video-jav.net

Ks. Godnarski: nie pozwólmy sobie na “święty spokój”

Nie jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb świata. Chodzi o to, byśmy nie pozwolili sobie na „święty spokój”, lecz byli w ciągłej gotowości i pozostawali w duchu służby – mówi w rozmowie z KAI ks. Artur Godnarski. Duszpasterz, ewangelizator i misjonarz miłosierdzia opowiada o owocach, jakie przynieść może Kościołowi zakończony w niedzielę Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia.

Polub nas na Facebooku!

Michał Plewka (KAI): Który spośród uczynków miłosierdzia udało się nam – Polakom – najlepiej wypełnić w Roku Świętym Miłosierdzia?

Ks. Artur Godnarski: Inspiracja jaka płynie od Ojca Świętego uruchomiła w ludziach wiele wewnętrznych sił, które widać na różnych polach: społecznym, czy duchowym. Szczegółowe badanie to niezłe zadanie dla Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Ja wolę powiedzieć o tym, co ten czas uruchomił we wspólnocie, w której mieszkam.

Jubileusz Miłosierdzia sprawił, że Bóg otworzył nasze serca, abyśmy bardziej zwrócili uwagę na ludzi ubogich. Widać to chociażby po finansach – dużo więcej pieniędzy przeznaczyliśmy w tym roku na pomoc tym osobom, bardziej otworzyliśmy nasz dom wspólnoty na osoby potrzebujące, bezdomne.

Sprowadziliśmy z Aleppo syryjską rodzinę, która znajdowała się w sytuacji ogromnej potrzeby. Udało nam się wynająć im mieszkanie, załatwić wszystkie dokumenty, wprowadzić ich jakoś w naszą kulturę, nasz rytm życia. Przyznaję, że to naprawdę nie było łatwe, bo są to ludzie zupełnie innego kontekstu geo-polityczno-gospodarczo-kulturowego. Pan Bóg wykonywał nad nami ciężką pracę, byśmy popełnili wysiłek zrozumienia tych ludzi. Dużo musieliśmy czytać, poznawać, rozmawiać, aby w końcu zrozumieć ich mentalność i ich zachowania.

Innym razem Pan Bóg przyprowadził do nas polską rodzinę bezdomną. Również im mogliśmy pomóc. Kilka tygodni temu przywieziono do nas z Niemiec bezdomną siedemdziesięcioparoletnią kobietę pochodzącą z Polski. Okazało się, że stała się dla nas pięknym darem uruchamiającym w młodych opiekuńczość, troskliwość, wyrozumiałość dla starszych i chorych oraz zaangażowanie w bezpośrednią pomoc. To wymagało od każdego z nas przełamania się i przekroczenia wewnętrznych barier niechęci. To sprawia z ludźmi miłość.

 

Czy taka pomoc przychodzi łatwo?

Na pewno wiąże się ona z dużą odpowiedzialnością, zarówno finansową, jak i socjalną. Gubin, gdzie prowadzimy nasz dom, to jest mała miejscowość, gdzie ludzie raczej się znają. Wprowadzenie kogoś nowego do tej społeczności i dbanie o ich bezpieczeństwo to spore wyzwanie. Jest ono dla nas możliwe z tego powodu, że jesteśmy wspólnotą a nie działamy w pojedynkę.

Trzeba tu powiedzieć o pewnej wolcie, jaka dokonała się w Kościele, a którą zauważył ostatnio bp Grzegorz Ryś podczas wykładu na Uniwersytecie Jagiellońskim. W pierwotnym Kościele wszystkie dobra były przeznaczane na pomoc ubogim. Później była to jedna czwarta z dochodów biskupa czy prezbitera. Obecnie natomiast przesunięto akcent, że dobra materialne mają służyć pasterzom. Wszystko stanęło jakby na głowie. Ta refleksja przywraca nas w czas i dynamikę pierwotnej miłości.

Ubodzy są nam dani po to, byśmy nie schamieli i nie stali się skrajnymi egoistami. Żebyśmy nie zgodzili się na konsumpcyjny styl życia. Musimy umieć sobie czegoś odmawiać.

 

Na tym polega miłosierdzie?

Nie możemy ograniczać miłosierdzia wyłącznie do budowania szpitali, przytułków, czy domów pomocy społecznej. Jest taka pokusa, by przekazać wszystkich ludzi potrzebujących sprawnie działającym instytucjom, abyśmy mieli „święty spokój”. Tymczasem miłosierdzie to pewnego rodzaju napięcie bycia w gotowości, bycie niespokojnym. Nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że w miłosierdziu chodzi o ten „niepokój” serca, który sprawia, że jesteśmy gotowi się zaangażować i być wytrwałymi.

Nie jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb świata. Chodzi o to, byśmy nie pozwolili sobie na „święty spokój”, lecz byli w ciągłej gotowości i pozostawali w duchu służby. Byśmy mieli serce wrażliwe, ożywiane tym ‘caritas’. Nigdy nie mamy tak mało, byśmy nie mogli się podzielić tym co mamy. Marcin Luter mówił, że ostatnią rzeczą, która się nawraca jest portfel. Jeśli uwierzyć, że tak jest, to nawrócenie portfela może być miernikiem nawrócenia serca. „Daj tyle, żeby cię zabolało” – mówiła Matka Teresa.

 

Miłosierdzie Boga objawia się w sposób szczególny w konfesjonale. Czy ogłoszenie przez papieża Roku Świętego wywarło wpływ na przeżywanie przez wiernych sakramentu spowiedzi?

Jubileusz Miłosierdzia rzeczywiście zachęcił wiele osób do skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania. Wystarczyło powiedzieć, że jest wśród nas misjonarz miłosierdzia i znajdowało się mnóstwo osób, które prosiło o Boże miłosierdzie – naprawdę w różnych i trudnych życiowych sytuacjach.

Wielu ludzi w sakramencie pokuty podjęło karkołomną decyzję odsłonięcia tych sfer swojego życia, które dotąd pozostawały zakryte. Mogę zaświadczyć, że ten rok, dla mnie jako misjonarza miłosierdzia, to czas towarzyszenia wielu siostrom i braciom w drodze powrotu do Boga. Mogłem na własne oczy zobaczyć, co to znaczy chrzest we własnych łzach, co to znaczy zmartwychwstać za życia.

Także wielu moich braci, księży, jeszcze bardziej zdało sobie w tym czasie sprawę z tego, że ten sakrament nie może być sprawowany w pośpiechu, ani pod presją długiej kolejki. Teraz jest ważny ten człowiek, którego Bóg stawia w konfesjonale i na mojej drodze. On jest najważniejszy, bo nad nim pochyla się Bóg!

 

Na mocy specjalnego przywileju każdy ksiądz mógł rozgrzeszać z grzechu aborcji. Czy spotkał się ksiądz z częstszymi spowiedziami tego grzechu?

Mogę powiedzieć tylko tak: spowiednicy naprawdę mieli co robić. Nie mają pojęcia o tym co dzieje się w sercu kobiety i mężczyzn, mających doświadczenie aborcji, ci którzy są za nią. Dziwi mnie, że w debacie publicznej nie zabierają głosu psychologowie, pedagodzy i psychoterapeuci, którzy mogliby pokazać ludzkie zdruzgotanie wynikające z faktu aborcji, bo my ze względu na tajemnicę sakramentu nie za bardzo możemy o tym mówić.

 

A jak oceni ksiądz posługę misjonarzy miłosierdzia?

Ojciec Święty nadając tysiącu stu czterdziestu misjonarzom miłosierdzia nieograniczone pole działania w rozgrzeszaniu z grzechów zarezerwowanych dotąd tylko Stolicy Apostolskiej, wykazał się ogromną intuicją. Pominął wszystkie formalności wymagane przez Penitencjarię Apostolską. Papież wysłał nas, aby ludzie mogli namacalnie doświadczyć jak miłosierny jest Bóg.

W Polsce mamy ponad czterdziestu misjonarzy – to kapitalni księża. Mieliśmy wspólne spotkanie na Jasnej Górze, gdzie każdy z nas składał wyjątkowe świadectwa działania łaski Bożej i potrzeby tej posługi wśród ludu Bożego. Proszę sobie wyobrazić, że byli ludzie, którzy pokonywali tysiące kilometrów, żeby spotkać misjonarza miłosierdzia. Do nas z Anglii specjalnie przyleciały dwie osoby, żeby się wyspowiadać. To pokazuje, jakie jest w człowieku pragnienie miłosierdzia, żeby coś takiego zrobić.

Jako wspólnota mamy doświadczenie misji ewangelizacyjnych przeprowadzonych w jednej z niewielkich parafii złożonej z kilku skłóconych ze sobą wiosek. Tak byli skłóceni, że niewiele brakowało, a misje wcale by się nie odbyły. Przeżyliśmy jednak cudowne doświadczenie pojednania. Dwudziestu księży przez dwie godziny celebrowało sakrament pokuty i pojednania. Znakiem tego pojednania był zorganizowany na koniec festyn parafialny, gdzie każda wioska mogła się zaprezentować. Pierwszy raz od wielu lat w klimacie wiary i życzliwości mogli się ze sobą spotkać, modlić, rozmawiać i świętować.

 

Jak wykorzystaliśmy Jubileusz Miłosierdzia?

Trudni mi mówić za cały Kościół. Jest wielu duszpasterzy, którzy świetnie wykorzystali ten czas, organizując pielgrzymki do Bram Miłosierdzia. Wiem, ze dla wielu była to okazja nie tylko do modlitwy, ale i ewangelizacji.

Obawiałem się czy rocznica 1050. rocznica Chrztu Polski nie przyćmi tego ogromnie ważnego wydarzenia, jakim był Jubileusz Miłosierdzia. Próbowano to ze sobą jakoś złączyć i w tej warstwie ideologicznej nawet się to udało. Jednak w praktyce trudno było dotrzeć do istoty tego nadzwyczajnego Roku Świętego.

Sercem Jubileuszu było przypomnienie, że chrześcijanie mają być miłosierni. Jeśli chcemy, żeby byli miłosierni, to musimy zadbać, aby sami najpierw doświadczyli miłosierdzia. Ten, kto nie doświadczył miłosierdzia nie będzie umiał być miłosierny.

W tej kwestii ze sporą częścią polskiego duchowieństwa mamy duży kłopot. Coś z nami, księżmi dzieje się takiego, że za bardzo lubimy mieć dzisiaj „święty spokój”. Jakoś brakuje naszej aktywności, albo idzie ona nie w tym kierunku co trzeba. Oczywiście nie mam na myśli wszystkich księży, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że nawet co dziesiąty ksiądz nie był na Światowych Dniach Młodzieży, to widzimy coś, na co nie ma usprawiedliwienia. Trzeba sobie postawić pytanie: co się z nami dzieje? Może my sami nie wierzymy, że przejście przez Bramę Miłosierdzia było doświadczeniem drogi ku wolności człowieka. W tym napięciu łaski utraciliśmy pewną gorliwość, a jednak pasterz i jego rola w stadzie naprawdę jest znacząca.

 

Co pozostanie po tym Jubileuszu?W misjonarzach miłosierdzia, poza dekretem od samego Ojca Świętego, pozostanie przeświadczenie, że sam Bóg posługiwał się nami – glinianymi naczyniami – w prowadzeniu naszych braci i sióstr ku wolności. Na pewno pozostanie w nas wzmożone poczucie miłości do ludu. Mówię to bez patosu. Bóg naprawdę uczył nas, co znaczy być ojcem. Nauczyliśmy się przemeblowywać swój styl życia, po to by być dostępnymi dla innych.

 

A w mentalności wszystkich wiernych?

Chciałbym żeby Jubileusz Miłosierdzia wywołał w naszych sercach trzęsienie ziemi, żebyśmy umieli żyć Ewangelią. Jej istotnym elementem jest właśnie opieka i pomoc nad drugim ubogim.

Chciałbym też, żeby pozostała w nas większa odwaga do korzystania z sakramentu pokuty i pojednania, żebyśmy ten sakrament celebrowali z wiarą w to, że ma on moc uzdrowienia, że jest on szczególnym darem spotkania z Osobą kochającego, pełnego miłosierdzia Boga.


rozmawiał Michał Plewka / Gubin

 

ROZMOWY

Lalki Barbie ratują życie

Czy lalki Barbie mogą kogoś uratować? ”Mogą”- zapewnia lubiana aktorka Patrycja Hurlak. I żeby to udowodnić wystawiła na aukcję swoją dużą, kolekcję lalek i wyposażenia – marzenia wielu dziewczynek

Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Aukcję, 23 listopada, przeprowadzi Dom Aukcyjny Rempex. Cel szczytny. Cały dochód przeznaczony jest na ośrodek dla uzależnionej młodzieży Metanoia w Czarnej Białostockiej prowadzony przez białostocką Caritas. Więcej informacji o aukcji

 

Z Patrycją Hurlak, aktorką znaną m.in. z seriali „Klan” czy „M jak miłość”, autorką książki „Nawrócona wiedźma” rozmawia Sławomir Dynek

 

Dlaczego sprzedajesz taką piękną kolekcję lalek Barbie? Chcesz zarobić…?!

Tak, chcę zarobić (śmiech)! A mogłabym zarobić, bo gdybym sprzedała je dla siebie – to bym miała jakieś 20 tys. złotych. Ale w Czarnej Białostockiej potrzeba 500 tys. złotych. Spotykamy się 18 listopada, czyli we wspomnienie błogosławionej Karoliny Kózkówny, mojej serdecznej świętej, koleżanki. Karolina doskonale wiedziała, że bardzo małymi środkami można zrobić bardzo dużo rzeczy. Można powiedzieć, że dla ośrodka to 20 tys. to byłyby małe środki, ale jeżeli ja wyrywam sobie kawałek serca, przekazuję na aukcję, to liczę, że znajdą się osoby, które wyrwą sobie też po kawałku serca i dołożą  np. jedno zero jeszcze do tej kwoty… Wtedy to już będą wysokie środki, które wyrosły z małych początków. Bardzo ważne jest to, że w ośrodku Metanoia znajdują się młodzi ludzie, których trzeba ratować! I ten ośrodek naprawdę ratuje. Dlatego zdecydowałam się pomóc… Cóż  z tego, że te lalki stałyby sobie u mnie w pokoju albo u moich rodziców i cieszyły nasze oczy…?

 

barbie2

Aukcja lalka Barbie Patrycji Hurlak | fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

 

Domyślam się, że to jest kawałek dzieciństwa, mnóstwo wspomnień… Łatwo się z tym rozstawać? Cel jest szlachetny, ale sama mówisz o wyrwanym kawałku serca.

Ciężko się rozstawać z tymi lalkami. To nie jest dla mnie proste. Najpierw spakowałam je na aukcję, a następnego dnia byłam w takim nastroju, że lepiej było do mnie nie podchodzić. Trzeciego dnia dzwoniłam z płaczem do kierownika duchowego, bo nie mogłam tego nerwowo wytrzymać. Ale decyzja została podjęta i naprawdę, jeżeli ktokolwiek z was pojedzie do Czarnej Białostockiej do tej młodzieży – zrozumie dlaczego…

 

Dlaczego? Jak to wszystko się zaczęło?

Byłam tam głosić rekolekcje wielkopostne. I tam rzeczywiście jest bardzo trudna sytuacja. Całemu budynkowi potrzebny jest remont generalny. Na przykład, jak deszcz pada to pada: i na zewnątrz i w środku. I w kaplicy padało nam przez sufit. A młodzi chcą słuchać. I zmieniają się. Świadectwem dla mnie jest to, że młodzież, która tam leczy się z uzależnień – później wraca do ośrodka i pomaga innym. Z każdym z tych młodych ludzi rozmawiałam na osobności i stwierdziłam, że to jest miejsce, gdzie ratuje się im życie. I daje drugą szansę. Sama jestem osobą, która się nawróciła i dostała drugie życie. Więc dlaczego mam trzymać te lalki w domu, skoro komuś mogą tyle pomóc?

 

barbie3

Aukcja lalka Barbie Patrycji Hurlak | fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

 

Ile tu jest lalek?

Jest sto pozycji. Są lalki, są mebelki i akcesoria. Są np. mebelki, których dzisiaj nikt już nie kupi w sklepie, bo były zrobione w latach 80-tych we Włoszech. Są bardzo precyzyjnie wykonane. Lalki też są przeróżne – znajdzie coś dla siebie kolekcjoner, który może na lalkę wydać 5 tys. złotych, ale znajdzie też coś mama, która będzie chciała zrobić przyjemność córce na święta. Niektórymi lalkami się bawiłam, ale są też kolekcjonerskie, które nigdy nie były wyjmowane z pudełka. Wciąż są fabrycznie zapakowane.

 

To, co robisz, wygląda na „dobre szaleństwo”. Skąd bierzesz siły na takie rzeczy? Żeby wpaść na pomysł sprzedaży lalek Barbie, by pomóc uzależnionej młodzieży…

Modlę się, żebym dała radę. Mój kierownik duchowy powiedział: „naróbcie największego rabanu, jaki się da!”. Więc robimy raban, ale to kosztuje czas i siły. Tak jak błogosławiona Karolina Kózkówna wiedziała co robi, ja – idąc za nią – też wiem co robię, sprzedając te lalki. I liczę na to, że ci którzy to teraz czytają – wesprą ten pomysł i młodzież, która w Czarnej Białostockiej wychodzi z różnych uzależnień. Warto!

 

Mówisz często o błogosławionej Karolinie. Jakich masz jeszcze patronów?

Mam trochę świętych, fajnych koleżanek. To jest Teresa od Jezusa, to jest Hildegarda, to jest św. Kasia ze Sieny – to znaczy św. Katarzyna – przepraszam (śmiech), lubię się z Filipem Neri. A ostatnio zakolegowałam się z Józefem z Kupertynu. Kompletnie nie wiem, co chce ode mnie, albo co Pan Bóg chce przez niego ode mnie –  ale pewnie się dowiem. To święci wybierają nas.

 

barbie4

Aukcja lalka Barbie Patrycji Hurlak | fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Jak znajomi reagują na to, co robisz?

Mówią, że jestem szalona. Ale podoba im się to i się nawracają.

 

Wróćmy jeszcze od ośrodka Metanoia – kim są ci młodzi ludzie?

Tam jest młodzież od 13. do 19. roku życia. Urzekła mnie w nich prawda. Bardzo lubię się z nimi spotykać, bo niczego nie udają. Chciałabym wam opowiedzieć o każdym z nich z osobna, ale nie mogę, ponieważ obowiązuje mnie tajemnica. Z prawie każdą z tych osób przygotowywałam rachunek sumienia i niechcący mogłabym zdradzić coś, czego nie powinnam… W ośrodku zostawiają swój stary bagaż i mogą wystartować w życie z czystą kartą.

 

Wspominałaś o rekolekcjach, które prowadziłaś dla uzależnionych młodych ludzi. Co chciałaś im przekazać?

Przede wszystkim chciałam im powiedzieć, że jeżeli uważasz, że twoi rodzice, bliscy albo nauczyciele postawili już na tobie krechę, że mówią o tobie „nic z ciebie już nie będzie i jesteś spisany na straty” – to pamiętaj: Bóg patrzy na ciebie zupełnie inaczej. Patrzy na to, co masz w sercu i na twoje pragnienia. I bardzo wielu świętych miało takie przejścia, że spisano ich na straty. Chociażby ten Józef z Kupertynu. Przez rodziców, przez matkę był spisany na straty. I co z tego?! Był zakonnikiem. Został świętym. Patronem m.in. studentów. Czasem jest tak, że ktoś, kto według świata był ostatni – zostaje pierwszym. I to jest logika Pana Boga. Właśnie to im mówię.

 

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >