Świeccy nie są w poczekalni parafii

"Nie możemy myśleć, że wierni świeccy ciągle są w jakiejś poczekalni życia parafialnego i dopiero kiedy wejdą na właściwe pokoje, to będzie można im jakąś odpowiedzialność powierzyć. Każdy, kto uwierzył już może być odpowiedzialny za głoszenie wiary!". O "idealnej parafii", budzeniu olbrzyma i świętym oburzeniu ludzi Kościoła opowiada bp Adam Bab, biskup pomocniczy archidiecezji lubelskiej.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Agnieszka Huf: Czy według księdza biskupa duszpasterstwo parafialne w Polsce potrzebuje nawrócenia?

Bp Adam Bab: Kościół od zawsze postrzegał siebie jako rzeczywistość, która powinna się nawracać. Ojciec Święty od samego początku swojego pontyfikatu mówi o nawróceniu duszpasterskim, trzeba tylko wiedzieć, z czego i do czego się nawracamy. Papież akcentuje misyjność, ewangelizację, czyli nie tyle obsługiwanie wiernych, co uświadamianie im, że każdy kto uwierzy, od razu staje się misjonarzem. Nie możemy myśleć, że wierni świeccy ciągle są w jakiejś poczekalni życia parafialnego i dopiero, kiedy wejdą na właściwe pokoje, to będzie można im jakąś odpowiedzialność powierzyć. Każdy, kto uwierzył, już może być odpowiedzialny za głoszenie wiary! Oczywiście trzeba swoje kompetencje rozwijać, ale już się jest świadkiem. Wejście w taki sposób myślenia wymaga od nas właśnie nawrócenia.

 

Nie możemy myśleć, że wierni świeccy ciągle są w jakiejś poczekalni życia parafialnego i dopiero kiedy wejdą na właściwe pokoje, to będzie można im jakąś odpowiedzialność powierzyć. Każdy, kto uwierzył już może być odpowiedzialny za głoszenie wiary!

Pytam o to, bo w wydanym w zeszłym tygodniu dokumencie watykańskiej Kongregacji ds Duchowieństwa nawet w tytule pada sformułowanie “nawrócenie duszpasterskie”. Papież Franciszek bardzo często posługuje się tym określeniem. Co ono tak naprawdę oznacza?

Pewnie każdy może to zrozumieć troszkę inaczej, ale jeżeli dobrze wsłuchamy się w papieża, to wydaje mi się, że z “nawróceniem duszpasterskim” wiążą się takie kwestie jak misyjność, ewangelizacja czy wychodzenie z Dobrą Nowiną do drugiego człowieka, do świata. W duszpasterstwie nie chodzi o to, żeby podzielić się na obsługujących i obsługiwanych – my wszyscy razem, jako wspólnota uczniów Chrystusa służymy temu, żeby Dobra Nowina się rozprzestrzeniała. 

 

Ksiądz biskup jeszcze niedawno był proboszczem, więc zna życie parafialne od podszewki. Co dzisiaj jest największym wyzwaniem dla parafii?

Parafie często składają się z osób „gorących”, stanowiących jądro parafii, a wokół tego jądra znajdują się osoby przeżywające wiarę na sposób chłodny. Oni też są adresatami zaproszenia do głębszego, solidniejszego przeżywania wiary. Ci “gorący” często należą do wspólnot, czym zasadniczo w parafiach się cieszymy: dobrze, że te wspólnoty są, że ludzie tam się garną, poświęcają temu sporo uwagi i duchowego wysiłku. Ale czasami ich członkom bardzo zależy, żeby powiększała się wspólnota, nawracają do siebie a nie nawracają do Chrystusa. Oczywiście jedno drugiego nie wyklucza, ale nie do końca mamy satysfakcję z tego, że ktoś pod wpływem życia danej wspólnoty rozpoczął życie wiarą, zaczął chodzić do kościoła, ale nie wstąpił do wspólnoty.

 

Jak powinno wyglądać duszpasterstwo parafialne, taka “parafia idealna”? 

Na to pytanie trudno odpowiedzieć w sposób abstrakcyjny, nie mając na uwadze konkretnej parafii. Inaczej będzie w dużej aglomeracji miejskiej, inaczej na wsi. Ale Ojciec Święty w tym nowym dokumencie zwrócił uwagę na to, że dużo inspiracji można zaczerpnąć z modelu parafii, który nazwał “sanktuaryjnym”. To znaczy, że jest to miejsce, do którego ludzie przybywają: każdy ze swoim stanem wiary, każdy ze swoimi pytaniami dotyczącymi Pana Boga. Jedni są zaawansowani w wierze, inni poszukujący, ale wszyscy są przyjęci. Nie ma jakiejś “segregacji” na lepszych i gorszych, na początkujących i zaawansowanych. Każdy przychodzi z takim stanem serca, jaki ma. Jeśli kogoś jakieś doświadczenie przytrzyma, to cieszymy się, że został, chce się dalej rozwijać. Ale z drugiej strony żadne spotkanie, żadna wizyta nie jest czasem zmarnowanym, bo po prostu się wydarza: ktoś przyszedł, ktoś się spotkał, ktoś się pomodlił.

Ciekawe też, że Ojciec Święty zwrócił uwagę, że choć oczywiście porządek, nazwijmy to “logistyczny” i związany z duszpasterską odpowiedzialnością oparty jest na kryterium terytorialnym, to – mimo że pozostaje ono aktualne – nie może być absolutyzowane. To się w Polsce akurat często się zdarza, że proboszcz troszkę za bardzo traktuje wiernych jakby byli jego własnością i na przykład stwarza problemy, kiedy wierny prosi o sakrament poza własną parafią. Liczy się to, że ktoś chce przyjąć ten sakrament i trzeba się tylko tym cieszyć a nie rozliczać z przynależności!

 

 

A czy jest szansa, że ta Instrukcja realnie zmieni coś w Kościele? Czy będzie tylko kolejnym pięknym dokumentem? 

Pewnie to zależy od nas wszystkich. Zmieni się, jeżeli będą pasterze, którzy tę Instrukcję przeczytają z otwartością na inspirację, z zapałem, zechcą o tym opowiadać, zwłaszcza tym najbardziej “gorącym” w parafii i wciągną ich w to myślenie. Papież tylko podpowiada pewne rzeczy, mówiąc: “Słuchajcie, każda parafia jest inna. Każda ma swoją specyfikę i każda musi rozpoznać swoją drogę nawrócenia duszpasterskiego”. Bo dużo zależy od tego, gdzie żyjemy. Czy to jest osiedle, które jest “sypialnią”, czy są to okolice starego centrum, praktycznie wyludnione z mieszkańców. Ale jeśli będzie pasterz, który będzie chciał szukać dróg nawrócenia, to coś się zmieni. A jeżeli zostanie to przyjęte, jak to się mówi przysłowiowo “pomiędzy uszami”, “no dobrze papież napisał, ale my i tak robimy to, co żeśmy do tej pory robili”, to przy takiej postawie ten dokument nie będzie miał wpływu na nic.

 

Tekst tego dokumentu zaczyna się od cytatu z adhortacji “Evangelii Gaudium: “Jeżeli coś ma wywoływać święte oburzenie, niepokoić i przyprawiać o wyrzuty sumienia, to niech będzie to fakt, że tylu naszych ludzi żyje pozbawionych siły, światła i pociechy z przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez przygarniającej ich wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i życia”. Czy fakt, że wiele osób żyje bez bliskości z Chrystusem wywołuje faktycznie w Kościele to święte oburzenie? Czy może już tylko smutno kiwamy głowami: no tak, ludzie odchodzą z Kościoła, statystyki spadają, tak już musi być, taki jest świat?

Najwyżsi pasterze Kościoła mają świadomość, że Kościół wciąż jest w stanie misji, która będzie aktualna dopóki nie skończy się świat. Natomiast pojawia się pytanie, czy ja sam patrzę na siebie jak na kogoś, kto jest za tę misję odpowiedzialny? 

Cytat, który Pani przeczytała, jest bardzo podobny do słów, które Jan Paweł II napisał w “Redemptoris Missio”: “nie możemy być spokojni, dopóki są obok nas ludzie, którzy nie znają Chrystusa”. Paweł VI w “Evangelii Nuntiandi” mówił bardzo podobne rzeczy. To pokazuje, że najwyżsi pasterze Kościoła mają świadomość, że Kościół wciąż jest w stanie misji, która będzie aktualna dopóki nie skończy się świat. Natomiast pojawia się pytanie, czy ja sam patrzę na siebie jak na kogoś, kto jest za tę misję odpowiedzialny? Ta świadomość powoli rośnie, w Polsce boom przeżywają teraz Szkoły Nowej Ewangelizacji, ale nie może być tak, że oni biorą na siebie ciężar ewangelizacyjnego życia Kościoła, a dzięki temu my mamy święty spokój. “Ja się rozwijam, nawracam, tyle mam w swoim życiu do zmienienia, więc czuję się zwolniony, albo niekompetentny do podjęcia misji ewangelizacyjnej”. W tym dokumencie wybrzmiewa misyjna podmiotowość każdego, nawet jeśli przeżywa rozterki w wierze. Nie mogę podejmować odpowiedzialności dopiero wtedy, kiedy te rozterki ustaną, tylko pośród nich. Jeżeli będziemy sobie to w ramach duszpasterskiego nawracania w parafii uświadamiać, to sądzę, że te słowa nie pójdą na marne. 

 

 

Ksiądz biskup mówi o wspólnotach, ale co z parafiami? Kard. Hume powiedział: “parafia to uśpiony olbrzym: olbrzym, ponieważ cały świat podzielony jest na parafie, a uśpiony, ponieważ popadł w głęboki letarg, z którego obudzić go może jedynie Duch Święty”. Można odnieść wrażenie, że dzieła ewangelizacyjne podejmują właśnie wspólnoty, niekoniecznie związane z parafią, a same parafie kojarzą się z tworem czysto organizacyjnym. Czy jest jakiś pomysł, jak obudzić tego uśpionego olbrzyma i zachęcić świeckich do zaangażowania się w działanie parafii?

Potrzebne jest jasne pojęcie, co to znaczy obudzenie tego olbrzyma. Bo odruchowo myślimy o jakichś strategiach, które się wiążą z planowaniem, z systematycznością działania. I to też jest potrzebne, aczkolwiek ja w pierwszym rzędzie mam na myśli rzeczy podstawowe. Gdy patrzy się na Polskę widać, że do kościoła chodzi mniejszość, która spotyka się w swoim codziennym życiu z nieobecną tam większością. Wystarczy, żeby ta mniejszość była jednoznaczna w szkole, w pracy, na wakacjach, żeby potrafiła dać proste świadectwo, dać odpowiedź, dlaczego mimo wszystkich trudności trwa przy Chrystusie i we wspólnocie Jego uczniów. To jest ewangelizacja! Do tego nie potrzeba żadnych strategii, planów i narad. Ale chodzi o to, żeby te osoby, które w niedzielę są w Kościele, a później od poniedziałku do piątku pracują w środowisku niewierzących czy wrogo nastawionych do Kościoła, przez tę jedną godzinę w parafii były w stanie na tyle nakarmić się łaską, Duchem Świętym, żeby później udźwignąć tę swoją codzienność, która ma wymiar misyjny. 

 

 

Parafianie często mają wielkie oczekiwania wobec proboszcza. A jakie oczekiwania może mieć proboszcz wobec parafian? W jaki sposób świecki może dbać o parafię? 

Proboszcz cieszy się, gdy parafianie chcą korzystać z tego, czym żyje wspólnota, chcą się rozwijać duchowo. Ale ważną rzeczą jest też pewna dialogiczność. Bo nie jest tak, że to, co proboszcz sobie wymyśli, jest zawsze rzeczą absolutnie rewelacyjną. Potrzebna jest pokora do dialogu: “Wymyśliłem, ale widzę, że nie działa, podpowiedzcie, co trzeba poprawić żeby lepiej działało.”.  Żeby nie myślał: “Nie zagrało, to znaczy, że ludzie nie są warci moich pomysłów”.

 

Nie chodzi o to, żeby w parafii było nie wiadomo ile inicjatyw i grup. Ale jeśli w centrum życia parafialnego będzie Eucharystia – Msza Św., ale też adoracja – to uważam, że ludzie w tym miejscu będą bardzo dobrze karmieni Bogiem.

A co mają zrobić świeccy, jeśli proboszcz jest bierny i nie wychodzi z inicjatywami?

Trzeba pamiętać, że źródłem i szczytem życia parafialnego jest Eucharystia. Wspólną troską i proboszcza i wiernych powinna być jakość tego Spotkania. Żebyśmy wspólnie odkryli, że jeżeli dobrze przeżyjemy Eucharystię, dobrze się do niej przygotujemy, to ona sama już dla parafii jest zawsze duchowo owocna. Nie chodzi o to, żeby w parafii było nie wiadomo ile inicjatyw i grup. Ale jeśli w centrum życia parafialnego będzie Eucharystia – Msza Św., ale  też adoracja – to uważam, że ludzie w tym miejscu będą bardzo dobrze karmieni Bogiem. 

 

Gdyby na podstawie tego dokumentu miał ksiądz biskup możliwość wprowadzenia za pomocą dekretu jednej zmiany w parafiach archidiecezji, to co by to mogło być

Na pewno nie posługiwałbym się dekretem, tylko ukierunkował treściowo wszystkie spotkania, które są przede mną: z księżmi, świeckimi, ruchami formacyjnymi, starał się z nimi rozmawiać, co znaczy dla nas nawrócenie duszpasterskie, jak możemy je podjąć. Ja nie wierzę w moc dekretów (śmiech) na tyle, żeby nawrócenie było wywoływalne przez dekret. Dekrety są bardzo potrzebne, kiedy trzeba coś uporządkować. Natomiast nakazać trzeba przez serce i umysł, a to jest kwestia bardziej spotkania niż drukowania.


Bp Adam Bab – biskup pomocniczy archidiecezji lubelskiej, święcenia biskupie otrzymał 29 czerwca 2020. Przez wiele lat był związany z lubelskim duszpasterstwem młodzieży, organizował pielgrzymki na Światowe Dni Młodzieży. Pełnił funkcję wikariusza biskupiego ds. młodzieży oraz konsultora Rady ds. duszpasterstwa młodzieży KEP. Jest również członkiem Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji. W 2019 roku zorganizował Archidiecezjalny Synod Młodych. Przez ostatnie 6 lat pracował jako proboszcz w jednej z lubelskich parafii. Ma 45 lat i jest obecnie najmłodszym biskupem w Polsce.

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Ksiądz ma być człowiekiem. Rozmowa z bp. Adrianem Galbasem

– Jeśli będąc księdzem, będziesz człowiekiem, to będzie to dobre i udane kapłaństwo. Ksiądz musi być przede wszystkim osobą, nie osobistością – podkreśla w rozmowie z KAI bp Adrian Galbas SAC. Biskup pomocniczy diecezji ełckiej wyjaśnia także, dlaczego ciągnie go do osób, które z Bogiem mają "od górkę" i czemu lubi z nimi rozmawiać.

Polub nas na Facebooku!

Renata Różańska (KAI): Powołanie. Nie da się tego ani zmierzyć, ani zważyć, nie da się tego też udokumentować żadnym zaświadczeniem. Żyjemy w czasach, kiedy nie jest łatwo usłyszeć głos w sobie. Szczególnie, że świat go skutecznie zagłusza. Czym według Księdza Biskupa jest powołanie? Jak można je określić?

Bp Adrian Galbas SAC: Przede wszystkim pamiętajmy, że pierwszym powołaniem, jakie wszyscy otrzymaliśmy (oczywiście poza powołaniem do życia) i które – mam nadzieję – wszyscy realizujemy, to powołanie do świętości. Św. Paweł mówi, że zostaliśmy powołani jeszcze przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed obliczem Boga. To jest powołanie, którego nie musimy rozeznawać. Jest nam wszystkim dane. Ale też bez niego wszystkie inne będą uszkodzone. Potem dopiero jest powołanie do konkretnego stanu: małżeństwa, kapłaństwa, zakonu i najtrudniejsze: do życia w pojedynkę.

Mamy jeszcze swoje powołania zawodowe. Mówimy, że ktoś jest lekarzem z powołania albo nauczycielem z powołania, albo przeciwnie, że minął się z powołaniem. To słowo „powołanie” sugeruje nam, że to jest coś spoza nas. Ktoś nas zawołał, ktoś nam coś zaproponował. Tym Kimś, dla nas wierzących, jest oczywiście Bóg. On jest dawcą życia, dawcą charyzmatów, dawcą talentów, Jemu zależy na naszym szczęściu. Wierzymy, że Bóg proponuje nam taką drogę, na której wie, że – realizując ją – będziemy najbardziej kochać. Czyli, pewnie mógłbym kochać jako mąż i ojciec, ale Bóg wie, że bardziej będę mógł kochać jako ksiądz.

Pani mogłaby pewnie kochać jako osoba zakonna, ale Pan Bóg wiedział, że bardziej będzie Pani kochać jako żona i matka. Właśnie to „bardziej” jest ważne. Jezus pyta: Piotrze, czy kochasz mnie bardziej, czy kochasz mnie więcej…

Wierzymy, że Bóg proponuje nam taką drogę, na której wie, że – realizując ją – będziemy najbardziej kochać.

 

Co wtedy, jeśli ktoś ma dwie opcje w rozeznawaniu powołania? Chciałby być lekarzem i powiedzmy księdzem? Jak wybrać właściwą drogę?

Z powołaniem jest trochę jak z Coca-colą, która ma swoje słynne hasło reklamowe: „Coca-cola to jest to!”. I gdy tak samo możemy powiedzieć o swoim życiu, to znaczy, że dobrze rozeznaliśmy powołanie. Moje życie to jest to! Czasem, gdy ktoś pyta, a czemu zostałeś księdzem, albo lekarzem, nie potrafimy tego jakoś precyzyjnie wyrazić. Ale w sercu wiemy, że właśnie to jest to. Ważne są też nasze talenty, charyzmaty, umiejętności.

Ktoś, kto się boi krwi, raczej nie będzie się nadawał do pracy jako śledczy w policji, albo jako chirurg. A ktoś, kto nie ma słuchu, nie będzie członkiem orkiestry symfonicznej. A wracając do konkretnej sytuacji, o którą Pani zapytała: lekarz, czy ksiądz? Takiej osobie radziłbym pójść na medycynę i trzymać kontakt z duszpasterzem, rozeznawać i troszczyć się o swoje powołanie do kapłaństwa, a potem, jako lekarz wstąpić do Seminarium. Wśród księży jest kilku lekarzy, choćby abp Hoser…

 

A jak Ksiądz Biskup odczytał swoje powołanie?

Początkiem było bierzmowanie. Ono pokazało mi Pana Boga jako Kogoś, kto jest żywy. I właśnie po bierzmowaniu, które dziś rozpoznaję jako moment mojego nawrócenia, zaczęły pojawiać się pierwsze myśli o kapłaństwie. Przełomowym momentem była niby zwykła spowiedź, która jednak okazała się niezwykła. Pamiętam ją do dzisiaj. Kiedy po wyznaniu grzechów usłyszałem pytanie księdza: czy ty aby nie myślisz, by pójść do seminarium? To było zaskakujące, bo z nikim nie dzieliłem się takimi myślami wcześniej. Nikt o tym nie wiedział. I nagle zostało to przez tego spowiednika jakby wyciągnięte, nazwane. Pamiętam, że odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że owszem, myślę o tym. Wówczas kapłan powiedział: „to myśl nadal, a ja będę się za ciebie modlił”. I od tamtej chwili myślałem już tylko o tym, gdzie to powołanie mam zrealizować, a nie “czy” mam je zrealizować.

Kolejnym etapem i wielką pomocą było rozeznanie Kościoła, bo byłem jakoś tak nastawiony, że jeżeli naprawdę ma to być moje powołanie to Kościół mi to powie przez dopuszczenie do święceń. Muszę być tylko z Kościołem szczery i otwarty…W rozeznaniu Kościoła widziałem więc potwierdzenie woli Bożej.

 

Jak osoba św. Wincentego Pallottiego wpływała na kształtowanie tożsamości kapłańskiej Księdza Biskupa i posługę kapłańską i biskupią?

Trafiłem do Pallotynów nie ze względu na Pallotiego, ale właśnie ze względu na Pallotynów. Najpierw poznałem konkretnych ludzi, a potem charyzmat i Założyciela. W życiu nie ma przypadków, więc i to nie był przypadek, że brat mojego kolegi z klasy był wtedy klerykiem Pallotynem i właśnie przez niego poznałem to zgromadzenie. Gdy składałem dokumenty na pytanie ówczesnego księdza prowincjała, co chciałbym wiedzieć o pallotyńskiej wspólnocie, z całą szczerością zapytałem: co w ogóle Pallotyni robią, bo naprawdę nie wiedziałem. Ten się zaśmiał i mówi: wszystko. To myślę: zostanę. Jak wszystko, to coś się i dla mnie znajdzie.

A potem odkryłem Pallottiego, który jest fascynujący. On dwa wieki temu potrafił już docenić ludzi świeckich, zobaczyć ich i powiedzieć: świecki i ksiądz to jest ta sama godność. Różnimy się zadaniami i funkcjami, ale nie tym, kto jest godniejszy w Kościele. Dzisiaj jeszcze dla wielu brzmi to jak bajka, albo jak herezja, a Pallotti to mówił już wtedy. Piękne.

 

fot. Fotoflesz Ruciane Nida

Opublikowany przez Bp Adrian Galbas SAC Piątek, 10 lipca 2020

 

26 lat temu przyjął Ksiądz Biskup w Ołtarzewie święcenia kapłańskie. Jak kształtowała się przez te lata wizja Księdza Biskupa dotycząca posługi kapłańskiej? Różni się ona z punktu widzenia „zwykłego” księdza a biskupa?

W kapłaństwie zawsze ważne były dla mnie dwa wymiary: pierwszy to sakramenty. Nie wyobrażałem sobie nigdy, że mógłbym być księdzem, który nie sprawowałby sakramentów, albo robił to przy okazji.

Nie wiem po co są ci wszyscy księża dyrektorzy, którzy zasadniczo robią rzeczy, które nie wymagają święceń, a które kompetentniej robiliby ludzie świeccy. Mam nadzieję, że czas księży dyrektorów będzie się w Kościele w Polsce już kończył, także dlatego, że księży jest coraz mniej. Będzie to zdrowsze i dla tego „księdza dyrektora” i dla instytucji, którą kieruje.

Świecki i ksiądz to jest ta sama godność. Różnimy się zadaniami i funkcjami, ale nie tym, kto jest godniejszy w Kościele.

A drugi ważny wymiar w moim kapłaństwie to ludzie, zwłaszcza świeccy. Czasem żartuję, że jestem antyklerykalny, bo źle się czuję bez ludzi świeckich. Podziwiam często wysiłek, jaki wkładają w pielęgnowanie swojej wiary. Tu życie rodzinne, tu praca zawodowa, a jeszcze tyle siły, determinacji, by się modlić, spowiadać, rozwijać się duchowo. Księża mogą się uczyć. Ale znam i lubię nie tylko tych z pierwszych ławek. Pan Bóg dał mi też poznać wiele osób, które mają z Nim „pod górkę”, którzy są albo wprost niewierzący, albo definiują się jako poszukujący. Czasem poobrażani na Boga. Ciągnie mnie do nich, bo są bardzo ciekawi i jeśli tylko nie mają w sobie jakiejś antyklerykalnej zadry, która utrudnia dialog, to spotkania z nimi są super. Bardzo pomagają, bo pokazują inne punkty widzenia…

 

Gdybyśmy uznali, że jest jakiś przepis na bycie dobrym księdzem dzisiaj, to jakie byłyby jego najważniejsze punkty?

Bardzo ważne jest człowieczeństwo, czyli żeby ksiądz był przede wszystkim człowiekiem. To, czy ten człowiek będzie inteligentny, przebojowy, bogaty, wykształcony to jest drugorzędne. Najważniejsze, żeby był człowiekiem. Zawsze przecież z wdzięcznością wspominamy ludzi, którzy potraktowali nas, jak człowieka. Ale, niestety i takich, którzy swoim pokomplikowanym człowieczeństwem nas poranili. Gdy to zrobił ksiądz, sprawa jest dodatkowo bolesna i niezapominalna.

Jeśli tutaj w kurii, a wcześniej będąc prowincjałem słyszę pochwały na temat księży, albo krytykę księży, to ona nie dotyczy przede wszystkim tego, że ksiądz mówił piękne lub niezgrabne kazania, że krótko albo długo spowiadał, że wybudował albo nie wybudował… tylko, że jest wspaniałym człowiekiem, albo że jest nieludzki.

Kiedy czytamy opis powołania Apostołów, to tam Ewangeliści wymieniają po kolei ich imiona, bo imię jest skrótem osoby. Chcą pokazać, że każdy z tych Apostołów jest niepowtarzalny, tzn. że Filip jest inny niż Andrzej, a Andrzej jest inny niż jego brat Piotr itd. Jezus wybiera ludzi. Jeśli będąc księdzem, będziesz człowiekiem, to będzie to dobre i udane kapłaństwo. Ksiądz musi być przede wszystkim osobą, nie osobistością…

 

Bardzo ważne jest człowieczeństwo, czyli żeby ksiądz był przede wszystkim człowiekiem. To, czy ten człowiek będzie inteligentny, przebojowy, bogaty, wykształcony to jest drugorzędne. Najważniejsze, żeby był człowiekiem.

Czas wakacji to czas rozeznania powołania. Jednak wielu młodych boi się porzucić dotychczasowe życie, dające pewne perspektywy na własny rozwój dla pójścia za Chrystusem. Jakich rad, czy wskazówek udzieliłby Ksiądz Biskup młodym osobom?

Po pierwsze, że ten lęk nie jest niczym dziwnym i on jest elementem wyboru drogi życiowej. Tak samo związana z nim walka. Bez tego się nie da. Po drugie, trzeba pamiętać, że właściwe odkrycie swojego powołania, to jeden z najważniejszych elementów szczęścia. Człowiek, szczęśliwy, to nie przede wszystkim ten, który ma wielkie pieniądze, ani ten, który zwiedził cały świat, albo ma tytuły przed nazwiskiem dłuższe niż samo nazwisko. Oczywiście to też wpływa na szczęście. Ale człowiek szczęśliwy to przede wszystkim ten, który żyje zgodnie ze swoim powołaniem, które wpierw właściwie rozeznał. Czyli, czy to jest to!

I po trzecie: między podjęciem decyzji o wstąpieniu na drogę kapłańską, a przyjęciem święceń, nie ma sześciu dni, ani sześciu miesięcy. Jest sześć lat, a pewnie niebawem będzie jeszcze więcej. I jeśli człowiek jest uczciwy ze sobą i z Kościołem, to ma wystarczająco dużo czas, żeby zobaczyć, czy to jest powołanie czy przywidzenie. Jeśli przywidzenie, to odejdzie, ale jeśli było powołanie, a nie przywidzenie, a on nie pójdzie, to potem nieraz będzie tego w życiu żałował…

 

Jak młodzi ludzie mogą dobrze odkryć powołanie w dzisiejszych czasach?

Trzeba dbać o swoje życie duchowe; o sakramenty, o codzienną pobożność, która pomaga usłyszeć to, co Pan Bóg chce nam powiedzieć. Trzeba czyścić swoje ucho wewnętrzne. Ono jest dziś zasypywane światową woskowiną i jeśli nie ma duchowej higieny, to głos Pana Boga się po prostu nie przebije. Dobrze też mieć jakiegoś powiernika, z którym można szczerze, otwarcie i odważnie pogadać. Źle jak sami sobie odpowiadamy na swoje pytania.

 

Młodzież dzisiaj różni się od tej sprzed kilku, czy kilkunastu lat. Czy w związku z tym seminaria powinny zmienić swój program studiów, by iść z „duchem czasu”, aby lepiej przygotować księży i osoby duchowne na spotkanie ze współczesnym człowiekiem?

Nie wiem czy otwartość na ludzi jest wyuczalna. Sposób kształcenia przyszłych księży jest na bieżąco analizowany i modyfikowany. Najważniejsze w formacji seminaryjnej jest dzisiaj indywidualne podejście do każdego kleryka. Dziś już nie jest tak, że młodzi ludzie przychodzą do Seminarium z bardzo wierzących rodzin. Są na szczęście też i tacy, ale wielu przychodzi z rodzin rozbitych, niewierzących… Do nich wiara przyszła nie w rodzinie, lecz bardziej przez udział we wspólnotach, pielgrzymkach. Przez jakieś radykalne i nagłe nawrócenie.

Świat seminarzystów jest dziś dużo bardziej skomplikowany niż kiedyś i dlatego potrzebne jest bardziej indywidualne i bezpośrednie rozeznanie i towarzyszenie. Piękny przykład daje sam Chrystus, który towarzyszy dwóm uczniom idącym do Emaus, albo rozmawia z jedną kobietą przy studni. Ma bardzo indywidualne podejście do człowieka. Chciało mu się tracić czas i siły na te pojedyncze spotkania. To wciąż jest w Kościele niedoceniane. Nie tylko w formacji seminaryjnej, ale i w pracy duszpasterskiej. Lubimy tłumy….

 

ah, KAI/Stacja7

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap