video-jav.net

Deklaracja wiary i list otwarty prof. Wandy Półtawskiej

Publikujemy treść listu otwartego oraz deklaracji wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej napisane przez prof. Wandę Półtawską

Polub nas na Facebooku!


DEKLARACJA WIARY

Lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej


Nam – lekarzom – powierzono strzec życie ludzkie od jego początku…

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne:

– ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca,

– moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga.

Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

3. PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” – powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji,

– potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

6. UWAŻAM, że – nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.

„Wysokim uznaniem darzymy tych lekarzy i członków służby zdrowia, którzy w pełnieniu swojego zawodu ponad wszelką ludzką korzyść przenoszą to, czego wymaga od nich szczególny wzgląd na chrześcijańskie powołanie. Niech niezachwianie trwają w zamiarze popierania zawsze tych rozwiązań, które zgadzają się z wiarą i prawym rozumem oraz niech starają się dla tych rozwiązań zjednać uznanie i szacunek ze strony własnego środowiska. Niech ponadto uważają za swój zawodowy obowiązek zdobywanie w tej trudnej dziedzinie niezbędnej wiedzy, aby małżonkom zasięgającym opinii, mogli służyć należytymi radami i wskazywać właściwą drogę, czego słusznie i sprawiedliwie się od nich wymaga.”

Paweł VI, Humanae vitae, 27.



5 III 2014 – Środa Popielcowa

Wanda Półtawska M.D.

LIST OTWARTY DO LEKARZY I STUDENTÓW MEDYCYNY Z OKAZJI KANONIZACJI POLSKIEGO PAPIEŻA JANA PAWŁA II


Od dawna dziennikarze usiłują mnie namówić na wywiad z tej okazji, bo „ja wiem więcej”, gdyż miałam okazję tyle lat współpracować z Księdzem Karolem Wojtyłą, potem Biskupem, Kardynałem i wreszcie z Papieżem – Wielkim Rodakiem.

Tak, wiem więcej i właśnie chcę napisać o tym, czego On oczekiwał od lekarzy. Kardynał Sapieha zlecił Mu funkcję Duszpasterza lekarzy – więc zajmował się nimi, spotykał się z nimi, przyjaźnił i był głęboko przekonany, że kapłani powinni współpracować z lekarzami, bo pracują na tym samym terenie – zajmują się ludźmi.

Widział szczególną odpowiedzialność lekarzy, nie tylko za zdrowie, ale za los pacjenta, wręcz za jego wieczność. Bolał nad tym, że techniczny rozwój w medycynie zagraża etyce i że rady i działania lekarzy stanowią zagrożenie świętości rodziny i miłości ludzkiej.

Cierpiał, widząc postępujący spadek moralności, ale uważał, że lekarze mogliby temu zapobiec, gdyby szerzyli prawdę o ludzkiej płciowości i płodności, o „teologii ciała”. Wielokrotnie powtarzał: „Stwórzcie mocny związek lekarzy katolickich, żeby zapanować nad opinią publiczną” – nie doszło do tego, ani w Polsce, ani na poziomie Europy, ani świata.

Śledził losy coraz bardziej zniszczonej rodziny i bronił godności osoby ludzkiej – przemawiał do wszystkich, wszędzie i spodziewał się pomocy od lekarzy – ale zawiódł się…

Byłam świadkiem Jego reakcji na wiadomość, że polski Parlament zatwierdził prawo zabijania nienarodzonych chorych dzieci. Wzburzył się jak rzadko, jak prawie nigdy – uderzył pięścią w stół i zawołał: „A gdzie są pediatrzy? Dlaczego nie bronią chorych dzieci, dlaczego nie reagują?”.

Pomyślałam więc, że może teraz, kiedy tyle osób w Polsce zastanawia się, jak przeżyć kanonizację, jak się do niej przygotować. Może teraz lekarze wierzący, katolicy mogliby przecież zareagować i przyznać się do Niego i Jego nauki i jako votum wdzięczności dla Boga i dla Jana Pawła II ujawnić światu, że są praktykującymi katolikami, że są wierni.

Nie chodzi o uczone referaty, o metody, o technikę, ale o proste, jasne wyznanie wiary.

Proponuję wszystkim kolegom i studentom podpisanie „deklaracji wiary” – a pomysł dyktuje mi po prostu sumienie, po prostu muszę.

Pewnego zdarzenia nie mogę zapomnieć. Biskup Karol Wojtyła wrócił z Soboru entuzjastycznie przejęty profetyczną encykliką Pawła VI Humanae Vitae, w której Papież poleca biskupom, aby na pierwszym miejscu w działaniu duszpasterskim postawili problem świętości rodziny – wziął to zlecenie na serio i realizował to do końca życia i zaraz zarządził regionalne spotkanie księży proboszczów z lekarzami, właśnie na temat encykliki Humanae Vitae.

Byłam na pewnym spotkaniu z księdzem Stanisławem Smoleńskim – w sporej parafii, przyszło 60-70 osób – w trakcie spotkania szepnęłam księdzu Proboszczowi, żeby przyniósł kartkę papieru, to sporządzimy spis obecnych i na następne spotkanie duszpasterskie będziemy mogli zapraszać ludzi imiennie. Ksiądz przyniósł kartkę, podpisałam pierwsza i puściłam kartkę na salę.

Kartka okrążyła zebranych i wróciła do mnie – pusta – nie podpisał się nikt – no tak, to były czasy twardego komunizmu, bali się.

Anonimowo przyszli i nie chcieli się ujawnić – a jak będzie teraz?

Pan Jezus powiedział: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.” (Mt 10,26.30).

Projekt deklaracji wiary przedstawiłam Lekarzom polskim, Członkom Papieskiej Akademii Pro Vita (Prof. Zbigniew Chłap /Kraków/ i Prof. Janusz Gadzinowski /Poznań/) i otrzymałam ich akceptację, a także od Prezesa Papieskiej Akademii Pro Vita Bp Ignacio Carrasco de Paula.

Podczas pierwszej audiencji do Polaków Papież Jan Paweł II powiedział: „Dajcie mi w Polsce zaplecze, żebym nie musiał się Was wstydzić.” – myślę, że nie raz się wstydził – i myślę, że my Polacy i polscy lekarze mamy jakiś dług wobec tego Wielkiego Rodaka – i może ta inicjatywa będzie pewnym zadośćuczynieniem?

Zwracam się więc do wszystkich Kolegów lekarzy i studentów medycyny z tym apelem – wiara w Boga Stworzyciela, w niebo i piekło, nie jest naiwnością, ale realizmem wiary – a tego teraz ludziom brak.

Przeżyłam 65 lat jako lekarz i wiem na pewno, że lekarze mogą mieć wpływ na ludzi i na pewno będą odpowiadać przed Bogiem Samym, jak to powołanie zrealizowali.

I tak, jak chciał Jan Paweł II, mogliby wpływać na opinię publiczną, na współczesną cywilizację – mogą naprawdę bronić zagrożonych wartości chrześcijańskich.

Wanda Półtawska


Za słońce, banany i fasolę

Afrykańczycy pokazali mi, że w naszym technologicznym świecie zagubiliśmy poczucie prawdziwej wdzięczności wobec Stwórcy. A wszystko jest przecież darem, za który powinniśmy dziękować. Filipińczycy, którym tajfun zabrał cały skromny majątek mówili: nigdy nie jesteś tak biedny, żeby nie móc się podzielić z drugim. Dziękując Bogu za ocalone życie przygarnęli do swej rodziny osierocone przez kataklizm dzieci…

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

1/19
Bez domu, ale z Jezusem (prycza w obozie ewakuacyjnym)
2/19
3/19
Centrala Tubunga i odwiedziny
4/19
5/19
6/19
7/19
8/19
Krajobraz po tajfunie; ludzie żyją na brzegach rzeki
9/19
Ocalały mężczyzna pokazuje swe koło ratunkowe
10/19
Ojciec dziękuje Jezusowi za ocalenie rodziny
11/19
Po drodze mijamy rwandyjskie chaty
12/19
Postęp miesza się z biedą
13/19
Rwandyjczycy na adoracji
14/19
Rwandyjskie dzieci
15/19
16/19
17/19
W takich prowizorycznych kaplicach modlono się po tajfunie
18/19
19/19
Życie w jednym z obozów; każdy szuka choć troche intymności
poprzednie
następne

Tej modlitwy nigdy nie zapomnę. To było kilka lat temu w Rwandzie. Gliniana chata chyliła się ku ziemi. Przez dach zrobiony z liści bananowca do wnętrza kapały krople deszczu. Na dworze szalała burza. Ojciec rodziny, która mnie zaprosiła wzniósł ręce ku górze i dziękował Bogu za wszystko czym nas obdarza… W chacie poza stołkami, na których siedzieliśmy, nie było nic. Zapadający mrok rozpraszała paląca się świeczka. Przyniesiona przez nas. Kiedy on się modlił, ja wciskałam się jak najdalej w kąt chaty, by ukryć łzy. Zetknięcie słów dziękczynienia ze stanem ich posiadania było porażające. A on dziękował. Dziękował za dobrze przeżyty dzień, za słońce, które sprawiło, że banany zaczęły dojrzewać i za to, że wkrótce będzie można zebrać fasolę. Dziękował za kolejne dziecko, które właśnie się urodziło i za zdrowie żony. I za mnie. Za to, że „biała kobieta” zechciała ich odwiedzić… Ta szczera modlitwa miała niezwykłą moc. Misjonarzowi, który mi ją tłumaczył z lokalnego języka kinyaruanda kilka razy załamał się głos…

Za sobą miałam już setki odwiedzin w afrykańskich chatach i wiele spotkań. Nieraz nie zdążyłam jeszcze dobrze wejść, a już ku mnie wyciągał się las rąk po cukierki, kredki, zabawki… To spotkanie było inne. Po krótkiej przepychance pięcioro dzieci jakoś zmieściło się na moich kolanach. Z rodziców emanowała niesamowita godność, a zarazem bliskość. Przyjęli mnie jak swoją. By podziękować za to, że dzięki adopcji serca (zresztą opłacanej nie przeze mnie, ale przez zupełnie mi nieznanych ludzi) ich dzieci mogą chodzić do szkoły, zaprosili na wspólny posiłek. Ta modlitwa dziękczynna wybrzmiała właśnie przed nim. Na desce służącej za stolik pojawiły się trzy metalowe talerze: dla mnie, dla misjonarza i ojca rodziny. Na każdym góra ryżu, a na niej usmażone jajko i sos z orzeszków ziemnych. Dzieci wpatrywały się w to dobro rozmarzonym wzrokiem zagryzając kawałki trzciny cukrowej, której słodki smak zabijał głód. Było już po zmierzchu, a pierwszy posiłek był dopiero przed nimi. I ten cały posiłek stał właśnie przed nami. Gdybyśmy wraz z misjonarzem zjedli nasze porcje siedmioosobowa rodzina musiałaby się zadowolić tym, co zostało na talerzu taty… Dziękując za otrzymywaną pomoc podzielili się wszystkim co mieli, a raczej tym, czego nie mieli. Głód był ich codziennym towarzyszem.

Kiedy sięgnęłam ręką po ryż wpatrywali się z napięciem jak zareaguję. Sos okazał się wyśmienity i chyba było to widać po mojej minie, bo bardzo się ucieszyli. By nie pozbawiać ich posiłku wzięłam owoc, mówiąc, co zresztą było świętą prawdą, że nigdy nie jadłam banana prosto z drzewa. Potem misjonarz musiał długo tłumaczyć skąd się w Europie biorą banany… Rozmawialiśmy prawie całą noc. Na koniec wizyty rodzina odprowadziła nas na misję. Po drodze tato ściął kawał bananowca i ogromną kiść bananów zarzucił sobie na ramię. To był ich dar dla mnie. Na drugi dzień przyszli z rewizytą. Tata przydźwigał na misję kolejną ogromną kiść bananów… prosto z drzewa. I kolejny raz dziękował za odwiedziny. Prosta, szczera wdzięczność wobec Boga i człowieka, o której my, ludzie bogatego świata tak często zapominamy.  I do tej wdzięczności wcale nie jest potrzebne nasze polskie: „zastaw się, a postaw się”.

„Nigdy nie jesteś tak biedny, żeby nie móc się podzielić z drugim” – słowa te słyszę w jednym z obozów gdzie schronienie znalazły ofiary tajfunu, który spustoszył filipińskie miasto Cagayan de Oro. Mężczyzna patrzy mi prosto w oczy. Wokół niego zbiera się grupka dzieci. „Te są moje” – pokazuje na trójkę – „a tę kolejną trójkę przygarnęliśmy, bo tajfun je osierocił”. Nie ma w tym jakiejś dumy, chwalenia się – zobacz jacy jesteśmy wspaniali! Nie, nic z tego. „Bóg uratował naszą rodzinę i choć w ten sposób możemy mu podziękować” – dodaje z prostotą pokazując na stojącą przed namiotem… butlę gazową. Mężczyzna opowiada, że kiedy przeszedł tajfun i w rzece podniosła się woda, wraz z żoną i dziećmi uczepił się nadmuchanej dętki z samochodu. I tak popłynęli w ciemność, trzęsąc się z zimna. „Przy jednym z mostów dryfująca gałąź przebiła dętkę. Wtedy wyłowiłem pustą butlę gazową. To było koło ratunkowe, które podsunął nam Bóg” – mówi Jemel.

Jego ciało pokryte jest szramami. Został pokaleczony, gdy chronił dzieci przed naporem kawałków domów i konarami drzew. Z rzeki woda wyniosła ich na zatokę. Po 18 godzinach ledwo żywych wyłowili rybacy z sąsiedniej wyspy Camiguin. „Nigdy nie zapomnę tych wołań: „mamo, tato ratujcie”, które słyszałam, płynąc przez morze” – opowiada jego córka Mari Flores. Dziś dzięki pomocy, którą otrzymali odbudowali swój dom, a dzieci znów mogą chodzić do szkoły. Niedaleko nich zamieszkał samotny mężczyzna. „Tuż przed uderzeniem tajfunu wyszedł z więzienia, wszyscy patrzyli na niego podejrzliwie” – opowiada siostra Marta Patricia pracująca na Mindanano. Kiedy rozpoczęła się tragedia, zamiast uciekać przywiązał się liną do drzewa i wyławiał kolejnych rozbitków. Wcześniej nikt z nim nie chciał rozmawiać, teraz jest powszechnie szanowany.   

Ocalali z tajfunu nie tylko zaczęli odbudowywać swe domy, ale i organizować dziękczynne pielgrzymki za ocalenie życia. Wiele z nich przychodziło do leżącego na obrzeżach tego miasta sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Spotykam tam mężczyznę otoczonego gromadką dzieci. Pokonują w górę schodek za schodkiem. Rytm wędrówki wyznacza modlitwa. Kiedy docierają do kaplicy, mieszczącej się w sercu 17-metrowej figury Jezusa Miłosiernego, klękają przed wystawionym tam Najświętszym Sakramentem. Dziękują za ocalenie. – „Siedzieliśmy na dachu domu sąsiadów i przez kilka godzin odmawialiśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W naszej okolicy przeżyły tylko dwie rodziny. Straciliśmy wszystko, dom i to, co mieliśmy, ale żyjemy – mówi mężczyzna, wspominając dramatyczne chwile tropikalnego tajfunu, który spustoszył zamieszkiwaną przez nich okolicę. Kilka dni później w tym samym miejscu modli się kobieta”.

– „Kiedy uderzył tajfun, pociągnęłam męża i dzieci inną drogą, niż zawsze chodziliśmy z domu. Ci, którzy poszli starą ścieżką, zginęli” – opowiada. W rękach trzyma sfatygowany obrazek Jezusa Miłosiernego. – To jedna z nielicznych rzeczy, które udało nam się uratować – dodaje. Dziesiątki podobnych obrazków spotkam w centrach ewakuacyjnych przy łóżkach ocalonych. Przy nich wieczorami modlą się, dziękując Bogu za życie i zawierzając Mu swój los.  

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >