Nasze projekty
Reklama
fot. Vatican Media

Kiedy Franciszek był odwożony do szpitala, on mu powiedział: „Sprowadzę cię tu z powrotem”

Rok po śmierci Franciszka Massimiliano Strappetti po raz pierwszy mówi o ostatnich miesiącach życia papieża. "Mogę teraz ujawnić coś, co zawsze trzymałem w tajemnicy. Kiedy wróciliśmy do domu Świętej Marty..."

Corriere della Sera: Przez dwa i pół dnia nieustannie czuwał Pan przy otwartej trumnie papieża. Dlaczego?

Massimiliano Strappetti: Ponieważ do samego końca z miłością opiekowałam się ciałem Ojca Świętego i wtedy czułam potrzebę, by zająć się nim również w tej sytuacji, gotowy do interwencji w razie jakiejkolwiek potrzeby wynikającej z długiego wystawienia zwłok wiernym. Tak było słusznie. 

Przeżył Pan z nim całą mękę choroby, a z pewnością najpiękniejszym dniem była Niedziela Wielkanocna, 20 kwietnia 2025 roku. Wigilia jego śmierci. Rok temu.

Reklama

Tak, mogę teraz ujawnić coś, co zawsze trzymałem w tajemnicy. Tego dnia, po błogosławieństwie „Urbi et Orbi” i uroczystej procesji wśród wiernych, kiedy wróciliśmy do domu Świętej Marty, papież był wyczerpany, ale szczęśliwy jak dziecko, któremu podarowano słoiczek czekolady. W windzie, kiedy zostaliśmy tylko we dwójkę, po jego twarzy spłynęła łza. Była to łza radości. 

Franciszek powiedział: „Dziękuję, że sprowadziłaś mnie z powrotem na plac”. Obiecał mu to Pan, prawda?

Tak, nie lubił pobytów w szpitalu, za każdym razem, gdy musiał jechać do Gemelli, zawsze żartował: „Zobaczysz, teraz kardynałowie przygotują konklawe»”. Ale 14 lutego jego stan stał się naprawdę poważny, więc powiedziałem mu: „Ojcze Święty, musimy jechać do szpitala”. On westchnął: „To ostatni raz, kiedy widzę Świętą Martę, prawda?”. I właśnie wtedy złożyłem mu obietnicę: „Sprowadzę cię tu z powrotem w papieskim stroju”. I tak się stało. 

Reklama

Czy uważa Pan, że droga uznania świętości jest również dla Franciszka?

Franciszek zawsze mawiał: „cuda czyni tylko Jezus”. Nie ukrywam jednak, że są przypadki, które będą musiały zostać zbadane. Zarówno przez Kościół, jak i przez naukę. Mam na myśli osoby dotknięte poważnymi chorobami, które wyzdrowiały. Zobaczymy. Ale dla mnie Franciszek już jest świętym.

O świcie w Poniedziałek Wielkanocny Franciszek odwrócił się w Pana stronę, wziął za rękę i zamknął oczy na zawsze. Co was tak połączyło?

Reklama

Być może fakt, że postrzegałam go jako człowieka, a dopiero potem jako papieża. Dlatego naturalne było dla niego, by mi się powierzyć. W Wielkanoc, przed przejazdem papamobilem, martwił się: „Czy dam radę wsiąść do jeepa? – pytał mnie – A co, jeśli ktoś nas w tym czasie zobaczy?”. W sumie to zmartwienia zwykłego człowieka, którego prawe kolano boli tak bardzo, że nie może założyć butów, ale nie wstydzi się prosić o pomoc. Mówił też: „Wiesz, dlaczego ci ufam? Zapytałem o ciebie i dowiedziałem się, że każdemu pomagasz, woda sodowa nie uderzyła ci do głowy”. Ale bardzo łączyło nas też poczucie humoru. Każdego ranka, kiedy się budził, pytał mnie: „Cześć, kto dzisiaj umarł?”. Taki właśnie był.

Podczas 38 dni pobytu w Gemelli pod klinikę przybyły tysiące osób.

Tak, cieszył się z tego wyrazu miłości, był bardzo szczęśliwy, kiedy dowiedział się, że argentyńscy tancerze zaczęli tańczyć pod jego oknami.

Co zostało Panu po Franciszku?

Poza jego zapachem zamkniętym w buteleczce wody kolońskiej i tą ogromną wdzięcznością, która mnie przepełnia? Pozostały mi liczne książki kucharskie, które mi podarował, znając moje drugie życie jako aspirującego szefa kuchni. A także piękne słowa, które pewnego dnia skierował do mojej partnerki Barbary, dziękując jej za to, że znosi tak skomplikowane życie u boku papieskiego pielęgniarza. I to, co powiedział mojemu synowi Mattiemu, który jako mały chłopiec grał na bramce tak jak on w Argentynie. Zmarł w jednej chwili, nie spodziewałem się tego. Udar mózgu: mam nadzieję, że nie cierpiał.

Jak doszło do wyjścia papieża w ponczo?

Ach tak, to był 10 kwietnia! Spacerowaliśmy spokojnie po korytarzu w domu Świętej Marty, kiedy nagle powiedział do mnie: „Chciałbym pójść do bazyliki, muszę porozmawiać z konserwatorami ołtarza katedry”. Ja nie miałem marynarki, a on miał na sobie argentyńskie ponczo, które nosił w pokoju. Zapytałem go: „A co, jeśli nas zobaczą?”. A on: „I tak idziemy”. Ale był tam fotograf. Następnego dnia, budząc go, powiedziałem mu o tym. A on: „No i dobrze, to idziemy tam także dzisiaj!”. To zdjęcie obiegło cały świat. 

Massimiliano Strappetti w wieku 20 lat rozpoczął pracę w klinice Gemelli, następnie przeniósł się do watykańskiej służby medycznej i w trakcie swojej kariery opiekował się do końca również Janem Pawłem II oraz papieżem Benedyktem XVI. Obecnie należy do personelu medycznego Leona XIV. 

KAI, Corriere.it, ml/stacja7.pl

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Zatrudnij nas