Wkuwamy, wkuwamy i guzik z tego mamy

Mój ojciec uważa, że głowa jest raczej strychem, na którym powinniśmy trzymać cenne rzeczy uporządkowane w taki sposób, żeby zawsze były pod ręka.

Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >

Przestrzeń pomiędzy uszami nie może być piwnicą, w której jest wszystko, ale nic ważnego, a już na pewno nic pod ręką. Szkoda, że ludzie odpowiedzialni za edukację w naszym kraju nie podzielają jego opinii.

Nie chcę odfrunąć w kierunku taniego populizmu, ale uważam, że system edukacji w Polsce nie jest najlepszy. Okej, nasza młodzież (do której się chyba jeszcze zaliczam) jest zdolna, na tle swoich zagranicznych rówieśników wypada lepiej niż dobrze, ale to chyba jeszcze nie pozwala mi wystawić laurki na cześć Ministerstwa Edukacji. Bo te wszystkie sukcesy są raczej „mimo” niż „dzięki” niemu.

Ileż to tabelek trzeba zapamiętywać, ile dat i nikomu niepotrzebnych pierdół? Kto był królem po jakimś tam gościu, w którym roku wynaleziono druk, z ilu atomów składa się unubium i tak dalej, i tak dalej.

Ja rozumiem, to może są ważne rzeczy, ale na pewno nie dla każdego. I nie piszę tego dlatego, że z chemii zawsze byłem słaby jak Kim Ir Sen z przestrzegania praw człowieka. Po prostu rozkładam ręce nad bezradnością odpowiedzialnych za edukację w kwestii nauki krytycznego myślenia.

Bo po co komu znajomość daty wybuchu wojny angielsko-zanzibarskiej (1896 rok), skoro nie wie nic o konsekwencjach tej wojny? Po co dokładna wiedza na temat składu granuli, jeśli nijak nie przełoży się to na jego rozwój? Po co w szkołach pyta się tak często „kiedy?” a tak mało „co z tego wynika?”

Wiem, że posiadanie wiedzy ogólnej jest istotne, choć znajomość kolejności planet naszego układu słonecznego nigdy poza krzyżówkami mi się nie przydała. Może jeśli wybieramy nauczanie ogólne to skupmy się na podstawach, których i tak często brakuje, a wyższe poziomy tych tajemnych nauk zostawmy ludziom, którzy chcą z nimi związać swoje życiorysy? Może uczmy praktycznych rzeczy takich jak obliczanie podatków zamiast miliarda wzorów upraszczania równań trygonometrycznych?

Rzecz jasna nie winię nauczycieli za ten stan rzeczy. Oni często robią wszystko, żeby wiedza, którą mają przekazać była jak najbardziej praktyczna nawet, gdy muszą uczyć o tym, że koryfeusz prowadził chór przyodziany w koźle skóry.

Ale na nic nasza zdolna młodzież i pełni pasji nauczyciele, gdy głównym założeniem obowiązkowej edukacji ma być przygotowanie do zdawania testów, zamiast nauka krytycznego myślenia.

Post Scriptum: I na Boga! Skończmy z głupotami, jakoby szkoła miała wychowywać. Od tego są rodzice.

Mateusz Ochman

Mateusz Ochman

Specjalista ds. social media. Autor bloga "Bóg, honor & rock`n`roll" oraz programu "Brzytwa Ochmana".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Mateusz Ochman
Mateusz
Ochman
zobacz artykuly tego autora >

Historia jakich wiele

Pewnego wieczoru roku 1860 młoda góralka, Marysia Muszańska z Rusinowej Polany przemierzała ogromne pastwisko w poszukiwaniu zaginionych zwierząt, nad którymi trzymała pieczę. Zrozpaczona, z różańcem w dłoni błądziła wśród gęstej, górskiej mgły i nawoływała. Wtem wśród gałęzi drzew dostrzegła – jak sama Ją później nazywała – Jaśniejącą Panią. Tak zaczyna się niezwykła historia, która kończy się (czy aby na pewno?) w Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr.

Historia jakich wiele

Niecodzienna rozmowa

Niezwykła postać złożyła dziewczynie obietnicę odnalezienia zagubionych zwierząt (owiec lub krów – relacje są sprzeczne), ale sama poprosiła o pomoc w głoszeniu potrzeby nawrócenia, konieczności pokuty za grzechy. Ponadto czternastolatka musiała jak najszybciej opuścić Rusinową Polanę. Wg Jaśniejącej Pani groziły jej tu liczne duchowe niebezpieczeństwa. Gdy widzenie się skończyło, zwierzęta natychmiast się znalazły, więc Marysia pospiesznie wróciła z nimi do domu. Tam opowiedziała wszystko starszemu pasterzowi. Ten w miejscu objawień zawiesił na drzewie wykonany przez siebie papierowy obrazek, później zastąpiony malunkiem na szkle. To z jego relacji znamy wszystkie te wydarzenia.

Potem już samo życie

Życiorys Marysi po tym niezwykłym ratunku daleki jest od wyidealizowanej historii, jaką pewnie chcielibyśmy widzieć w tej opowieści. W wieku 25 lat urodziła martwe dziecko, poczęte w związku z jej późniejszym mężem, za którego wyszła rok później. Mężatką była niedługo. Zmarła po 3 latach tuż po porodzie syna, który przeżył tylko kilka dni. Mimo biografii dalekiej od słodkich, hagiograficznych nut wizjonerka nigdy nie zwątpiła w to, co jako czternastolatka zobaczyła w chwili grozy i w opiekę Jaśniejącej Pani. Do końca swojego bardzo krótkiego życia należała do bractwa różańcowego. Gdy po kilkunastu latach zobaczyła obraz Matki Boskiej niesionej w procesji zorganizowanej przez bractwo powiedziała, że właśnie taką Matkę Boską widziała pamiętnego wieczora w lesie.

Nieznany autor w miejscu objawienia się Maryi ustawił później kapliczkę i rzeźbę w drewnie, ale o samym miejscu długo można było mówić jako o zapomnianym. Matkę Boską z Wiktorówek kultem otaczali jedynie miejscowi wierni. Pielgrzymki do tego miejsca ruszyły dopiero po kilkudziesięciu latach. Co ważne, nie było ku temu żadnego szczególnego impulsu. Wierni spontanicznie odczuli taką potrzebę i od tego czasu co roku zjawiają się u Matki Boskiej Jaworzyńskiej.

Powrót Maryi

Jednak na tajemniczym wydarzeniu opowiedzianym przez Marysię nie koniec cudownych znaków. Podczas pewnej pielgrzymki jedna z pątniczek – Marianna, żona późniejszego budowniczego Sanktuarium – miała widzenie, w którym Maryja prosiła ją o odkopanie cudownego źródełka. Dziś jego odpływ znajduje się tuż za sanktuaryjnym prezbiterium. Pierwszy proboszcz Bukowiny, skąd wyruszały pielgrzymki mimo początkowej rezerwy dał się przekonać do wyjątkowości tego miejsca właśnie dzięki licznym uzdrowieniom. Parafialna księga podziękowań za łaski wymodlone przez Maryję pęcznieje i pęka od słów wdzięczności. Część z nich wychodzi spod pióra niewierzących przyjezdnych.

Widzenia dotychczas nie zostały zatwierdzone przez Watykan, ale nie znaleziono w całej historii niczego, co mogłoby być sprzeczne z wiarą. O życzliwym spojrzeniu na miejscową adorację może świadczyć fakt, że Paweł VI w 1975 roku obdarzył to miejsce jubileuszowym przywilejem odpustu zupełnego dla wiernych, nawiedzających Sanktuarium Królowej Tatr.

Dziś dzięki dekretowi kard. Wojtyły dominikanie prowadzą tu placówkę duszpasterstwa turystycznego. Trudno o lepsze miejsce, gdy zaledwie kilka kroków dalej, z Rusinowej Polany podziwiać można jedną z piękniejszych tatrzańskich panoram.

W tej historii teoretycznie nie ma niczego wyjątkowego. Maryja ukazująca się nad drzewem, pośród gałęzi, nawołująca do nawrócenia, nakazująca odkopać cudowne źródło, o którym wcześniej nikt z miejscowych nie wiedział, młoda, niewykształcona pastereczka w roli wizjonerki, jej późniejsze krótkie życie. Wszystko już było, wszystko skądś znamy, historia, jakich wiele. Można tak myśleć. Ale czuć tego nie sposób, gdy wśród wakacyjnych wojaży uda nam się wspiąć do Sanktuarium, gdzie obdarza łaskami Królowa Polskich Tatr.