Ach! Księdzem być

Worek trenigowy podskakuje rytmicznie. Spocony, młody chłopak nie oszczędza się – uderza silnie. Lewy sierpowy, potem prawy prosty... Cała seria ciosów. Godzinę wcześniej widzieliśmy go, jak modlił się w kaplicy. Młody chłopak chce zostać... księdzem.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Jesteśmy w Urlach pod Warszawą, w Domu Formacji Propedeutycznej – tu spędza się pierwszy rok Seminarium Duchownego. Kilka domów położonych w sosnowym lesie. Część z nich czeka na pilny remont. Część pachnie nowością – przyzwoite, ale skromne. To miejsce, które czeka na przyszłych księży; tu odetną się od świata; tu zdecydują o powołaniu – kapłańskim albo świeckim.

9 miesięcy modlitwy i nauki, w ciszy, spokoju i prawie całkowitym odosobnieniu. Bez zgiełku zewnętrznego świata, bez szumu informacyjnego z internetu i telewizji.  Tak rozpoczyna się droga do kapłaństwa dla 34 alumnów.

Do Urli trafiają różni mężczyźni, z różnych środowisk, w różnym wieku. Łączy ich jedno – silna wiara w Boga. W ciągu najbliższego roku będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie „Co dalej?”. Sutanna i koloratka czy jednak nie.

Podjeżdżamy pod bramę. Ledwie zamajaczył świt. Chcemy zobaczyć, jak klerycy rozpoczynają dzień. Nie jesteśmy pewni, czy dobrze trafiliśmy. Nie ma "znaków szczególnych". Za ogrodzeniem nie widać zamieszania, nie widać ludzi – tylko cisza i spokój. Wjeżdżamy. Na powitanie wychodzi do nas ksiądz Marek Szymula, moderator ośrodka. Dopiero teraz jesteśmy pewni, że to właściwy adres. Ksiądz Marek, zapraszając nas zrobił wyjątek. To nie jest miejsce otwarte dla wszystkich. Alumni naprawdę mają tutaj odnaleźć spokój.

„W tym czasie poznają też siebie samych, weryfikują w różnych sytuacjach – od bycia razem: w pokoju, w grupie pracy, na wykładach, na wyjazdach, po wysiłek intelektualny czy duchowy”  – opowiada ksiądz Szymula.

My dzisiaj trochę zakłócimy klerykom spokój… Jeszcze nawet nie przypuszczamy, że będziemy mogli zobaczyć wszystko, zajrzeć wszędzie, rozmawiać z kim chcemy…

Ach! Księdzem być

To już czas, gdy wiosna coraz śmielej walczy z zimą, ale śnieg zalega jeszcze na trawnikach. W zaspy powbijanie łopaty. Na chodnikach i alejkach ani grama śniegu i lodu. Może mieszkańcy Urli mogą sobie tu dorobić na odśnieżaniu? – myślimy. To nasze pierwsze mylne wyobrażenie o seminaryjnym życiu. I po chwili pierwsze miłe rozczarowanie, ksiądz Marek szybko tłumaczy nam tajniki: – Ksiądz musi być samodzielny. Chcemy, żeby alumni byli mężczyznami, a nie chłopcami o delikatnych rączkach. Klerycy nie mają tu nianiek i sprzątaczek – sami odśnieżają, sprzątają, gdy trzeba pracują jako ogrodnicy, nakrywają do stołów, zmywają po posiłkach, piorą, prasują… "Ora et labora" w pełnej krasie. Choć na razie jest poranny czas modlitwy.

Podchodzimy w pobliże kaplicy. Przez okna pada delikatne światło. Niski parterowy budynek, jak wszystko tutaj, jest skromny i niepozorny. Jedna jego połowa to refektarz czyli jadalnia. I właśnie druga część teraz nas najbardziej ciekawi: w równo rozstawionych ławkach siedzą klerycy, choć wcale na takich nie wyglądają. Nie mają jeszcze sutann. Są w „cywilkach”. Skupieni. Nie rozmawiają ze sobą. Zatopieni we własnych myślach, przed niektórymi leżą otwarte biblie.

Tak zaczyna się każdy dzień – mówi nam ksiądz Marek. Najpierw, o 6.45 jest medytacja. O 7.15 Msza z Jutrznią. To już za kilka minut. Wchodzimy do środka. Kaplica skromna, niewielka, ale swobodnie może pomieścić około 50 osób. Jeden konfesjonał. Wydaje się, że na potrzeby seminarium to całkowicie wystarcza. Dopiero teraz możemy przyjrzeć się klerykom uważniej. To mężczyźni w różnym wieku, ubrani w swetry, koszule, bluzy z kapturami.

Ach! Księdzem być

Na 34 osoby w Urlach – 7 to klerycy, którzy zgłosili się zaraz po maturze. Wielu z nich jest w trakcie studiów albo już po.  Alumni przeżywają tu swoją pierwszą roczną formację – wyjaśnia nam moderator Domu Formacji Propedeutycznej w Urlach. Klerycy powoli kończą medytację. Po krótkiej przerwie rozpoczyna się msza. Trzech księży, ks. Marek Szymula, ks. Mieczysław Rzepecki oraz ks. Piotr Wierzbicki stają przy ołtarzu – to nauczyciele młodych kleryków, spowiednicy, powiernicy, wykładowcy i egzaminatorzy, może nawet przyjaciele. Na pewno przewodnicy w tym najwcześniejszym okresie drogi do kapłaństwa. Przez 9 miesięcy ich świat będzie spleciony. To może być decydujący czas dla przyszłych księży.

„Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” – to przysłowie jest tu jak najbardziej na miejscu. Podczas porannej modlitwy oraz podczas Mszy Świętej w oczy rzucało się pełne zaangażowanie i skupienie. Nie widać było, żeby ktoś traktował to jako przykry obowiązek, konieczność.

Ach! Księdzem być

Zaraz śniadanie i atmosfera całkowicie się zmieni. Ale najpierw wszyscy pokazali, co to dobre wychowanie i "sznyt". W kaplicy jest prawie 40 mężczyzn. I jedna kobieta, niżej podpisana. Nikt nie wyszedł pierwszy! Przepuścili kobietę. Niby drobiazg, ale… kultura i tradycja.

Śniadanie mija już w zupełnie innej atmosferze. Wszyscy są razem, choć przy kilku stołach. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze przed chwilą byli cisi, skupieni, rozmodleni. Teraz słychać charakterystyczny gwar: szczęk sztućców, naczyń, rozmowy, śmiech. Swobodna atmosfera. To dopiero początek wypełnionego studenckimi obowiązkami dnia. Dzisiaj czeka ich jeszcze sprzątanie pokoi i zamiast wykładów… egzamin. I nie psuje im to dobrego humoru. Z talerzy znikają jajka na twardo i szprotki w oleju (piątek). Po śniadaniu, wyznaczeni dyżurni alumni idą "na zmywak". Tak jest po każdym posiłku.

Ach! Księdzem być

Między  8.45 a 9.15 jest jeszcze lektura Pisma św. I tak dzień nabiera tempa, alumni rozbiegają się do swoich zajęć. Jedni będą sprzątać, inni wykorzystają jeszcze kilka chwil na przygotowanie do egzaminu, ktoś zniknie wśród książek w czytelni, niektórzy wybiorą salę gimnastyczną – mecz siatkówki – albo siłownię. Do obiadu kilka godzin. Pod drzwiami sali wykładowej gromadzi się już pierwsza grupka alumnów. Lekka nerwowość wisi w powietrzu. Egzaminuje sam ksiądz Marek Szymula. Klerycy odmienieni: zniknęły swetry i bluzy dresowe – swobodny strój został w szafach. Teraz wszyscy są w garniturach i pod krawatami. W dłoniach indeksy. Przepytują się wzajemnie. Ale oprócz nauki, alumni poświęcają co najmniej 4 godziny dziennie na modlitwę.

Przemek ma 20 lat, przyjechał z Gdyni: – 4 godziny dziennie? Nie wydaje mi się, żeby to było za dużo modlitwy jak ktoś chce całe życie poświęcić Bogu. Tutaj, w Urlach formujemy się w każdy możliwy sposób, dużo modlitwy, dużo pracy nad sobą. To jest bardzo potrzebne.

Jak tu trafił? Podczas pierwszej rozmowy z rektorem seminarium w Warszawie poczuł, jak spadają z niego kajdany. – Tak, to może być to miejsce – oświadcza  zdecydowanie.

Nie widać wahania także u Jakuba, 24 letniego informatyka z Warszawy. Choć nie ukrywa, że wcale nie było łatwo zostawić dawne życie, miał dziewczynę… – Jestem tu na całego. Chcę być tu do końca i potem służyć ludziom jako kapłan – mówi.

Ośrodek w Urlach to nie wczasy, ani sanatorium jakby mogło wydawać się na pierwszy rzut oka. To nauka i sprawdzian charakterów. Cały dzień wypełniony jest zajęciami i na nudę nie ma czasu. Program dnia rozpisany jest dokładnie, co do minuty.

Ach! Księdzem być

Od 9.30 do 12.50 trwają wykłady – dzisiaj zamienione na egzaminy. O 13.00 – Anioł Pański, a potem obiad. Następnie adoracja Najświętszego Sakramentu. Do godz. 15.00 chłopaki mają czas na różne prace i rekreację. Od 15.00 przez 35 minut – Koronka do Miłosierdzia Bożego i lektura Pisma świętego. 15.45 – 17.30 – czas na studium. I o 18.00 – Droga Krzyżowa. Pół godziny później wreszcie kolacja i rekreacja. Ale jeśli ktoś myśli, że to koniec i potem czas na słodkie lenistwo, jest w błędzie. Modlitwa to najważniejszy punkt każdego dnia. Dlatego o 21.00 jest jeszcze Apel Jasnogórski, potem adoracja Najświętszego Sakramentu. I dopiero teraz zbliża się czas  odpoczynku. W regulaminie wywieszonym w refektarzu jest napisane: "22.45 – Gaszenie światła". I nigdzie nie ma nawet kilku słów „czas na telewizję”… Klerycy nie mogą mieć telefonów komórkowych, w pokojach nie mają laptopów, zamiast maili do rodziny piszą zwykłe listy. Odręcznie!  I muszą się przyzwyczaić, że na odpowiedź czekają kilka dni a nie kilka minut. I tak ich życie wygląda przez dziewięć miesięcy!

fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Wojtek, 30 – latek, wcale na to nie narzeka. Jest po studiach Ochrony Środowiska, miał własną firmę, jeździł ciężarówką. Ale wybrał seminarium, rzucił stare życie. – Podoba mi się, że jestem odcięty od spraw świata doczesnego i mogę skupić się na formacji. Najważniejsze jest dążenie do Pana Boga. Postanowiłem spróbować. Czuję, że to jest moje miejsce. Jestem szczęśliwy – mówi  z uśmiechem.

Alumni mieszkają w trzyosobowych, niewielkich pokojach z łazienkami. Muszą zapomnieć o prywatności. Przez blisko 300 dni wszyscy się sprawdzą jak współpracują w grupie, czy potrafią przez ten czas „nie zjeść się wzajemnie”. Pokoje losują, więc do jednego miejsca trafiają klerycy o różnych charakterach, zainteresowaniach i w różnym wieku. Muszą, jeśli nie umieją, nauczyć się co to kompromis, zrozumienie cudzych potrzeb, koleżeństwo i współpraca. To w przyszłości przyda się na parafii. Ks. Piotr Wierzbicki obserwuje coraz więcej powołań wśród osób, które prowadziły zwykłe życie, bez żadnej wspólnoty, bez wyjątkowego zaangażowania w kościele. – Najczęściej to mężczyźni po studiach – przed studiami czuli, że Pan Bóg ich wzywa, ale myśleli, że im się wydaje. Po studiach decydują jednak spróbować w seminarium. Czasem robią to wbrew rodzinie czy środowisku, które się dziwi – dodaje ks. Piotr.

fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Augustyn ma 56 lat. Jest wdowcem. Chce zostać księdzem. – Moja obecność tu, to odpowiedź na konkretne Boże wezwanie. Chcę być służyć Bogu i ludziom. Odcięcie się od świata nie jest trudne. Przez 6 lat mieszkałem sam, przywykłem do przebywania w samotności , w odosobnieniu. Jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie i bardzo wiele tu otrzymuję – mówi  Augustyn, którego ideałem jest święty Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów.

Seminarium w Urlach to początek drogi. Takiej albo innej. Jest wybór i wolność. I każdy może tu podjąć odpowiedzialną decyzję – "chcę być księdzem czy świeckim". Każda z tych dróg to powołanie. – Ważne, by dobrze odczytać własne – podkreśla ks. Marek Szymula.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Jezus idzie po bandzie

Komentarz do niedzielnej Ewangelii (Mt 5,38-48) autorstwa ks. Piotra Brząkalika.

ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

„Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,38-48).

Jezus idzie po bandzie

Dzisiejszej niedzieli kontynuujemy czytanie i słuchanie wielkiej programowej mowy Pana Jezusa nazywanej Kazaniem na Górze. Ten dzisiejszy fragment, to jej finał, zakończenie. W pierwszej części odnosi się do obowiązującego prawa odwetu: słyszeliście, że powiedziano: oko za oko i ząb za ząb, a w drugiej, do stosowanej też zasady nienawiści do nieprzyjaciół: słyszeliście, że powiedziano (…) nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził.

Końcówka Kazania na Górze wywraca do góry nogami dotychczas obowiązujące i zapewne powszechnie stosowane zasady wzajemnych między ludzkich odniesień.

Zamiast oko za oko i ząb za ząb, słyszymy: jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi; zamiast będziesz (…) nieprzyjaciela swego nienawidził, słyszymy: miłujcie waszych nieprzyjaciół.

Toż to rewolucyjna, nawet szokująca zmiana zasad układania, formowania i budowania współżycia społecznego i międzyludzkiego, i co ciekawe mimo, że od wygłoszenia tej mowy na Górze Błogosławieństw w sąsiedztwie Kafarnaum około 30 r. n.e. minęły już dwa tysiąclecia zaproponowana przez Pana Jezusa mentalnościowa zmiana nic nie straciła ze swej rewolucyjności.

W tym nadstaw mu i drugi mieści się coś więcej niż tylko logika życiowego frajerstwa i „ofiar losu”. Ktoś nas bije, oszukuje, wykorzystuje — no to pozwólmy mu na to i jeszcze zachęćmy by dalej to robił – tak często bronimy się przed akceptacją tej zasady, uznając, że to głupota sprzeczna z elementarnym poczuciem sprawiedliwości. A ja mam przecież swoją godność – dowartościowujemy sami siebie.

Jest w zasadzie nadstaw mu i drugi coś jak hamulec, wentyl bezpieczeństwa przed niemal bezwiednym prawie naturalnym przechodzeniem z pozycji ofiary na poziom oprawcy bądź milcząco przyzwalającego na przemoc wobec słabszych. Choć trudno się do tego przyznać, to mimo naszych dobrych chęci, dość łatwo stajemy się sprawcami przemocy bądź przynajmniej biernymi jej świadkami. Każdy z nas od czasu do czasu pada ofiarą przemocy, a wówczas rośnie w nas potrzeba rewanżu, zemsty, i przed nią ma nas zabezpieczać zasada: nadstaw mu i drugi.

Panu Jezusowi nie wystarcza oczywiście połowiczność, nie wystarcza zamienić nienawiść na dystans, obojętność, oziębłość, czy oschłość. On idzie na całość, po bandzie: to za mało, tylko nie nienawidzić, to ma być: miłujcie waszych nieprzyjaciół.

W przestrzeni miłości nieprzyjaciół mieszczą się wszyscy, swoi i obcy, wierni i niewierni, sprawiedliwi i niesprawiedliwi. A ponieważ Pan Jezus zdaje sobie sprawę z tego, że przejście z nienawiści do miłości nie przychodzi ot tak sobie, i pewno dlatego w jednym zdaniu ten wymóg łączy z modlitwą za nich i to po to, żeby zatrzymać nie tylko ich, ale i naszą wobec nich niechęć i wrogość.

Kto wie, czy tej modlitwy to bardziej nie potrzebujemy my, niż oni, bo nic skuteczniej i lepiej nie wycisza naszych złych emocji, niż modlitwa. Szkoda tylko, że tak rzadko z niej korzystamy.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

ks. Piotr Brząkalik

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >