliwościami. Koncentracja na codzienności powoduje, że nadal to moje sprawy są na pierwszym miejscu, „ja” jestem na pierwszym planie. A podczas Eucharystii trzeba odłożyć siebie na bok i powiedzieć: „Chcę, żeby Bóg we mnie działał”. Wtedy Chrystus, który we mnie żyje, skieruje mnie ku moim obowiązkom i mojemu powołaniu. I nie ma w tym niebezpieczeństwa oderwania się od rzeczywistości. Ale, tak jak powiedziałem na początku, sposób przygotowania się do mszy może być różny. Czasem łatwiej nam jest wejść w ciszę, innym razem zanieść palącą sprawę Panu Bogu.

Co ja robię w tym kościele?

A jeżeli tych spraw palących jest za dużo i częściej myślę o swoim życiu niż o tym, co mówi ksiądz?

Rozproszenie warto czynić pretekstem do modlitwy. Najczęściej myśli uciekają nam do spraw, które są dla nas ważne i warto je włączyć w Eucharystię. Kiedy myśl ucieka mi do obowiązków w pracy, mogę powiedzieć w czasie mszy świętej: „Boże, niech Twoje błogosławieństwo spocznie na mojej pracy”. To chyba najskuteczniejszy sposób, gdyż nie ma nic bardziej rozpraszającego, jak bezpośrednia walka z rozproszeniem. Lepiej zatoczyć koło i z rozkojarzenia wrócić na modlitwę. Na pewno nie należy panikować, bo rozproszenie jest czymś nieuniknionym. Nie jesteśmy w stanie utrzymać myśli w jednym ciągu. Chodzi o to, żeby się nawracać, czyli naciągać myślenie ilekroć złapiemy się na tym, co nam umyka. Myślę, że trzeba z pokorą przyjąć to, iż nie panujemy nad sobą do końca. Obyśmy tylko wracali zawsze do głównego nurtu.

Idźmy dalej. Jestem na mszy, kapłan zaczyna odmawiać modlitwy: mam wtedy słuchać czy modlić się po cichu razem z nim? Ten drugi sposób praktykuje wiele starszych osób.

Powinno się iść za myślą liturgii, ale nie robić tego półgłosem. Pójście za myślą jest fundamentalne, bo teksty liturgiczne mówią o tym, co dzieje się w czasie mszy świętej. Im lepiej znamy słowa liturgii, im bardziej tkwią one w naszej pamięci, tym większa jest szansa, że wewnętrzna postawa – nie tylko myśl, ale i wola, pragnienie – „ustawią się” pod znaczenie tego tekstu. Modlitwa eucharystyczna ma charakter dziękczynno-wstawienniczy, ksiądz odmawia ją za cały Kościół i ludzie na mszy też mogą ją odmawiać, ale w duchu. Są wyraźne momenty różnic pomiędzy prezbiterem a świeckimi, na przykład moment Przeistoczenia. Kapłan mówi wtedy z pozycji Chrystusa, w Jego osobie (in persona Christi). Kiedy wypowiada słowa: „To jest Ciało moje”, nie wypowiada ich od siebie…

Co ja robię w tym kościele?Co ja robię w tym kościele?

…wtedy powinno się milczeć i słuchać?

Tak, wtedy trzeba milczeć i słuchać. Aczkolwiek, jeżeli powtarzamy coś w myślach, bo chcemy być bardziej świadomi, to nie ma w tym nic złego. Eucharystia wprowadza nas w wydarzenie, a słowa są komentarzem. Kluczem do mszy, paradoksalnie, nie jest tekst, lecz wydarzenie. Dlatego można w niej uczestniczyć owocnie nawet wtedy, kiedy odprawiana jest w języku obcym, którego nie rozumiemy. Tekst pomaga przygotować wewnętrzną postawę i to jest ważne, by w Eucharystii spróbować duchowo ustawić siebie w jednej linii z dążeniem, które ożywiało Jezusa Chrystusa. „On nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem lecz ogołocił samego siebie”.  To z Niego jest życie. Eucharystia przechodząc przez krzyż czy uobecnienie wydarzenia krzyża, idzie ku Zmartwychwstaniu, ku wydaniu tego życia w postaci pokarmu – ciała Zmartwychwstałego. I jeżeli w czasie mszy świętej, uda nam się stanąć pod krzyżem w ofierze, to zrozumiemy, dlaczego Chrystus prowadzi nas potem do Wieczernika. Przyjmując komunię w czasie mszy świętej, bierzemy do siebie Jego życie po to, by wyjść do świata i żyć tym życiem. 

Czy muszę uczestniczyć w Eucharystii od początku do końca? Jeśli spóźnię się np. na liturgię słowa lub wyjdę przed zakończeniem, to czy mój udział we mszy jest ważny?

Nie rozumiem trochę rozważania mszy świętej w kategoriach ważności bądź nieważności. Msza  jest „ważna” wtedy, kiedy ją „ważnie” sprawuje ksiądz. Chodzi bardziej o to, czy oczekujemy pełnej owocności. Po co jest liturgia słowa? Żeby nastawić mnie receptywnie na odbiór, którego szczytem jest spożycie Chrystusowego Ciała. Kto się spóźnia, ten traci możliwość lepszego przygotowania się do owocniejszego przyjęcia Pana. Sakrament zaś będzie ważny.

Nie chcę wchodzić w kwestię spełniania obowiązku, bo dla mnie myślenie o Eucharystii w tych kategoriach jest pomyleniem pojęć. Jeżeli chrześcijanin idzie do kościoła tylko z obowiązku, by mieć spokój w sumieniu, to jest w niewłaściwym miejscu. Msza święta nie jest po to, żeby ją zaliczyć. Nie o obowiązek tutaj chodzi, ale o owocność. Im później przychodzę, tym mniejsze mam szanse, ponieważ jest mniej elementów, które do nie przemawiają i w których Bóg może do mnie przemówić.

A jak mi się nie chce iść do kościoła, to co?

Do kościoła może mi się nie chcieć iść tak samo, jak wstać rano do pracy, ale wstaję. Codziennie wykonujemy różne czynności i nie zawsze nam się chce, a mimo wszystko przełamujemy się. Matka, która musi wstawać o trzeciej nad ranem, by nakarmić niemowlę absolutnie wie, że to jest dobre. Wstaje, choć wolałaby pospać. Na pewno jest jej trudno wzbudzić jakieś pozytywne emocje wobec faktu, że musi wstawać. Z pójściem na mszę bywa tak samo. Może nam się nie chcieć iść, ale to tylko uczucie. Nasze życie emocjonalne nie podlega dokładnej regulacji z  wolą. Istotne jest to, co wydarza się na poziomie decyzji, bo określa naszą tożsamość i mówi, kim jesteśmy, jaka jest nasza prawdziwa relacja do Boga.

Ale przecież z nieobecności w niedzielę na mszy świętej trzeba się wyspowiadać…

Tylko tutaj problemem nie jest to czy człowiek fizycznie był w niedzielę na mszy, tylko jaki jest jego stosunek do Chrystusa, który mu daje życie. O grzechu stanowi to, czy człowiek świadomie rezygnuje z podtrzymywania relacji z Bogiem. My tak łatwo mówimy: był na mszy to znaczy, że grzechu nie ma. Tylko co z tego, że fizycznie był, jeżeli nawet przez moment się nie modlił?….

Powinniśmy się wyspowiadać ze swojej relacji z Bogiem. Jeżeli świadomie lekceważę momenty, w których mogę budować relację z Nim, to tu zaczyna się grzech. Bo cóż z tego, że wszyscy chrześcijanie pójdą na mszę, jednocześnie myśląc o czymś innym? To bycie niekoniecznie będzie ich przemieniać, przyjmowanie Chrystusa nie będzie owocne. Możemy prawnie nakłonić do spowiedzi i komunii, ale co z tego, że ktoś się wyspowiada, jeśli się nie nawraca?…

Powinniśmy cały czas uważać na tę powierzchowną formę religijności, która minimalnym kosztem chce sobie zapewnić zbawienie, a nawet nie zbawienie, tylko zabezpieczenie przed piekłem. To w zasadzie nie jest chrześcijaństwo, tylko forma pogaństwa, która mówi: pewnie tam nic nie ma, ale w razie czego, warto spełnić minimalną ilość rytów, by zabezpieczyć się przed przykrymi konsekwencjami po śmierci.

Co ja robię w tym kościele?

Często mówi się, że msza święta to rytuał. Czym jest msza święta?

Tam, gdzie coś jest regulowane przez przepisy i gdzie czynimy coś powtarzalnie, to jest rytuał. Natomiast przez ten rytuał staje się obecne wydarzenie. Ono jest po to, by spotkać się z Bogiem. To nie rytuał jest istotny, czy jego idealne sprawowanie. Istotne jest to, że Bóg przychodzi do człowieka.

Msza święta to wydarzenie, w czasie którego śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa stają się obecne dla nas. To „maszyna czasu”, która pokazuje nam konkretne wydarzenie. Dzięki mszy świętej możemy stanąć pod krzyżem, włożyć ręce do boku Zmartwychwstałego, spożyć Jego Ciało i wyjść z Duchem, którego On udzielił.

Jak możemy włożyć ręce do boku?…

To jest ten wymiar aktu wiary, który dokonuje się w momencie przyjmowania komunii. Oczywiście nie jesteśmy wtedy w stanie zobaczyć Chrystusa w Jego Ciele i Krwi, więc to wkładanie rąk do boku jest metaforyczne. Ale Ciałem Chrystusa jest Kościół, wchodząc do wspólnoty w pewnym sensie dotykam Ciała Chrystusa. To tu w Kościele są świadkowie Zmartwychwstania, wspólnota, tych, którzy przechowali pamięć. Spotkanie z nimi jest umocnieniem mojej wiary.

Dlaczego msza święta tak od razu kończy się po komunii?

Bo trzeba iść w świat. Nie przychodzę na mszę po to, żeby zostać w świątyni, tylko żeby w mocy Chrystusa wypełniać swoje powołanie, żeby zaczerpnąć. Żyjąc, zużywam się i uchodzi ze mnie życie.

Eucharystia jest po to, żeby nasycić się życiem, Jezusem. Daje nam siłę do wyzwań, które stawia codzienność.

Daje siłę w spotkaniu z bliźnimi, którym chcemy służyć. Nagłe wyjście zaraz po przyjęciu Chrystusa jest tego znakiem. Eucharystia różni się właśnie tym od adoracji, na której można trwać i trwać… Adoracja jest dla Boga, Eucharystia zaś dla człowieka.

ks. dr Grzegorz Strzelczyk

ks. dr Grzegorz Strzelczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. dr Grzegorz Strzelczyk
ks. dr Grzegorz
Strzelczyk
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą

Sylwester i Nowy Rok to czas, kiedy symbolicznie żegnamy troski starego roku i z nadzieją wypatrujemy szans, jakie ma nam przynieść rok nowy. Dlatego właśnie ten czas chcemy przeżyć szczególnie intensywnie.

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Życzymy sobie pomyślności, spełnienia marzeń, tego, żeby nowy rok był lepszy od starego. Nawet Bóg się do tych życzeń przyłącza, bo jak inaczej interpretować czytania mszalne z 1 stycznia. W pierwszym mamy słowa: Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. W Psalmie śpiewamy: Niech się narody cieszą i weselą,/ że rządzisz ludami sprawiedliwie,/ i kierujesz narodami na ziemi./ Niechaj nam Bóg błogosławi. A z drugiego czytania dowiadujemy się, że każdy z nas jest synem Bożym.

Oczekiwanie z nadzieją na nowe i dobre oraz zostawianie za sobą tego, co nam się nie udało, co było przykre i bolesne, ma głęboki terapeutyczny sens.

Nie można żyć błędami, wspomnieniami o niepowodzeniach, bo to odbiera nam siły, zatrzymuje nas i więzi w grzęzawisku niemocy. Ta prawda obecna jest też w duchowości.

Życie chrześcijańskie nie polega na walce ze złem, ale na wybieraniu i czynieniu dobra. Walka ze złem przypomina – jak kiedyś powiedział ks. Fedorowicz – wydeptywanie kałuży. Kałuża zostanie, a my się cali wybrudzimy. Mamy czynić dobro, spontanicznie, twórczo, a nie zatrzymywać się nad tym, co nam się nie udało. Inaczej w centrum naszego życia będą nasze błędy i zło, które wyrządziliśmy. A z tego żadne dobro nie wynika.

To, co było, trzeba czasem za sobą zostawić, niejako zacząć od nowa.

Taki jest sens świętowania końca starego roku i nadejścia nowego.

Niektórzy powiedzą, że nadejście Nowego Roku nie jest żadnym chrześcijańskim świętem. Owszem, ale to nie znaczy, że tylko w tym, co katolickie jest sens.

Kościół to rozumie i to od dość dawna. Wiele rzeczy, które uznajemy za katolickie, ma tak naprawdę pogańskie pochodzenie, ale Kościół je „ochrzcił”, zaadaptował. Mamy więc święto Wszystkich Świętych zamiast Dziadów, Noc Świętojańską zamiast Nocy Kupały, a Boże Narodzenie w dzień starożytnego święta ku czci solarnego boga Mitry. Podobnie jest z sylwestrem. Benedyktyni organizują więc antysylwestra w opozycji do hucznego świętowania końca starego roku, nie po to by zaprzeczyć idei otwarcia się na nowe, ale by bardziej świadomie przeżyć tę chwilę. Młodzi ludzie udają się na spotkania Taize, a w parafiach odprawiane są Msze św. dziękczynne za stary rok i przygotowujące do wejścia w nowy czas. Nie znaczy to, że katolicy nie mogą się w sylwestrową noc bawić i wszyscy jak jeden mąż powinni wtedy wziąć udział w rekolekcjach. Zabawa nie jest niczym złym, ale chyba warto ten czas przejścia przeżyć świadomie.

Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >