Marianna Kolbe. Kobieta, która wychowała świętego

Marianna chciała budować życie własnymi siłami, według własnych planów, a Pan Bóg i tak poprowadził wszystko swoimi drogami. W końcu zrozumiała, że to nie ona jest panią losu swojego i swoich bliskich, że Bóg z każdym ma własną relację. Z Natalią Budzyńską, autorką książki Matka męczennika, kulturoznawcą i dziennikarką Przewodnika Katolickiego rozmawia Lidia Molak.

Polub nas na Facebooku!

Lidia Molak: Dlaczego zajęła się Pani postacią Marianny Kolbe?

Natalia Budzyńska: W biografiach św. o. Maksymiliana jego rodzina jest przedstawiana dość powierzchownie. Kiedy zaczęłam zagłębiać się w życie Marianny Kolbe, ucieszyłam się, że to była naprawdę zwykła rodzina, wcale nie idealna. Szczególnie Marianna okazała się osobą bardzo ciekawą.

 

Czyli jaką?

Bardzo doświadczoną przez życie. Pod wpływem tych doświadczeń kształtowała się również jej wiara – od bardzo infantylnej po bardzo dojrzałą, choć Pana Boga do końca nazywała „Bozią”. Miała silną osobowość, nikt nie był w stanie się jej sprzeciwić.

 

Otoczenie ją ceniło?

Wspomnienia są pełne szacunku.

 

Szacunku do niej samej czy do niej jako matki o. Maksymiliana?

Owszem, była kojarzona z synem: rozwijał się Niepokalanów, Rycerz Niepokalanej był bardzo popularnym pismem… Ale felicjanki, u których spędziła w Krakowie ostatnie 30 lat życia, podkreślały jej dobroć, odpowiedzialność, opiekuńczość, pracowitość, pokorę, rozmodlenie.

 

Opowiedzmy o jej rodzinie.

Marianna Dąbrowska pochodziła z rodziny prostych robotników, tkaczy ręcznych ze Zduńskiej Woli, wtedy nazywanej „miastem tkaczy”. Ojciec nawet nie potrafił pisać. Dzieci nie chodziły do szkoły, były uczone przez matkę i pomagały rodzicom w ich warsztacie. Było biednie i pobożnie, z wyraźnym rysem maryjnej pobożności. Marianna chciała być zakonnicą. Nie wiem skąd się wzięło to jej pragnienie, bo w Zduńskiej Woli nie było klasztoru, a ona nigdzie nie wyjeżdżała i nie miała kontaktu z mniszkami. Bardzo ważny był dla niej ideał czystości, mówiła często: „Wolałabym umrzeć, niż wyjść za mąż”. A jednak Marianna znalazła kawalera, Juliusza Kolbego, który nie dość, że nie pił i nie palił, to jeszcze chodził na pielgrzymki do Częstochowy. Pobrali się i urodziła mu pięciu synów, z których dwóch najmłodszych wcześnie zmarło. Kolbowie przeprowadzali się kilka razy. Krótko mieszkali w Łodzi czasu „ziemi obiecanej” – zresztą w tym samym czasie co oni mieszkał tam Reymont, zbierający materiały do swojej powieści. Potem przenieśli się do Pabianic, gdzie pracowali w fabryce. Robotnicy uważali ich za „święte małżeństwo”. Oboje należeli do III zakonu św. Franciszka. Żyli bardzo skromnie, bo uważali, że dobra doczesne są zagrożeniem dla zbawienia. Juliusz nawet zrezygnował ze swojej części spadku po rodzicach.

A jednak Marianna swoich marzeń nie porzuciła. Nie wiem, czy namówiła swego męża, czy wyszło to od niego, ale kiedy chłopcy mieli po kilkanaście lat, Juliusz napisał żonie zwolnienie ze ślubów małżeńskich, pozwalając jej, by odeszła i poświęciła się w pełni służbie Bogu. Zanim się to stało, przez kilka lat co roku odnawiali śluby czystości, żyjąc jako białe małżeństwo.

 

Marianna doświadczyła więc wszystkiego, czego może doświadczyć kobieta: małżeństwa, bliskości z mężczyzną, macierzyństwa i życia w klasztorze.

Ale nie jako zakonnica. Okazało się, że oświadczenie męża nie wystarczy, by mogła nią zostać, choć bardzo się o to starała i starał się także o. Maksymilian. Jej mąż też szukał miejsca dla siebie przy klasztorach, nawet je znajdował, ale szybko okazywało się, że to nie dla niego. Nie odnajdywał się w takim życiu. W ten sposób, jeszcze przed czterdziestką, Juliusz został bez domu, bez żony, bez synów, którzy wówczas już wszyscy trzej byli w nowicjacie u franciszkanów. Bardzo tęsknił za nimi wszystkimi. Jego listy są naprawdę rozpaczliwe. Ostatecznie zaginął nie
wiadomo gdzie, udawszy się na poszukiwanie najstarszego syna, który zbiegł z klasztoru na wojnę w 1914 r. wraz z sześcioma innymi klerykami. A Marianna, tak jak chciała, żyła przy klasztorze i obserwowała życie swoich synów – którzy również realizowali jej pragnienia.

 

A jednak jeden się zbuntował.

Najstarszy, który od początku był planowany przez rodziców na księdza. Franciszek, czyli brat Walerian. Najpierw został żołnierzem, a potem
się ożenił, czego Marianna nie zaakceptowała do końca życia. Nie akceptowali tego również jego bracia. W swoich listach o. Maksymilian snuje wizje, że Franciszek wróci jeszcze do zakonu i że do zakonu pójdzie również jego żona i córka. Marianna zaś miała żal do Franciszka, że opuścił klasztor – uważała, że z niego uciekł. 

 

Rodzina Kolbów była bardzo patriotyczna, chowała synów w duchu wolnej Polski

Ale Franciszek nie opuścił przecież zakonu z powodu przyszłej żony.

Nie, po prostu doszedł do wniosku, że nie chce być zakonnikiem. Pociągało go inne życie. Rodzina Kolbów była bardzo patriotyczna, chowała synów w duchu wolnej Polski i trudno się dziwić, że kiedy zaczęła się wojna, kiedy pojawiła się szansa na niepodległość, młody mężczyzna rwał się do wojaczki. Zresztą i Maksymilian miał na to ochotę; sam pisał, że gdyby nie był w tym czasie w Rzymie, to kto wie… Franciszek dotarł z legionami aż na Węgry, został tam ranny, był w szpitalu. Doświadczył wojny, walk na bagnety, także braterstwa broni. A skoro tego posmakował, to trudno sobie wyobrazić, że wróciłby do zakonu, do którego najwyraźniej nie miał powołania. Potem walczył w II wojnie światowej jako żołnierz AK i zginął w Auschwitz.

 

Czy Franciszek miał wcześniej swobodny wybór drogi życiowej?

Bracia Kolbowie chodzili do gimnazjum we Lwowie przy klasztorze franciszkańskim, do nowicjatu wstąpili mając po 15, 16 lat. Marianna izolowała ich jako dzieci od rówieśników. Mieli siedzieć w domu, chodzić do szkoły, do kościoła, uczyć się, modlić; chór kościelny i owszem, ale już biegać po podwórku – nie bardzo. Była niezadowolona, kiedy szkoła handlowa, do której chodzili Franciszek i Rajmund, stała się koedukacyjna. Myślę, że o. Maksymilian przejął od matki trochę tego lęku przed kobietami. Wyrażał się o nich – podobnie jak matka – „baby”.

 

Był jeszcze jeden syn.

Józef, w zakonie brat Alfons. To też ciekawa postać. Beniaminkiem pozostał właściwie do końca życia. Żył zresztą niedługo, zmarł koło trzydziestki z powodu za późno rozpoznanego zapalenia wyrostka. Również został franciszkaninem, był nawet przez jakiś czas przeorem w Niepokalanowie, kiedy o. Maksymilian, zawsze konkretny, niezależny, pojechał do Japonii. Brat Alfons – bardzo wrażliwy, zależny od emocji matki, jej nadopiekuńczości, piszący wiersze, miał duży wkład w tworzenie Niepokalanowa i Rycerza Niepokalanej. Niestety, zbyt mało się go wspomina.

 

Na ile o. Maksymilian został ukształtowany przez matkę, rodzinę?

Niewątpliwie te osoby miały wielki wpływ na to, kim się stał. Ale ja wyraźnie widzę jego późniejszą drogę jako zupełnie samodzielną. Szczególnie lata wojny postawiły go w sytuacji, w której wykazał wierność samej istocie chrześcijaństwa i ducha franciszkańskiego. Niepokalanów stał się dzięki niemu miejscem, gdzie pomoc mogli otrzymać wszyscy bez wyjątku potrzebujący, również liczna grupa Żydów z Wielkopolski. Wszystkim tym ludziom o. Maksymilian udzielał pomocy aż do granic swego wyczerpania. Wszystko postawił na jedną
kartę. To, jak się skończyło jego życie, było następstwem tego, jak żył i Komu ufał.

 

Maksymilianowi udało się skutecznie i w porę przeciąć pępowinę. Wiedział, jaki jest jego cel, i do niego dążył. A jego niechęć dotyczyła nadmiernego afektu matki, sieci, jakimi próbowała go osaczyć. Odrzucił relację, która tak naprawdę jest niszcząca, bo zagraża wolności młodego człowieka.

Patrząc na jego relację z Marianną, myślę o słowach Jezusa, że kto nie ma w nienawiści matki i ojca, nie może być Jego uczniem.

Maksymilianowi udało się skutecznie i w porę przeciąć pępowinę. Wiedział, jaki jest jego cel, i do niego dążył. A jego niechęć dotyczyła nadmiernego afektu matki, sieci, jakimi próbowała go osaczyć. Odrzucił relację, która tak naprawdę jest niszcząca, bo zagraża wolności młodego człowieka. Sądzę jednak, że Maksymilian był wolnym człowiekiem.

 

Jak jego niezależność przyjmowała Marianna?

Tęskniła za nim, jak to matka. Ale on miał już własne życie, własną drogę, własną rodzinę franciszkańską, i był tego całkowicie świadomy. Ona w listach między wierszami robiła mu wyrzuty, że jej nie odwiedził, kiedy przejeżdżał przez Kraków, że nie wyszedł do niej, kiedy ona odwiedziła go w Niepokalanowie.

 

Jak przeżyła jego śmierć?

Bardzo mocno. Przyznała się później, że zwątpiła w dobroć Boga, miała do Niego wielki żal, że zabrał jej syna, i to w taki sposób, że ona nawet nie wie, gdzie jest pochowany – a przecież, mówiła – on był tak oddany Bogu i należało mu się coś innego. Ale ten bunt, który Marianna przeżyła, trwał tylko przez moment.

 

Sądzę, że Marianna zrozumiała, iż chciała budować życie własnymi siłami, według własnych planów, a Pan Bóg i tak wszystko swoimi drogami poprowadził.

Wspomniała Pani na początku, że wiara Marianny dojrzewała w jej cierpieniu.

Pod koniec życia napisała w liście do franciszkanów, do Niepokalanowa, że była niedoskonałą żoną i matką i że to, jacy byli jej synowie, nie było zupełnie jej zasługą. Myślę, że pisała szczerze – siedemdziesięciokilkuletnia kobieta, która przeżyła wszystkich synów, synową i zapewne męża, z których nikogo nie dane jej było pochować. Na jej pogrzebie nie było żadnej osoby z rodziny.

Sądzę, że Marianna zrozumiała, iż chciała budować życie własnymi siłami, według własnych planów, a Pan Bóg i tak wszystko swoimi drogami poprowadził. Zrozumiała, że to nie ona jest panią losu swojego i swoich bliskich, że Bóg z każdym ma własną relację. Myślę, że ona to faktycznie w końcu zrozumiała.

 

Dlaczego tak mało wiemy o Mariannie?

Zapytałabym raczej, dlaczego żaden z biografów św. Maksymiliana nie był gotowy, by opowiedzieć więcej o jego rodzinie. A przecież korzystali z tych samych materiałów, co ja. To mnie uderzyło, że ktoś może myśleć, iż nie jesteśmy gotowi przyjąć prawdy o rodzinie Kolbów. Tak jakby to coś ujmowało o. Maksymilianowi i jego świętości.

 

Może mamy tendencję do dwubiegunowości: albo idealizujemy, albo potępiamy?

Ale przez to dostajemy czasami tani, pięknie podkolorowany święty obrazek. A przecież to była rodzina autentyczna, ludzka, z krwi i kości. Popełniała błędy, jak każdy z nas. Jeśli w rodzinie tak dalekiej od ideału wyrósł święty – to dlaczego nie miałby wyrastać w mojej czy twojej rodzinie? I to jest dla mnie istotne pytanie. Nie jesteśmy doskonali. Mylimy się, bo jesteśmy tylko ludźmi, ale Boga w Jego szczodrości to nie ogranicza.

 

Tekst pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika dla kobiet List do Pani.

Pismo ukazuje się od lutego 1993 r., a jego wydawcą jest Polski Związek Kobiet Katolickich. Miesięcznik poświęcony szeroko pojętej formacji religijnej, adresowany jest do kobiet, które pragną ogarnąć refleksją swoje życie i zadania wynikające z kobiecego powołania. Punktem odniesienia dla twórców pisma jest Ewangelia i nauczanie Jana Pawła II, Jego teologiczna wizja kobiety i jej zadań w misterium Stworzenia i Zbawienia. Wpisany w nurt tak pojętego nowego feminizmu „List do Pani” ukazuje niezwykłą rolę kobiety w rodzinie, społeczeństwie, w nowej ewangelizacji; upomina się o powszechny szacunek dla macierzyństwa, ojcostwa, rodziny, dziecka, o politykę prorodzinną; stara się wykazać, jak błędne i szkodliwe są postawy i ideologie zaprzeczające w pełni ludzkiemu i duchowemu rozumieniu rodziny, kobiety i dziecka.

Informacje o prenumeracie dostępne są na stronie internetowej miesięcznika.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



“Naśladuj Chrystusa – kochaj i służ”. Św. Maksymilian Kolbe

Kiedy miał 12 lat, ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna, trzymająca w rękach dwie korony: białą i czerwoną. Pierwsza symbolizowała czystość, druga męczeństwo. Matka Boża zapytała, którą wybiera. Odpowiedział, że obie.

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Działo się to w jego parafialnym kościele w Pabianicach. Rok później młody Kolbe wstąpił do niższego seminarium Braci Mniejszych Konwentualnych we Lwowie i przyjął imię Maksymilian.

Fr.Maximilian_Kolbe_1939

Święty Maksymilian Maria Kolbe w 1939 roku

Studia kończył w Rzymie, gdzie po raz pierwszy zetknął się z masońskimi demonstracjami, które odbywały się pod sztandarem Lucyfera gromiącego Michała Archanioła.

Przekonany, że zaczęła się „Era Niepokalanej”, w której zgodnie z proroctwem zawartym w Księdze Rodzaju – to Ona zmiażdży głowę węża – założył Niepokalanów – olbrzymi i nowoczesny kompleks klasztorny w Teresinie pod Warszawą, wydawnictwo i rozgłośnię radiową. W planach miał również budowę lotniska oraz wytwórni filmowej.

W 1930 roku ojciec Maksymilian Kolbe wyjechał na Daleki Wschód. Trafił też do Nagasaki i tam zaczął wydawać pismo „Rycerz Niepokalanej” (dzisiaj jest to jedno z najbardziej nakładowych czasopism religijnych w Polsce). Przed wybuchem drugiej wojny światowej krajowy nakład tego periodyku wynosił 750 tysięcy, a czasem milion egzemplarzy.

Podczas pobytu w Japonii ojciec Maksymilian Kolbe zdobył ogromne doświadczenie wydawnicze, edytorskie i duchowe. Tam też udało mu się wybudować klasztor-miasto o nazwie Ogród Niepokalanej (Mugenzai no Sono), gdzie zorganizował nową wspólnotę franciszkańską.

Miał też plan założyć inne Miasta Niepokalanej w równie egzotycznych częściach świata, jednak zmuszony był wrócić do kraju, aby pokierować największym wówczas klasztorem na świecie, zrzeszającym blisko 700 braci i kandydatów do zakonu.

Kiedy po wybuchu II Wojny Światowej większość mieszkańców klasztoru zmuszona została na skutek prześladowań do opuszczenia Niepokalanowa, w jego murach schronili się uciekinierzy, rebelianci, ranni i bezrobotni – także ci, pochodzenia żydowskiego. Ta postawa ojca Maksymiliana i franciszkanów mieszkających w Niepokalanowie wywołała konflikt z nową władzą, nasiliły się przesłuchiwania. Ojciec Maksymilian kilka razy przebywał w więzieniu. Ostatni raz zabrano go 17 lutego 1941, zdążył powiedzieć tylko: „Idę służyć Niepokalanej w innym obozie pracy”.

Przesłuchiwano go na Pawiaku, a w maju przewieziono do Oświęcimia, gdzie otrzymał numer 16670. Pod koniec lipca na jednym z obozowych apeli zgłosił się, by pójść na śmierć w zamian za jednego z współwięźniów, Franciszka Gajowniczka. W celi śmierci przebywał kilkanaście dni. Zmarł dobity zastrzykiem trucizny 14 sierpnia 1941 r. W czasie gdy był w obozie, zdołał wysłać jeden list do swojej matki:

Moja Kochana Mamo, Pod koniec miesiąca maja przyjechałem z transportem do obozu w Oświęcimiu. U mnie jest wszystko dobrze. Kochana Mamo, bądź spokojna o mnie i o moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim. Byłoby dobrze przed moim następnym listem nie pisać do mnie, ponieważ nie wiem, jak długo tu pozostanę. Z serdecznymi pozdrowieniami i pocałunkami. Rajmund Kolbe.

W 1982 roku papież Jan Paweł II ogłosił go świętym. Odwiedzając Oświęcim papież powiedział o nim, że “odniósł duchowe zwycięstwo, podobne do zwycięstwa samego Chrystusa, oddając się dobrowolnie na śmierć w bunkrze głodu – za brata”.

 

Kilka motywacyjnych myśli św. Maksymiliana

● Choćbyśmy się najwięcej trudzili i zamęczali – niewiele zrobimy, jeżeli nie damy dobrego przykładu.

● Co chwila bądź lepszy. Teraz czas drogi.

● Dobrze spełniać to co ode mnie zależy, a dobrze znosić to, co ode mnie nie zależy – oto jest cała doskonałość i źródło prawdziwego szczęścia na świecie.

● Kolana, a nie rozum albo pióro, dają owoc w pracy, kazaniach, książkach.

● Miłość nie spoczywa, ale rozszerza się jak ogień, który pożera wszystko.

● Modlitwa i samotność czynią człowieka świętym.

● Modlitwą wszystko (prawdziwie pożyteczne) na pewno otrzymasz. Ale natrętnie, stale módl się; z coraz większą żarliwością. A Pan Bóg przez cię będzie cuda wykonywał.

● Módl się nie więcej, ale lepiej i ufaj.

● Największa ofiara – to ofiara z własnej woli.

● Napoleon powiedział: by wygrać wojnę, potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy. By zdobyć niebo, świętość potrzeba też trzech rzeczy – modlitwy, modlitwy, modlitwy. Od jakości modlitwy zależy wszystko.

● Naśladuj Chrystusa – kochaj i służ.

● Nie zmogą nas te cierpienia, tylko przetopią i zahartują. Wielkich potrzeba ofiar naszych, aby okupić szczęście i pokojowe życie tych, co po nas będą.

● Pan Bóg nie mierzy modlitwy na metry i jej wartość wcale nie zależy od ilości odmawianych różańców czy koronek. Istotę modlitwy stanowi wzniesienie myśli i duszy do Boga.

● Skupienie jest początkiem nawrócenia.

● Tylko miłość jest twórcza.

● Upomnienie jest aktem miłości. Przyjmuj je z wdzięcznością.

● Wiedza nadyma i o tyle jest pożyteczna, o ile służy miłości.

● Wierzyć – to oświetlać to, co ukryte.

● Wszystko się skończy więc i cierpienia się skończą. Droga chwały, to droga krzyża. Matka Najświętsza z nami, Ona nam zawsze pomaga.

● Z ufnością czyń, co masz czynić, nie wdając się w sprawy innych; tak uzyskasz o wiele więcej czasu do wypełniania własnych obowiązków.

● Źródłem pokoju jest zdać się na wolę Bożą: robić, co jest w naszej mocy, resztę zostawić staraniu Bożej Opatrzności i zaufać jak dziecko Matce swej najlepszej.

● Żadnej prawdy nikt nie może zmienić – może tylko szukać jej, znaleźć ją i uznać, by do niej życie dostosować.

 

Modlitwa za wstawiennictwem świętego Maksymiliana:

Święty Maksymilianie Mario, najwierniejszy naśladowco biedaczyny z Asyżu, który rozpalony miłością Bożą przemierzyłeś życie nieprzerwanie praktykując cnoty heroiczne i wypełniając święte dzieła apostolatu, skieruj swój wzrok na nas, Twoich czcicieli, którzy powierzamy się Twemu wstawiennictwu.

Ty, który oświecony światłem Dziewicy Niepokalanej, pociągnąłeś niezliczone dusze ku ideałom świętości, wzywając je do każdej formy apostolatu, by zatryumfowało dobro i rozszerzało się Królestwo Boże, uproś nam światło i siły do czynienia dobra i pociągnięcia licznych dusz do miłości Chrystusa.

Ty, który w doskonałym zespoleniu z Boskim Zbawicielem, osiągnąłeś tak wysoki stopień miłości, że ofiarowałeś we wzniosłym świadectwie miłości, własne życie dla ocalenia życia brata – więźnia, wybłagaj nam u Pana łaskę, o którą żarliwie Cię prosimy… Ożywieni tym samym zapałem miłości, możemy także my, poprzez wiarę i czyny, świadczyć o Chrystusie naszym braciom, by wraz z Tobą dojść do uświęcającego posiadania Boga w świetle chwały. Amen.

 


Więcej o świętych poczytaj w kategorii “Święci”.


 

Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB “Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie”.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap