Nasze projekty

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Nasz wolontariat jest podobno nazywany najtrudniejszym w Polsce. Tutaj są komandosi.

Reklama

Z ojcem Adamem Parszywką, Prezesem Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, rozmawia Judyta Syrek

 

Dużo ma Ojciec ochotników, którzy chcą zostać wolontariuszami i pojechać na misje?

Reklama
Reklama

 

Rocznie zgłasza się około 60 osób. Ale w tym momencie ta liczba zostaje mocno podwyższona, ponieważ powstają mniejsze oddziały wolontariatu. Pierwszy był w Mysłowicach na Śląsku, potem w Kielcach a w ostatnim czasie, co jest największą radością, powstały wolontariaty na Orawie. W tej chwili mamy w Zubrzycy ponad 50 młodych ludzi, którzy w pełni się angażują. Miałem okazję być u nich i dziękować rodzicom. To młodzież, która mogłaby się bawić, a oni koncentrują się na tym, co zrobić dobrego.

 

Reklama
Reklama

Od kiedy można zostać wolontariuszem?

 

Od najmłodszych lat. Mamy grupy, które od szkoły podstawowej interesują się wolontariatem i jako koło misyjne organizują wystawy, podejmują różne prace. Niecały miesiąc temu nasze dzieciaki zrobiły przepiękne rysunki i zainteresowały tematem misji starszych. Bardzo często jest tak, że dziecko interesuje się czymś i wciąga rodziców. Ale wiadomo, że gdy chłopak interesuje się piłką nożną, to rodzice patrzą na to z mniejszym niepokojem, niż kiedy zaczyna się interesować misjami.

Reklama

 

A skąd się bierze zainteresowanie misjami u takich młodych ludzi? Interesują się bardziej światem czy człowiekiem? Pociąga ich przygoda, egzotyka?…

 

Wolontariat to dobry sposób na poznanie człowieka. I myślę, że to przede wszystkim przyciąga ludzi. Patrzę na wolontariat szerzej, bo w tej pracy człowiek poznaje też siebie. I piękne jest to, że kiedy Ci ludzie przychodzą do nas, to kompletnie nie zakładają takich korzyści. Tu wielu przychodzi z taką myślą, że chce komuś pomóc, chce być dobrym. Dopiero po jakimś czasie odkrywa, że pomaga tak naprawdę sam sobie.

 

Przy tej pracy wychodzą nasze słabości, nieumiejętności. Pomagając innym, często odkrywamy, że sami czegoś nie potrafimy. Wolontariat jest procesem rozwoju samego siebie.

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Każdy z ulicy może przyjść i powiedzieć: Chcę zostać wolontariuszem?

 

 Tak, każdy. Jeżeli ktoś przychodzi z ulicy i mówi, że nic nie potrafi zrobić, to również przyjmujemy, bo kiedy św. Jan Bosko otwierał zgromadzenie, jego pierwszym wychowankiem był Bartłomiej Garelli, który właśnie na pytanie: Co potrafisz?, odpowiedział, że nic. Jan Bosko zapytał go wtedy: A gwizdać umiesz? I od tego się wszystko zaczęło, od tej najprostszej relacji między wychowawcą a wychowankiem. Gwizdali na pierwszym spotkaniu. Później był proces wzrastania.

 

Jeśli ktoś dzisiaj do mnie przychodzi i mówi, że nic nie potrafi, to się pytam, czy umie na przykład kosić trawę, pomalować płytę. Rzeczy do zrobienia jest wiele. Jeżeli przyjdzie informatyk, to mamy bardzo duże zapotrzebowanie na projekty informatyczne. Jeżeli przyjdzie dziennikarz, to za nim może przyjść nawet 50 kolejnych. Pracy nie zabraknie….

 

Potrzebujecie dziennikarzy?

 

Tak.

 

Do czego?

 

Przede wszystkim do głoszenia Ewangelii. Chodzi o to, żeby dobro się rozchodziło. Dzisiaj jesteśmy bombardowani takimi wiadomościami, które nas przytłaczają i które nas nie uwrażliwiają. A ja bym chciał, żeby dobro się rozsiewało, żeby tej lampy nie stawiać pod korcem, by pokazywać dobre uczynki ludzi.

 

A jak to wygląda organizacyjnie? Macie podział na sekcje? Dziennikarska, informatyczna, edukacyjna?….

 

Tak. W zależności od tego, jakie kto ma predyspozycje i w czym ktoś chciałby się rozwijać – bo to też jest ważne, czasem bywa, że ktoś już nie chce robić tego, w czym się kształcił. Największa jest sekcja wychowawcza. Zaczyna się ona w parku edukacji globalnej. W tej chwili mamy zgłoszonych 170 grup, które chcą przyjść do nas z dziećmi i pokazać im tę ścieżkę. Nasi wolontariusze uczą się, co jest w tej globalnej wiosce i oprowadzają grupy, stają się przewodnikami. A jeżeli nie potrafią być od razu przewodnikami, to idą i opiekują się dzieciakami. Potrzebujemy tu przede wszystkim osób pełnoletnich, ale młodsi mogą być asystentami.

 

Druga bardzo ważna sekcja, to właśnie środki masowego przekazu. Dlaczego? Bo media są nauczycielami, tymi którzy dostarczają wiadomości, pokazują pewne wzorce, albo je niszczą.

 

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Na czym polega to dziennikarstwo?

 

Robimy bardzo dużo projektów filmowych. W tej chwili tworzymy cykl dokumentów o prześladowaniach chrześcijan i nie robimy tego po to, żeby wzniecać wojny, wręcz odwrotnie. Po to, by całe społeczeństwo wiedziało, że chrześcijanie są dzisiaj najbardziej prześladowaną grupą. Chcemy być trochę ambasadorami tych, którzy są prześladowani. Tutaj mamy zaangażowanie profesjonalne, ale też potrzebujemy amatorów, osób, które będą tworzyć fan page i mówić o sytuacji chrześcijan w mediach społecznościowych.

 

Trzecią ważną sekcją są spotkania w parafiach. Organizujemy tak zwane Niedziele Misyjne. Spotykamy się z parafianami, rozprowadzamy materiały i to jest ciężka praca, bo takich spotkań jest wiele. Sam przyznaję się, że w ostatnich miesiącach nie miałem ani jednej niedzieli wolnej.

 

Wróćmy do tych początków. Wolontariusz przychodzi, idzie na ścieżkę edukacyjną i dalej co robi?

 

Jeżeli się nie zniechęcił i widzi, że to co przekazuje jest dobre, zaczyna angażować się w tworzenie wydarzeń, takich właśnie jak Niedziela misyjna Najlepsi przechodzą dalej.

 

A nauka języka?

 

To każdy musi robić we własnym zakresie. Natomiast mamy tutaj kursy i przeprowadzamy egzaminy. Jeżeli ktoś chce się dokształcić to uczymy języka angielskiego i hiszpańskiego. Ci, którzy przejdą tę drogę i się nie zniechęcą – to trwa minimum rok – mogą się starać o wyjazd na misje.

 

Ile trzeba mieć lat, żeby wyjechać? Maturzysta może ruszyć na misje do Afryki?

 

Każdy, kto ukończył 18 lat, i jest naprawdę dobry, może jechać. Zdarzyło się w naszej historii, że dwie osoby zaraz po maturze wyjechały na misje.

 

Rodzice się zgodzili?

 

 Tak, ale to jest kwestia bardzo delikatna, do przepracowania. Bo nie chcemy, żeby dzieci wyjeżdżały, a rodzice przez ten czas zaczęli cierpieć. Przy takich wyjazdach zdarzają się dobre sytuacje, przede wszystkim odcięcia pępowiny. Tylko trzeba wiedzieć, że ta formacja wolontariusza nie jest zaszufladkowana. To nie jest tak, że dostaje się punkty, przechodzi dalej. Wolontariat wymaga pracy i rozmowy indywidualnej. My, jako wychowawcy, też staramy się stale utrzymywać kontakt z osobami, które wyjechały. Kontakt się nie urywa. Nie czekamy, co będzie, kiedy misjonarz wróci, tylko interesujemy się tym, co się u niego dzieje, jakie są potrzeby, czy nie ma w nim załamania.

 

Praca z wolontariuszem jest bardzo piękna, bo jest to praca z żywym człowiekiem, każdy przychodzi tu ze swoją historią. Ale jest też mocno absorbująca, bo za każdym razem odkrywa się nową osobowość i nowe talenty, problemy. Jest to piękne przeżywanie życia. Bo ja tego nie traktuję jako pracę tylko jako powołanie. I ważne jest, żeby w drugim człowieku czegoś nie przegapić.

 

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Jak się odbywa wybór kraju? Wolontariusz sam decyduje, gdzie chce jechać? Wymyśla sobie na przykład na tej ścieżce edukacyjnej, że bardziej mu się podoba iglo albo chatka z Chile?

 

Nie. Nasz wolontariat jest podobno nazywany najtrudniejszym w Polsce. Bo tutaj nikt nie decyduje, gdzie chce pojechać. Są osoby, które przychodzą i pytają, czy gdzieś jest łatwo, chcieliby pomagać, ale nie są w stanie wytrzymać takie formacji.

