Ten “Mesjasz” to bardziej fan Paulo Coelho niż zbawiciel [RECENZJA]

Niektórzy chcieliby, aby mesjasz był gwiazdą w mediach społecznościowych. By był bardzo przystojny, niezwykle tajemniczy i dobrze wyglądał w bluzie z kapturem oraz znał Paulo Coelho na wyrywki. Takiego mesjasza prezentuje nam Netflix, ale ma się to nijak do powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa

Maciej Skotnicki
Maciek
Skotnicki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jeszcze nie opadły emocje po premierze filmu o Jezusie-geju, którym uraczyła nas platforma Netflix podczas świąt Bożego Narodzenia, a wraz z początkiem Nowego Roku pojawiła się kolejna produkcja wystawiająca katolików na próbę. Oglądając zwiastun “Mesjasza” nie miałem co do niego wielkich oczekiwań. Wyglądało to raczej na średniej klasy serial kuszący tematem i przede wszystkim tytułem. Nie zawiodłem się.   

Serial, którego producentem wykonawczym jest Mark Burnett i Roma Downey, miał dotyczyć ważnego wydarzenia – przybycia mężczyzny, który twierdzi, że jest “Drugim Przyjściem”. Wyszedł niewyraźny, sprzeczny i teologicznie mglisty obrazek rozwijany finalnie w sposób całkowicie przewidywalny.

 

  

Garść spoilerów

Domniemany mesjasz – grany przez belgijsko-tunezyjskiego aktora Mehdiego Debhiego – pojawia się na Bliskim Wschodzie. Głosi najpierw muzułmanom, prowadząc syryjskich wyznawców do granicy Izraela. Potem znika, by pojawić się w przygranicznym miasteczku w Teksasie, gdzie głosi baptystycznemu pastorowi (John Ortiz).  

Po drodze al-Masih, jak się go nazywa, przyciąga uwagę pewnej żydowskiej agentki CIA (Michelle Monaghan) i agnostycznego izraelskiego oficera operacji specjalnych (Tomer Sisley) mówiąc im wszelkie sekrety o ich przeszłości .   

Następnie ląduje w Waszyngtonie, gdzie mówi prezydentowi USA, aby wycofał wszystkie amerykańskie wojska z całego świata. To jego zdaniem ma przynieść pokój na świecie. Nawet Jezus nie miał takiego “tupetu”, aby udzielać rad Cezarowi.   

Po drodze ujawnia się skomplikowana i wątpliwa tożsamość oraz pochodzenie samozwańczego mesjasza. Jest to jednocześnie czas, gdy wydaje się dokonywać prawdziwych cudów. Będąc przy temacie cudów, przywołam tutaj fragment jednego z pierwszych odcinków serialu, podczas którego główny bohater wraz ze swoimi wyznawcami idzie do granicy syryjsko- izraelskiej.

Wyznawcy narzekają na głód. Mesjasz jednak na zarzuty swoich popleczników odpowiada reprymendą. Taki obraz kłóci się z biblijnym rozmnożeniem chleba przez Jezusa. W serialu mamy wprawdzie opisy cudów, które mógłby uczynić Mesjasz, jednak nie mają one teologicznej głębi i są przekazane chociażby przez dziecko znane z bujnej wyobraźni.

 

Uczeń Paulo Coelho i Osho

A jego kazania? To sterta mądrości znanych z myśli New Age-u. Mówi o pokoju i miłości przekonując, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. Nie znajdziemy tu głębokich podstaw teologicznych ani wyjątkowości. Bardziej przypomina on wychowanka prozy Paulo Coelho oraz coachingu Osho, który mówi każdemu to, co chciałby usłyszeć skupiając się na sobie jako centrum wszechświata.   

Mesjasz jest wszystkim, czego można oczekiwać w opowieści o współczesnym zbawicielu lądującym w naszym przesiąkniętym mediami świecie. Ostatecznie nie ma nic wspólnego z Mesjaszem znanym z kart Biblii.   

Wystarczy przypomnieć sobie o prawdziwym Mesjaszu, Jezusie Chrystusie. Nie był on niewyraźny, dwuznaczny, tajemniczy ani niejasny. Mówił, co miał na myśli, i miał na myśli to, co powiedział. Nie mamy pojęcia, czy był przystojny, czy nie, choć mogą o tym sugerować wizje mistyków. Z pewnością nie szukał światła reflektorów, lądując w Rzymie jako centrum ówczesnego świata, ani nie starał się być wszystkim dla wszystkich.

 

Mesjasz? A może antychryst?

Przed premierą serialu pojawił się spór o imię al-Masih, które jest jednym z islamskich określeń dotyczących Jezusa. Wiele środowisk muzułmańskich zaczęło postrzegać najnowszą produkcję Netflixa jako szkalujący islam. Pozostańmy chwilę przy tym wyznaniu, ponieważ o ile ten “mesjasz” nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim obrazem Zbawiciela, o tyle ma kilka punktów zbieżnych z islamem.   

W ich wierzeniach pojawia się postać Dajjal. Jest ona fałszywym prorokiem pokrewny Antychrystowi, który ogłasza się światu jako al-Masih, czyli mesjasz. W teologii islamu Dajjal wciela się w prawdziwego mesjasza i jest często opisywany jako mężczyzna o kręconych włosach, ślepym na jedno oko i noszącym na czole słowo „kafir” („niewierzący”).    

O ile nasz bohater nie ma kręconych włosów, widzi na oba oczy, to co do jego wyznania nie jesteśmy do końca pewni, ponieważ muzułmanom odpowiada cytatmi z Koranu, Żydom Torą, a chrześcijanom frazami z Biblii. Na próżno szukać jasnej deklaracji o wyznaniu “wybawiciela”.

 

Koniec świata is coming

Jesteśmy też świadkami niespotykanych zjawisk atmosferycznych zwiastujących zagładę. I tak na pustyni w Syrii jest burza piaskowa, tornado w Teksasie i powódź na Florydzie, które opisywane są tak, jakby były to niezwykłe rzeczy z czasów Końca. Jakby przedstawili burzę piaskową w Krakowie, tornado na Anatarktydzie i powódź na Saharze, to moglibyśmy się przerazić.   

O tym jak będzie wyglądał prawdziwy koniec świata można przeczytać na kartach Biblii albo w skróconej wersji w “Strasznej książce” o. Adama Szustaka.   

 

“Mesjasz” bardzo chce być głęboki. Nie może jednak jasno przekazać, jakie jest jego przesłanie, ani jako poruszająca historia, ani jako teologia. Przedstawienie postaci mesjasza jako osoby z przesłaniem politycznym a nie duchowym takim jak zbawienie dusz i komunia z Bogiem, jest po prostu manipulacją, która ma mieszać w głowach ludziom zagubionym.

Niektórzy starają się też tę niezbyt udaną produkcję Netflixa podczepiać do Ewangelii, czy bezpośrednio sądzić, iż jest to chrześcijański film. Owszem, ten film pobudza nas do myślenia i skłania do zastanowienia się nad odpowiedzią na pytanie: “Co zrobię, jeśli za mego życia mesjasz przyjdzie powtórnie na świat?”. Sami musimy zadecydować, czy rozpoznamy prawdziwego Jezusa czy szarlatana. Jeśli zdecydujemy się iść za postacią przedstawioną w tym serialu, robimy to na własną odpowiedzialność. 

 

Maciej Skotnicki

Maciek Skotnicki

Social Media Evangelist Stacji7. Fan nowych technologii i nowoczesnych metod marketingu. Absolwent Wydziału Humanistycznego AGH na kierunku kulturoznawstwo. Były prezes stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej. Uzależniony od Netflixa oraz czytania Pisma Świętego.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Maciej Skotnicki
Maciek
Skotnicki
zobacz artykuly tego autora >

Papież rekordzistą kanonizacji. Czy rzeczywiście?

Ostatnio obiegła świat informacja, że papież Franciszek wyniósł na ołtarze 898 świętych. To prawda, ale nie można interpretować tej liczby jako "kanonizacyjnego rekordu".

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Liczba 898 jest o tyle imponująca, że przewyższa wszystkich świętych kanonizowanych przez kilku ostatnich papieży łącznie. Dane brzmią imponująco i spektakularnie, zwłaszcza gdy porównamy dość krótki jeszcze pontyfikat papieża Franciszka (2497 dni). W niemal czterokrotnie dłuższym okresie Jan Paweł II kanonizował “zaledwie” 482 świętych, czyli niemal połowę “świętych Franciszka”. Innymi słowy, statystycznie Franciszek kanonizował jednego świętego co trzy dni.

Jak to możliwe? Sprawdzamy. Informacja nie jest fake-newsem: tak, papież kanonizował 898 świętych. Ale jej interpretacja, poprzez którą czytelnicy dowiedzieli się, iż papież właśnie pobił kanonizacyjny rekord, już nie. Wszystko rozstrzyga zrozumienie, co się stało 12 maja 2013 roku. Właśnie wtedy, zaledwie dwa miesiące po wyborze na Stolicę Piotrową, papież Franciszek dokonał kanonizacji męczenników z Otranto. To włoskie miasteczko położone na samym “obcasie” apenińskiego buta ma w swojej historii najgłośniejszy i najsmutniejszy epizod: w 1480 roku zostało zajęte przez muzułmańskich Turków. Wszyscy mieszkańcy, a było ich dokładnie 813, zostali zamordowani za wiarę.

Jako pierwszy poniósł śmierć męczeńską najpobożniejszy podobno mieszkaniec Otranto, krawiec Antonio Primaldo. Wszystkich 813 mieszkańców – męczenników z Otranto beatyfikował już papież Klemens XIV w 1717 roku. Dekret o męczeństwie podpisał Benedykt XVI, a proces wyniesienia na ołtarze zamknął uroczystym orzeczeniem świętości Franciszek na placu świętego Piotra w Rzymie 12 maja 2013 roku. To wtedy padł rekord: była to największa “zbiorowa” kanonizacja w historii Kościoła Antoni Primaldo i innych, często anonimowych mieszkańców włoskiego Otranto.

Weźmy teraz kalkulator do ręki. Od liczby 898 kanonizowanych odliczmy tych 813. Pozostaje 85 świętych. To ta liczba, a nie 898, mówi więcej prawdy o kanonizacjach Franciszka, bo pokazuje realną dynamikę procesów kanonizacyjnych kandydatów na ołtarze z całego świata, które toczą się w Stolicy Apostolskiej. Średnio jeden święty na 29 dni pontyfikatu papieża Franciszka. Papież Jan Paweł II kanonizował częściej – jeden święty na 20 dni jego pontyfikatu.

ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap