video-jav.net

Po ŚDM nie odpoczywajmy, ale wykorzystajmy tę energię! [ROZMOWA]

Młody człowiek nie chce być jedynie obserwatorem, on chce być aktywnym uczestnikiem życia Kościoła, bo inaczej w ogóle go w Kościele nie będzie – mówi w rozmowie z KAI abp Stanisław Gądecki

Polub nas na Facebooku!

Z arcybiskupem Stanisławem Gądeckim, przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Marcin Przeciszewski (KAI)

 

KAI: Ponad miesiąc temu zakończyły się Światowe Dni Młodzieży i wizyta Ojca Świętego w Polsce. Co zrobić, aby ten czas nie pozostał tylko w naszych wspomnieniach i ten wielki “kapitał” nie rozpłynął się w chmurze tak jak samolot papieski zaraz po starcie z Balic?

Abp Stanisław Gądecki: Przede wszystkim nie możemy uznać, że nasza misja – wraz z powrotem uczestników do domów i posprzątaniem „Campus Misericordiae” – zakończyła się i teraz możemy wreszcie odpocząć. Jest wręcz przeciwnie! Wizyta Ojca Świętego i ŚDM nie tylko ukazały, że człowiek, zwłaszcza młody, bardzo potrzebuje Ewangelii i jej głosicieli, lecz również wyzwoliły w Kościele w Polsce wielką duszpasterską energię, którą teraz musimy dobrze wykorzystać.

Wydarzenia z lipca ukazały nam, że – jako wspólnota Kościoła – jak nikt inny jesteśmy w stanie dać dzisiejszemu człowiekowi trzy cenne dary: poczucie wspólnoty, żywe doświadczenie Boga i poważną wewnętrzną formację. I to jest naszym podstawowym wyzwaniem.

 

Franciszek, podobnie jak Jan Paweł II stawiał młodym wiele wymagań, ale jednocześnie mówił, że są oni zdolni przemieniać świat i na tym polega ich misja. Ostrzegał przed “sprzedawcami dymu” i “kanapami szczęścia”, oferowanymi przez kulturę konsumpcyjną. Jaka nauka płynie stąd dla polskich duszpasterzy? Jak przedłużyć to doświadczenie z ŚDM, kiedy duszpasterze byli wraz z młodymi, dzielili z nimi trudy, spali z nimi na szkolnej podłodze, itd.?

– Istotnie, trzeba podziękować całej rzeszy kapłanów i sióstr zakonnych, którzy nie zważając na niewygody, ofiarnie zaangażowali się w ŚDM. Dzielenie przez nich wspólnych pielgrzymich trudów wraz ludźmi młodymi jest dobrym obrazem tego, czego młodzi dzisiaj bardzo potrzebują od duszpasterzy. Potrzebują oni pouczeń i wskazań, ale przede wszystkim potrzebują, aby duszpasterz był z nimi, towarzysząc im w drodze. Dzięki głębokiej wrażliwości młody człowiek bardzo często czuje, co jest złem, ale równocześnie w konfrontacji ze światem – z ową „kulturą kanapy” – nie znajduje w sobie dość siły, by się temu złu sprzeciwić. I stąd tak ważne jest, aby w całym tym duchowym zmaganiu był z nim ktoś, kto zrozumie, wesprze, podtrzyma, ale też kto nie boi się upomnieć i wskazać właściwą drogę.

 

W organizację ŚDM przez wiele miesięcy poprzedzających to wydarzenie, głównie na poziomie diecezjalnym bądź parafialnym, zaangażowało się w świetle wyliczeń KAI, co najmniej 100 tys. młodych ludzi, niekoniecznie wcześniej zaangażowanych na terenie Kościoła. To bardzo ważne zjawisko. Jaką kontynuację tego spontanicznego ruchu, w jakich formach i na jakich polach, widziałby Ksiądz Arcybiskup?

– Młodemu człowiekowi towarzyszy przeświadczenie, że potrafi zmienić świat. I dlatego z chęcią angażuje się w różnego typu wolontariat, czując, że jest potrzebny. Widząc zastępy wolontariuszy, ciężko pracujące przed i podczas ŚDM, rodzi się w nas wdzięczność, ale jednocześnie głębokie przeświadczenie, że są to ludzie, którzy rzeczywiście są w stanie swoją postawą przemieniać świat. Kościół bardzo potrzebuje tych młodych ludzi, ich zapału i niespożytej energii.

Cały spontaniczny ruch, dostrzegany w ostatnich miesiącach, uświadamia nam, że młody człowiek nie chce być w Kościele jedynie obserwatorem, który – niewiele rozumiejąc – stoi w tyle świątyni. On chce być aktywnym uczestnikiem życia Kościoła, bo inaczej w ogóle nie będzie go w Kościele. Dlatego trzeba nam zmobilizować wszystkie siły, aby tych młodych skierować do ruchów, wspólnot i duszpasterstw, które mamy przecież przy parafiach, ale które – cały jeszcze czas – są jedynie stosunkowo niewielkimi środowiskami, obejmującymi nieduży procent wiernych.

 

Najpierw w polskich diecezjach, a później w Krakowie widzieliśmy wielobarwny i pełen nadziei tłum młodych ze wszystkich zakątków świata. Ci młodzi i towarzyszący im kapłani przyjeżdżali wraz ze swym doświadczeniem Kościoła, reprezentując bardzo wiele ciekawych katolickich inicjatyw i wspólnot. Była to wyjątkowa okazja do wzajemnej wymiany darów. Czego – krótko mówiąc – mogliśmy się nauczyć?

– Zobaczyliśmy po pierwsze powszechność Kościoła. Młodzi katolicy, przybyli do Polski z najodleglejszych stron świata, pokazali nam, że pod każdą szerokością geograficzną są ludzie, którzy tak samo wierzą, mają tę samą liturgię, spotykają na modlitwie tego samego Chrystusa – objawiającego prawdziwy sens życia. Równocześnie odkrywaliśmy ze zdumieniem całe bogactwo form w Kościele, które pozwalają przeżywać wiarę w różnych kulturach i językach. ŚDM ponadto uświadomiły nam, że – wbrew wszechobecnemu zeświecczeniu – wiara jest dzisiejszemu człowiekowi bardzo potrzebna. Co więcej, że jest ona nie tylko domeną ludzi starszych, ale że potrafi otworzyć serca rzeszy młodych.

 

Jednym z przejmujących momentów ŚDM była piątkowa Droga Krzyżowa, wiążąca kontemplację męki Jezusa z wezwaniem do konkretnego działania w duchu miłosierdzia, do solidarności z cierpiącymi, potrzebującymi, marginalizowanymi… Wątek miłosierdzia był klamrą spinająca papieskie przesłanie. Jak na to winniśmy teraz odpowiedzieć?

– Wspomniana Droga Krzyżowa przemówiła pięknem wykonania i głębią treści. Ważne jest jednak, aby nie potraktować jej jedynie jako doświadczenia artystyczno-estetycznego, ale jako wezwanie – jako krzyk naszych cierpiących sióstr i braci. Serce chrześcijanina nie może być obojętne na to wołanie. Nie każdy musi zaangażować się w działalność organizacji, które zostały zaprezentowane w czasie nabożeństwa – choć jest to ze wszech miar godne pochwały – ale każdy musi zrobić rachunek sumienia z tego, jak konkretnie pomaga potrzebującym.

 

Bardzo ważnym wątkiem lipcowej wizyty Franciszka, było przesłanie do Polski, wyrażone szczególnie w dwóch przemówieniach: na Wawelu i na Jasnej Górze. Na Wawelu Ojciec Święty mówił m. in. o dobrej i złej pamięci, ostrzegając, abyśmy nie poprzestawali na poziomie tej drugiej. Jakie wnioski z tego winni wyprowadzić Polacy, tak skupieni wokół pamięci swej historii, która pomaga nam w zachowaniu tożsamości?

– Po pierwsze: trzeba pielęgnować pamięć historyczną. Bez niej gubimy tożsamość. Po drugie: nie skupiamy się na tym, co było złe, zwłaszcza po stronie innych. Owszem, pamiętamy i domagamy się – jeśli trzeba – sprawiedliwości, ale nie zamykamy się w bólu i rozpamiętywaniu ran, lecz uczymy się przebaczać. Po trzecie: historia to nie tylko celebracja rocznic, ale to nauczycielka życia, także życia społecznego. Jest zachowana w naszej pamięci, abyśmy mogli wspólnie budować lepszą przyszłość.

 

Na Jasnej Górze, w homilii z okazji 1050. rocznicy chrztu Polski, Papież – do zgromadzonych tam także przedstawicieli najwyższych władz Rzeczypospolitej – mówił o potrzebie służby, pokory i stawania się “maluczkim”. Ostrzegał, że “pragnienie wielkości i sławy jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą”, przypominając, że “Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie, ale przychodzi w małości, w pokorze”. Jakie wnioski płyną z tych słów, wygłoszonych w takim właśnie momencie historii?

– Pokusa wielkości i władzy towarzyszy ludzkości od zarania jej historii. Uleganie jej doprowadzało wielokrotnie do tragedii jednostek i całych narodów. Jednak społeczeństwa do rozwoju nie potrzebują megalomanów, lecz ludzi pokornych, którzy są gotowi służyć. Świętując 1050-lecie Chrztu Polski – a tym samym całej naszej historii – dostrzegamy, że Ojczyzna dalej będzie się rozwijać, jeśli będzie miała takich właśnie ludzi. O nich musimy się modlić, ale też takich musimy w Polsce wychowywać.

 

Jakie wnioski płyną z rozmowy z Papieżem w katedrze wawelskiej oraz z jego przemówienia do kapłanów i osób konsekrowanych w sanktuarium Jana Pawła II. Polskim kapłanom postawił wielkie wymagania. Które z nich Ksiądz Arcybiskup uznałby za najważniejsze i wymagające pełniejszej realizacji?

– Wysokie wymagania papieża wobec kapłanów nie są niczym nowym, bo nauczanie papieskie jest głoszeniem czystej Ewangelii. A Ewangelia jest bezkompromisowa: „Jeżeli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie”. Wiemy, że to jest trudne. Ale Franciszek przypomina nam wszystkim, że jest to konieczne i – co więcej – możliwe. Tak właśnie odbieram słowa Ojca Świętego mówiące o podróży bez biletu powrotnego, o rezygnacji z własnych życiowych zabezpieczeń czy o dyspozycyjności posuniętej aż do zrezygnowania z zamkniętych przestrzeni i prywatnych własności. Wszyscy musimy przypominać sobie o tych wskazaniach, abyśmy wiernie wypełnili powierzoną nam misję.

 

Nie jest tajemnicą, że część księży i osób konsekrowanych wciąż żywi – większe lub mniejsze – uprzedzenia czy też krytyczne odczucia wobec Franciszka. Czy ma Ksiądz Arcybiskup nadzieję, że lipcowa wizyta może odmienić takie spojrzenia?

– Przyjęcie posługi Piotra nie jest kwestią sympatii, ale wiary. Wobec osoby pełniącej tę posługę – podobnie jak wobec każdego innego człowieka – mogą rodzić się w sercach różnorakie uczucia. Człowiek wierzący potrafi jednak odsunąć na bok wszelkie uprzedzenia i z ufnością przyjąć osobę, przez którą sam Duch Święty postanowił prowadzić Chrystusowy Kościół. W tym znaczeniu wizyta Ojca Świętego nie musi niczego zmieniać.

Z drugiej jednak strony w ostatnich dniach lipca spotkaliśmy przecież wszyscy Papieża, który stał się nam bardzo bliski, który wiernie i z charyzmą głosi Ewangelię, który pokochał Polaków, dostrzegając ich poświęcenie i wiarę, dlatego z pewnością możemy powiedzieć, że Franciszek w czasie Światowych Dni Młodzieży zdobył sobie sympatię wielu.

 

Auschwitz-Birkenau to wielki moment pielgrzymki Franciszka do Polski. Co odczytuje Ksiądz Arcybiskup z papieskiej, modlitewnej zadumy w milczeniu w tym miejscu?

– Cały właściwie pobyt Ojca Świętego w Auschwitz-Birkenau był jedną wielką modlitwą. Nie potrafimy zrozumieć ogromu nieprawości, która dokonała się w tym miejscu. Nie potrafimy pojąć ludzkiego serca, w którym rodzą się takie zbrodnie, ale potrafimy się modlić, bo wierzymy, że nie nasz rozum, tylko sprawiedliwość i miłosierdzie Boga jest w stanie ogarnąć tę przerażającą tajemnicę. I to właśnie pokazał nam papież Franciszek.

 

Lipcowe dni były czasem, kiedy podobnie jak podczas wizyt Jana Pawła II – Polacy poczuli się znów wspólnotą. Co zrobić i w jaki sposób można to kontynuować? Jaka jest i winna być w tym rola Kościoła?

– Rzeczywiście, Światowe Dni Młodzieży były swoistymi narodowymi rekolekcjami. Pozwoliły nam znowu poczuć się wspólnotą. To – zwłaszcza w kontekście nękających nasz naród napięć społecznych i politycznych – jest potwierdzeniem tego, że potrafimy się jednoczyć. Możemy popierać różne formacje polityczne, mieć inną zasobność portfela, kibicować rywalizującym ze sobą klubom piłkarskim, ale nie musimy być wrogami. Co więcej, możemy być autentycznie siostrami i braćmi, połączonymi ze sobą silnymi duchowymi więzami bratniej miłości. I tutaj ukazuje się wielkie zadanie Kościoła: wzywać do wzajemnej miłości i wprowadzać w coraz głębszą zażyłość z Chrystusem. Im bowiem bliżej jesteśmy Chrystusa, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem.

 

Dziękuję za rozmowę


Marcin Przeciszewski
mp / KAI / Warszawa

“Na moją decyzję wpłynęły kłopoty zdrowotne”

Moja decyzja o rezygnacji z dalszego pełnienia posługi spowodowana była świadomością, że nie jestem w stanie podjąć trudnej pielgrzymki do Rio de Janeiro na Światowe Dni Młodzieży – wyznał w wywiadzie opublikowanym na łamach dziennika „La Repubblica” papież-senior Benedykt XVI. Rozmowę z nim przeprowadził dyrektor włoskiej edycji czasopisma teologicznego Communio, Elio Guerriero.

Polub nas na Facebooku!

Oto pełny tekst tej rozmowy w tłumaczeniu na język polski:


Wasza Świątobliwość, odwiedzając po raz ostatni Niemcy, w 2011 roku, powiedziałeś: „Bogu nie można odmawiać”. A ponadto „Gdzie jest Bóg, tam jest przyszłość”. Czy nie było Tobie przykro rezygnować w Roku Wiary?

Benedykt XVI: Oczywiście zależało mi, aby zakończyć Rok Wiary i napisać encyklikę o wierze, która miała być finalizacją procesu rozpoczętego wraz z encykliką „Deus caritas est”. Jak mówi Dante, miłość, która porusza słońce i inne gwiazdy, popycha nas, prowadzi nas ku obecności Boga, która daje nam nadzieję i przyszłość. W sytuacji kryzysowej najlepszą postawą jest stanięcie przed Bogiem z pragnieniem odzyskania wiary, aby móc iść dalej w pielgrzymce życia. Pan ze swej strony z radością przyjmuje nasze pragnienie, aby dać nam światło, które prowadzi nas w pielgrzymce życia. Jest to doświadczenie świętych, św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Jednakże w roku 2013, było wiele zobowiązań, których jak sądziłem nie mogłem dobrze wypełnić.

 

Jakie to były zobowiązania?

Zwłaszcza wyznaczona już była data Światowego Dnia Młodzieży, który miał odbyć się w lecie 2013 roku w Rio de Janeiro w Brazylii. W związku z tym miałem na względzie dwa wyraźne uwarunkowania. Po doświadczeniach z podróży do Meksyku i na Kubę nie czułem się na siłach, by podjąć tę tak bardzo trudną podróż. Ponadto program tych dni określony przez Jana Pawła II domagał się koniecznie fizycznej obecności Papieża. Nie można było myśleć o połączeniu telewizyjnym lub innych formach, jakie zapewniają technologie. To także była jedna z okoliczności, z powodu których rezygnacja stała się dla mnie obowiązkiem. Miałem wreszcie jakąś pewność, że nawet bez mojej obecności Rok Wiary zakończy się pomyślnie. Wiara jest bowiem łaską, hojnym darem Boga dla wierzących. W związku z tym byłem głęboko przekonany, że mój następca, jak to się później zresztą stało, również doprowadzi do pomyślnego zakończenia, takiego jakiego chce Pan, zapoczątkowanej przeze mnie inicjatywy.

 

Odwiedzając bazylikę Santa Maria di Collemaggio w L’Aquili zależało Waszej Świątobliwości na złożeniu swojego paliusza na ołtarzu św. Celestyna V. Czy może nam Wasza Świątobliwość powiedzieć, kiedy podjął decyzję o konieczności rezygnacji z wykonywania posługi Piotrowej dla dobra Kościoła?

Podróż do Meksyku i na Kubę była dla mnie piękna i wzruszająca z wielu punktów widzenia. W Meksyku byłem pod wrażeniem spotkania z głęboką wiarę wielu ludzi młodych, doświadczając ich radosnego umiłowania Boga. Podobnie, wielkie wrażenie wywarły na mnie wielkie problemy społeczeństwa meksykańskiego i zaangażowanie Kościoła, by znaleźć w oparciu o wiarę odpowiedź na wyzwania związane z biedą i przemocą. Nie trzeba natomiast wyraźnie przypominać, jak wielkie wrażenie wywarł na mnie na Kubie sposób, w jaki Raul Castro chce prowadzić swój kraj na nowej drodze, nie zrywając ciągłości z bezpośrednią przeszłością. Także i tam wielkie wrażenie wywarł na mnie sposób w jaki moi bracia w biskupstwie wychodząc z wiary starają się znaleźć ukierunkowanie w tym trudnym procesie. Jednakże w tych dniach doświadczyłem z wielką siłą ograniczeń mojej wytrzymałości fizycznej. Przede wszystkim uświadomiłem sobie, że w przyszłości nie będę już w stanie stawić czoła przelotom transoceanicznym z powodu zmian strefy czasowej. Oczywiście mówiłem o tych problemach także z moim lekarzem, prof. dr Patrizio Poliscą. Stało się jasne, że nigdy nie będę w stanie wziąć udziału w Światowym Dniu Młodzieży w Rio de Janeiro w lecie 2013 roku. Przeszkodą była tutaj wyraźnie zmiana stref czasowych. Od tej pory musiałem w stosunkowo krótkim czasie zdecydować o dacie mojego wycofania się.

 

Po rezygnacji wielu wyobrażało sobie scenariusze średniowieczne, z trzaskającymi drzwiami i sensacyjnych oskarżeniami. Do tego stopnia, że ci sami komentatorzy byli zaskoczeni, prawie rozczarowani decyzją Waszej Świątobliwości o pozostawaniu w pobliżu bazyliki św. Piotra, aby udać się do klasztoru Mater Ecclesiae. Jak doszło do takiej decyzji?

Wiele razy od jego początków odwiedzałem klasztor Mater Ecclesiae. Często tam się udawałem, aby uczestniczyć w nieszporach, by odprawić Mszę Świętą dla wszystkich zakonnic, które przebywały tam na przemian. Po raz ostatni byłem tam z okazji rocznicy powstania Sióstr Wizytek. Jan Paweł II w swoim czasie uznał, że dom, który wcześniej służył jako mieszkanie dyrektora Radia Watykańskiego, miał się stać w przyszłości miejscem modlitwy kontemplacyjnej, jako źródła wody żywej w Watykanie. Dowiedziawszy się, że wiosną wygasał trzyletni okres obecności Wizytek niemal naturalnie uświadomiłem sobie, że będzie to miejsce, gdzie mogę się wycofać, aby na swój sposób kontynuować posługę modlitwy, do której Jan Paweł II przeznaczył ten dom.

 

Nie wiem, czy także Wasza Świątobliwość widział zdjęcie zrobione przez korespondenta BBC, w dniu Twojej rezygnacji, na którym ujęto kopułę bazyliki świętego Piotra, w którą uderzył piorun (papież Benedykt kiwnął głową, że je widział). Wielu osobom obraz ten podsunął myśl o upadku lub nawet końcu świata. Teraz jednak chciałbym powiedzieć: oczekiwano opłakiwania człowieka przegranego, który doznał porażki w historii, ale widzę tutaj człowieka spokojnego i ufnego.

Całkowicie się zgadzam. Powinienem być naprawdę bardzo zaniepokojony, gdybym nie był przekonany, jak powiedziałem na początku mojego pontyfikatu, że jestem prostym i skromnym pracownikiem w winnicy Pańskiej. Od początku byłem świadomy moich ograniczeń i przyjąłem wybór, tak jak zawsze starałem się czynić w moim życiu, w duchu posłuszeństwa. Potem były mniejsze lub większe trudności pontyfikatu, ale było też wiele łask. Zdawałem sobie sprawę, że wszystko, co powinienem był uczynić, nie mogę zrobić sam i byłem niemal zmuszony złożyć siebie w ręce Boga, zaufać Jezusowi, z Którym, w miarę jak pisałam o Nim książkę, czułem się związany przyjaźnią starą i coraz głębszą. Była też Matka Boża, matka nadziei, która była pewnym wsparciem w trudnościach i której bliskość odczułem coraz bardziej odmawiając Święty Różaniec oraz nawiedzając sanktuaria maryjne. Byli też wreszcie święci, moi towarzysze podróży życiowej: św. Augustyn i Bonawentura, moi mistrzowie duchowi, ale także Benedykt którego motto „Niczego nie przedkładać nad Chrystusa” stało się coraz bardziej bliskie oraz św. Franciszek, Biedaczyna z Asyżu, pierwszy, który sobie uświadomił, że świat jest zwierciadłem stwórczej miłości Boga, od którego pochodzimy i ku któremu zdążamy.

 

Zatem tylko pociechy duchowe?

Nie, w mojej pielgrzymce życiowej towarzyszył nie tylko Bóg. Każdego dnia otrzymywałem wiele listów, nie tylko od wielkich tego świata, ale także od ludzi skromnych i prostych, którym zależało, aby mnie poinformować, że są blisko mnie, że modlą się za mnie. Stąd nawet w chwilach trudnych miałem ufność i pewność, że Kościół jest prowadzony przez Pana, a zatem, że mogę złożyć w Jego ręce mandat powierzony mi w dniu wyboru. Poza tym to wsparcie trwa nadal, także po mojej rezygnacji, za co mogę jedynie być wdzięczny Panu i wszystkim, którzy wyrazili mi i nadal okazują mi swoją miłość.

 

W słowach pożegnalnych skierowanych do Kolegium Kardynalskiego, 28 lutego 2013 roku Wasza Świątobliwość przyrzekł posłuszeństwo swojemu następcy. Tymczasem mam wrażenie, że zapewnił również ludzką bliskość i serdeczność papieżowi Franciszkowi. Jak wyglądają relacje z Twoim następcą?

Posłuszeństwo mojemu następcy nigdy nie było kwestionowane. Ale istnieje ponadto uczucie głębokiej komunii i przyjaźni. W chwili jego wyboru doświadczyłem, podobnie jak wielu innych, spontanicznego uczucia wdzięczności wobec Opatrzności. Po dwóch papieżach z Europy Środkowej, Pan skierował, że tak powiem swoje spojrzenie ku Kościołowi powszechnemu i zachęcił nas do szerszej komunii, bardziej katolickiej. Osobiście byłem głęboko poruszony od pierwszej chwili niezwykłą ludzką dyspozycyjnością papieża Franciszka wobec mnie. Natychmiast po swoim wyborze starał się do mnie zadzwonić. Skoro to się jemu nie udało, zatelefonował do mnie ponownie natychmiast po spotkaniu z Kościołem powszechnym z logii bazyliki św. Piotra i rozmawiał ze mną z wielką serdecznością. Od tej pory obdarzył mnie darem niezwykłej relacji ojcowsko-braterskiej. Często docierają tu do mnie drobne upominki, listy napisane osobiście. Przed wyruszeniem na długie podróże papież zawsze mnie odwiedza. Ludzka życzliwość, z jaką mnie traktuje, jest dla mnie szczególna łaską na tym ostatnim etapie mojego życia, za którą mogę być jedynie wdzięczny. To, co mówi o otwartości na innych ludzi, to nie tylko słowa. Realizuje je praktycznie wobec mnie. Niech Pan pozwoli jemu z kolei codziennie odczuwać swoją życzliwość. O to się dla niego modlę do Pana.

 

Rozmawiał Elio Guerriero.


tłum. st (KAI) / Rzym