 

Z jednej strony jest ścieżka edukacyjna, są egzaminy, a z drugiej my sami obserwujemy kto, do jakiego miejsca będzie mógł pojechać. Nie lekceważę oczywiście pragnień wolontariuszy, ale podam przykład dziewczyny, która była przekonana, że pojedzie do Afryki, do kraju z językiem angielskim i wysłaliśmy ją na Ukrainę. W pierwszym momencie przyjęła to bardzo ciężko, jednak zdecydowała się i wróciła szczęśliwa. To jest zasadnicza trudność. Można oczywiście się wkurzyć i powiedzieć, że nigdzie się nie pojedzie. W tym przypadku była nawet zmiana kontynentu i kultury.

 

Jak wygląda ścieżka formacyjna?

 

Najważniejsza jest otwartość. Wychodzę z takiego założenia, że kiedy ktoś tu przychodzi, musi być otwarty na to, by dawać. Bardzo często istnieją w życiu sytuacje nieprzewidywalne i trzeba im zaradzić. Prosty przykład: mamy awarię, zalewa nam sklep. Nie wyobrażam sobie, że wolontariusz powie mi: Proszę Księdza, ja tu przeszedłem nie po to, by wynosić wodę.

 

Tu jest właśnie ten sprawdzian człowieka, czy jest komandosem, który potrafi zaradzić w trudnych sytuacjach. Jeżeli stoi z boku, to wiadomo, że nie da rady na misjach. Cała formacja zaczyna się od prostej rzeczy, czy ktoś wynosi za sobą talerz i zmywa go po jedzeniu, czy też zostawia na stole. Nie tak dawno mieliśmy osobę, która mówiła, że śniadania przygotowuje jej zawsze mama. I nie robiła sobie jedzenia. Nie wyobrażam sobie, żeby taka osoba pojechała na misje. Bo kto jej będzie robił kanapki? Siostra zakonna czy uczniowie?… Gdybym tego nie widział, naraziłbym innych na trudności.

 

Tutaj odbywają się co poniedziałek msze święte i spotkania formacyjne. Mamy trzy tematy: misjologię, edukację globalną i rozmawiamy o problemach na świecie. Natomiast mamy też raz w miesiącu weekendowe spotkania, na których się poznajemy. Mieszkamy razem i wymieniamy spostrzeżenia z różnych oddziałów.

 

Ale dla mnie wolontariat nie kończy się na spotkaniu. Gdybyśmy się tylko spotykali i modlili nie różnilibyśmy się od innych grup kościelnych. Regularnie ludzie zapisują się na listę obowiązków bieżących, tych, które są tutaj wokół ośrodka. I każdy robi to sam, bo wolontariusz to ten, który przychodzi z własnej woli, nie z obowiązku. Jeżeli widzę, że ktoś się nie zapisuje, to trudno powiedzieć, że jest wolontariuszem, jest tylko z nami formalnie. Takie osoby rzadko się jednak zdarzają. Nasi wolontariusze prowadzą warsztaty, wyjeżdżają na kolonie i poszerzają w taki sposób swoje zdolności wychowawcze.

 

Ile trzeba wydać pieniędzy, żeby zostać wolontariuszem i wyjechać na misje?

 

Nie trzeba mieć nic. Trzeba być kreatywnym. My staramy się wykształcić właśnie ludzi kreatywnych, którzy mają do dyspozycji różne rzeczy i potrafią nimi zarządzać. Chodzi o to, żeby ten człowiek się rozwijał. Zawsze na pierwszym spotkaniu mówię: Mam nadzieję, że tu nie przyszli frajerzy. Co to znaczy? To znaczy, że nie przyszły tutaj osoby, które dadzą się wykorzystać.

 

Dzisiaj jest sporo instytucji, które chcą się zaangażować w projekty misyjne, a dzięki temu zatrudnić tanią siłę roboczą, z pomocą której wypłyną. W związku z tym zakładam, że osoba, która przychodzi do nas, nie będzie naiwna i rozpozna naciągaczy.

 

Ludzie przychodzą tu, by realizować swoją ścieżkę życiową. My jesteśmy tylko płaszczyzną, która to umożliwia. Nie wyciągamy z ludzi pieniędzy ani nawet ich talentów, bo wtedy bylibyśmy zaprzeczeniem Ewangelii, którą chcemy głosić.

 

To skąd są pieniądze na wyjazdy?

 

Organizujemy wspólne akcje. Dajemy na przykład możliwość przeprowadzenia zbiórki w Niedzielę misyjną. W tej chwili zbieramy na wyjazd wolontariuszy do Nigerii. Zadanie wolontariuszy jest takie, że trzeba tam na miejscu przygotować młodzież do wyjazdu na kolonie i zgromadzić środki na ten wyjazd. W związku z tym muszą poszukiwać już wsparcia tutaj. Trzeba umieć iść do parafii, kwestować pod kościołem. Tak się pokazuje kreatywność i zdolność. Jeżeli ktoś tego nie potrafił zrobić w Polsce, nie zrobi tego też na misjach. Wśród nas są komandosi, którzy potem wyruszają na misje i radzą sobie w każdych warunkach.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę