Bóg się rodzi, łap za mopa

My, przedstawiciele pokolenia 20+, którzy od lat każdego grudnia patrzymy na swoje wycieńczone matki, ciotki i babki, dziś zakładamy własne domy i w pierwsze samodzielne Święta zadajemy sobie pytanie: dlaczego musimy się tak umęczać?

Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >

Świąteczne porządki to koszmar. Nie okłamujmy się – pucowanie okien na niebezpiecznych wysokościach i szorowanie miejsc, do których przez następny rok i tak nikt nie zajrzy, nikomu nie sprawia przyjemności. A co dostajemy w zamian za długie godziny ciężkiej harówki? Posępne wieczory w nagim mieszkaniu, które bez dywanów, firanek i z rozbebeszoną pościelą wygląda jak miejsce policyjnego przeszukania. My, przedstawiciele pokolenia 20+, którzy od lat każdego grudnia patrzymy na swoje wycieńczone matki, ciotki i babki, dziś zakładamy własne domy i w pierwsze samodzielne Święta zadajemy sobie pytanie: dlaczego musimy się tak umęczać?

Dla katolików odpowiedź jest prosta: bo Adwent. Okres duchowych przygotowywań na przyjęcie Jezusa jest doskonałą okazją, by i w domu zrobić trochę miejsca, wyrzucając niepotrzebne graty. Utożsamianie remanentu duchowego z uporządkowaniem przestrzeni fizycznej występuje zresztą także w innych wyznaniach – przed Rosz ha-Shana żydzi zastanawiają się, kogo skrzywdzili w mijającym roku, jednocześnie wymiatając brud z szafek, a hindusi przed świętem Diwali pucują domy na przyjęcie bogini Lakszmi. Głęboką mądrość wielkich religii mówiącą, że czyste otoczenie to czysta dusza, niespodziewanie potwierdza także nauka. Zgodnie z tzw. teorią wybitych szyb Jamesa Wilsona i George'a Kellinga, wygląd otoczenia w znaczący sposób wpływa na nasze decyzje moralne – dlatego na przykład w dzielnicach, gdzie króluje graffiti, a na ulicach zalega potłuczone szkło, wskaźnik przestępczości jest wyższy, niż w miejscach schludnych. Choć wydaje się, że w tej hipotezie przyczyna zamieniła się ze skutkiem, potwierdził ją ostatecznie prosty eksperyment holenderskich naukowców. Badacze położyli kopertę z pieniędzmi najpierw na zadbanej, a potem zaśmieconej ulicy. Okazało się, że w ładnym otoczeniu pieniądze zabrało tylko 13% przechodniów, podczas gdy w brzydkiej okolicy ten odsetek był aż dwukrotnie wyższy.

W uporządkowanym otoczeniu nie tylko lepiej się zachowujemy, ale i czujemy bardziej komfortowo – przynajmniej zgodnie z teorią ewolucji. Ludzkie zamiłowanie do porządku sięga ponoć jeszcze czasów, kiedy nasi przodkowie byli włochaci i używali maczug. Wówczas pozbywanie się z pola widzenia niepożądanych przedmiotów miało na celu zwiększenie swoich szans na przetrwanie, bo wszelkie zbędne obiekty mogły posłużyć za kryjówkę czającym się w zaroślach drapieżnikom. Dziś nie musimy już uciekać przed fossami, mamy mieszkania wyposażone w odkurzacze i Cif, a jednak nasza naturalna potrzeba porządku przeżywa głęboki kryzys. Najlepiej świadczą o tym telewizyjne programy, takie jak "Perfekcyjna pani domu" czy "Wielkie porządki". Ich bohaterami, tak w wydaniu zachodnim, jak i coraz liczniejszych edycjach polskich, są ludzie, którzy "przestali panować nad bałaganem". W praktyce oznacza to, że mieszkają tak, jak zapewne żyłyby nastolatki pozbawione nadzoru rodziców – wśród hałd ciuchów, z podłogą zasłaną książkami, całkowicie bezradni wobec zasypującej ich góry przedmiotów. I, sądząc po lawinowym powstawaniu tego typu show, jest ich coraz więcej. 

Oczywiście psychiatria zna pojęcie patologicznego zbieractwa. Być może jednak głębokie przyczyny tego zaburzenia – trudności z podejmowaniem decyzji, niezdolność do realizacji planów i tendencja do unikania odpowiedzialności, są po prostu wpisane w kondycję współczesnego społeczeństwa. Może składujemy bezkrytycznie przedmioty, bo poczucie, że wszystko mamy pod ręką, daje nam utracone poczucie kontroli? A może akumulacja rzeczy trwalszych, niż my sami, osłabia nasz lęk przed przemijaniem? W obu przypadkach to złudne poczucie komfortu nie zawiedzie nas daleko. Może warto więc, choć raz do roku, uporządkować swoją przestrzeń życiową, pozbyć się bufora w postaci nikomu niepotrzebnych przedmiotów i stanąć sam na sam ze sobą – w czystym mieszkaniu. Jeśli istnieje szansa, że parę godzin ze ścierką uczyni nas choć trochę lepszymi ludźmi, to może jednak warto się przemęczyć?


Wesprzyj nas

Natalia Schiller

Zobacz inne artykuły tego autora >
Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >

Prosta historia

Poznać dziecko, to jak odkryć tajemnicę. Niby nic bardziej fascynującego niż odkrywanie tajemnic, a z jakiegoś powodu dorośli tych akurat wydają się wcale nie ciekawi. Idą na łatwiznę, powtarzając banał, że nikt nie zna ich dziecka lepiej. Nawet nie zauważają, kiedy przestają z nim rozmawiać, bo wiedzą lepiej czego ich dziecko chce, co myśli i co czuje.

Anna Wilczyńska
Anna
Wilczyńska
zobacz artykuly tego autora >

– Każde dziecko jest tajemnicą. Nauczyłam się tego w AKADEMII, kiedy spotkałam Kasię, moją pierwszą uczennicę – opowiada Renia, studentka pedagogiki, wolontariuszka AKADEMII PRZYSZŁOŚCI. Do AKADEMII trafiła przypadkiem. Wcześniej zajmowała się głównie sobą: studia, praca w sklepie odzieżowym. Któregoś dnia spotkała koleżankę, która właśnie wracała ze spotkania ze „swoim dzieckiem”. Całą drogę opowiadała o swojej Martynce, o tym czego się dziś uczyły i o sukcesie wpisanym do indeksu. Renia patrzyła na koleżankę z podziwem. – Pamiętam jej twarz, była taka radosna. Poczułam, że robi coś wyjątkowego, pozazdrościłam jej. Chyba to dostrzegła, bo powiedziała: zobacz, jak masz w życiu dobrze. Kochający rodzice, chłopak, studia. Podziel się tym z kimś. Możesz zrobić coś dla innych. Nie odpowiedziałam. Ale długo to za mną chodziło. Wieczorem podjęłam decyzję. Pomyślałam, że zmarnowałam tyle czasu, szukając szczęścia, a nie zauważyłam, ile szczęścia sama mogę komuś dać. Zgłosiłam się, przeszłam rekrutację, szkolenie i zostałam wolontariuszką Kasi – wspomina Renia.

Jej pierwsze spotkanie z uczennicą nie było łatwe. Wiedziała od swojego lidera, że Kasia jest nieśmiała, na pytania odpowiada „tak” lub „nie”. Nie patrzy w oczy. Ma dysleksję i trudno jej się uczyć. Choć pedagog szkolna mówi, że jest zdolną dziewczynką, tylko nie wierzy w siebie. I rzeczywiście, na początku Kasia robiła wszystko, o co poprosiła ją Renia, każde zadanie z polskiego czy twórczą zabawę. Ale Renia czuła, że Kasia trzyma ją na dystans. Cała wiedza pedagogiczna i teorie wychowania wzięły w łeb. Trzeba było po prostu przestać wkładać Kasię w jakiś schemat. Popatrzeć na nią jak na osobę, która ma swoje zdanie, swoje potrzeby, swoje marzenia – ale opowie o nich tylko temu, komu zaufa. I kto będzie chciał słuchać. Przez kilka spotkań Renia słuchała. Najpierw milczenia. Potem krótkich odpowiedzi. – Pamiętam, że szukałam w sobie, co robię źle. Uspokoił mnie ekspert – psycholog pracująca w AKADEMII. Uświadomiłam sobie raz jeszcze to, co usłyszałam na szkoleniu: że nie da się budować z kimś relacji na siłę, na swoich warunkach. Potrzeba czasu. Jeśli drugi człowiek zobaczy w nas gotowość do słuchania, w końcu zacznie do nas mówić. – I tak się stało – opowiada Renia.

Prosta historia

Tuż przed świętami, to było ich czwarte spotkanie. Renia zaproponowała, by zrobiły razem kartkę świąteczną. Już wcześniej odkryła, że Kasia lubi rysować. Kartka była piękna. Kolorowa. Z szopką i Gwiazdą Betlejemską. Renia patrzyła z zachwytem. Wtedy Kasia wstała i powiedziała: – To dla pani. Pani jest wyjątkowa. Wesołych Świąt. Renia była w szoku. Odruchowo zaprzeczyła, że jest wyjątkowa. – Pani jest wyjątkowa, bo tylko pani chce mnie słuchać. Renia nie wiedziała co powiedzieć. Kiedy zdziwienie minęło poczuła, że to jest ten moment – moment, w którym Kasia pokazała, że jej ufa. Moment, w którym otworzyła się przed nią, w którym podzieliła się, co sprawia jej przykrość. „Tylko Pani chce mnie słuchać” – te słowa dźwięczały jej w uszach. Zapytała Kasię, dlaczego tak myśli? Po chwili milczenia Kasia zaczęła mówić. Okazało się, że mama nigdy nie pytała jej o zdanie. Kiedy kupowały kurtkę na zimę – to mama decydowała, w której jej córka najładniej wygląda. To mama zapisała ją do Domu Kultury na darmowe lekcje gry na pianinie, mimo że Kasia grać nie chciała. Podobnie było z dofinansowanymi półkoloniami – nie zapytała o zdanie. Dziewczynka opowiadała o tym z rezygnacją. – Chciałabym, żeby kiedyś zapytała, czego ja chcę.

Kilka miesięcy później Kasia rozpłakała się na zajęciach. – Mama powiedziała, że pójdę do ósemki, bo ta szkoła jest najbliżej domu. A ja nie chcę! Wszystkie moje koleżanki idą do gimnazjum w centrum. Nie chcę być sama w nowej szkole. Reni trudno było tego słuchać. Długo rozmawiały o tym, jakie mogą być powody decyzji mamy i co Kasia może zrobić. Dziewczynka nie chciała rozmawiać z mamą. Twierdziła, że mama nie potraktuje jej poważnie. W końcu Renia wyjęła kartkę: – Napisz do mamy list. Napisz to, co chciałabyś jej powiedzieć. Z początku Kasia patrzyła na kartkę bez przekonania, ale po chwili zaczęła pisać. Renia nie mogła doczekać się kolejnych zajęć. Chciała usłyszeć, co się wydarzyło, kiedy mama przeczytała list. Kasia weszła do klasy z neutralną miną, ale po chwili uśmiechnęła się. – Pójdę do ósemki. Mama nie zmieniła zdania. Ale powiedziała, że mnie przeprasza. I że nie powinna była decydować za mnie. Że chciała dobrze. Dziękuję Pani za wszystko… Te słowa Renia zapamiętała na całe życie. Wydawało jej się, że nic wielkiego nie zrobiła. Myliła się. Dzieci potrzebują, by ich słuchać, by pytać o zdanie, szanować poglądy i emocje. Rodzice czasem boją się tego, że dziecko zacznie nimi „rządzić”. Ale przecież wysłuchać dziecka czy zapytać o zdanie nie oznacza pozwolić mu decydować o wszystkim. Nawet trudne dla dziecka decyzje są łatwiejsze do przyjęcia, kiedy się o nich rozmawia. Żeby coś zaakceptować – trzeba to zrozumieć. Żeby poznać dziecko – trzeba zechcieć je usłyszeć.


Wesprzyj nas
Anna Wilczyńska

Anna Wilczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wilczyńska
Anna
Wilczyńska
zobacz artykuly tego autora >