video-jav.net

Bp Ryś: To książka o Bogu, nie o miłosierdziu

Każdy z nas jest grzesznikiem. Każdy z nas odrzucił Boga po milion razy i cały urok Boga polega na tym, że to w Nim nic nie zmienia.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Rozmowa portalu Stacja7.pl z bpem Grzegorzem Rysiem o najnowszej książce papieża Franciszka “Miłosierdzie to imię Boga”.

 

Papież Franciszek w swojej książce pisze, że miłosierdzie jest pierwszym atrybutem Boga. Co to oznacza?

Więcej, papież pisze, że Miłosierdzie jest imieniem Boga, a to coś znacznie ważniejszego, bo imię w refleksji biblijnej i chrześcijańskiej jest tożsame z osobą. Imię było bardzo ważne dla biblijnego Żyda, bo imię go opisywało, mówiło, kim jest. Kiedy więc papież mówi, że Miłosierdzie jest imieniem Boga, to znaczy o wiele więcej, niż tylko że jest jednym z Jego przymiotów. Jest jakąś składową boskiej natury.

To jest swego rodzaju dopracowanie tego, co mówi Jan ewangelista, kiedy mówi, że imieniem Boga jest Miłość – Franciszek mówi, że imieniem Boga jest miłość, która jest miłosierna. Ostatecznie nie interesuje nas to, jakie Bóg ma cechy, ale kim jest sam w sobie, najgłębiej. Jak nasłuchujemy tego, co Kościół mówi przez ostatnie 50–60 lat, to odkrywamy, że to jest właśnie to – że Bóg jest miłością, która jest miłosierna, czyli przekracza granice sprawiedliwości czy granice wzajemności.

 

A co oznacza to doprecyzowanie? Dlaczego miłość miłosierna jest szczególna?

Miłość niejedno ma imię. Miłość miłosierna wyróżnia się tym, że wytrzymuje próbę odrzucenia.

 

Przez człowieka?

Tak, w wypadku miłości do człowieka – próbę odrzucenia przez człowieka. Kluczem tej miłości nie jest doświadczenie wzajemności. Franciszek to świetnie wyczuwa, podpowiadając nam, że to jest miłość ojcowska albo miłość macierzyńska. Miłość ojca czy matki to właśnie miłość, która nierzadko musi się zmierzyć z tym, że dziecko wybiera, postępuje inaczej. Każdy z duszpasterzy ma chyba dość dużo doświadczeń takich rozmów z rodzicami, kiedy się słyszy: „A ja się tak starałem, oddałem wszystko – i na co to było?”. To jest potężna próba, żeby nie zacząć żałować swojego dobra, miłości, tej całej życiowej inwestycji w następne pokolenie, tylko żeby wytrwać w tej miłości, nawet jeśli nie jest oczywista.

Miłość Boga do każdego z nas musi być taka, bo nie może być inna. Każdy z nas jest grzesznikiem. Każdy z nas odrzucił Boga po milion razy i cały urok Boga polega na tym, że to w Nim nic nie zmienia. Może rośnie w Nim jeszcze większa determinacja, by nas kochać.

 

mother-103311_1280

 

Papież Franciszek wspomina, że jako spowiednik, nawet gdy napotykał „zamknięte drzwi” w sercu człowieka, szukał zawsze szczeliny, przez którą mógłby te drzwi otworzyć, ofiarować przebaczenie i miłosierdzie. Rozmówca papieża Andrea Tornielli przytacza historię Bruce’a Marshalla o młodym żołnierzu, który umiera, ksiądz bardzo chce mu dać rozgrzeszenie, ale żołnierz nie do końca żałuje za swoje grzechy. Ksiądz pyta go, czy żałuje, że nie żałuje, i na tej podstawie udziela rozgrzeszenia. Czy jest jakaś granica szukania tej szczeliny, czy można gdzieś postawić granicę miłosierdzia?

Granica jest w człowieku, bo może się okazać, że nie ma nawet tego minimum. Ten żołnierz mógł powiedzieć, że nie żałuje, że nie żałuje, ale na szczęście powiedział inaczej. Pan Bóg nie stawia granicy – granicą jest wolność człowieka, wolność do odrzucenia miłości, jaką ma Pan Bóg, ale w Bogu nie ma granicy.

Granicą jest to, co Pismo Święte nazywa grzechem przeciw Duchowi Świętemu. Tego nie ma w książce, ale warto to przywołać: jesteśmy wzywani do nawrócenia przez Ducha Świętego, który w nas działa. Kiedy człowiek radykalnie zamyka się na doświadczenie nawrócenia, to nie tylko mocuje się sam ze sobą, ale – nawet gdy tego nie rozpoznaje – mocuje się z Duchem Świętym, który prowadzi ku nawróceniu. To zapowiadał też Pan Jezus: „Duch was przekona o grzechu”. Człowiek nie musi ulec Duchowi, może nie dać się przekonać o swoim grzechu i wtedy nie ma nawet tej szczeliny. Nie ma jednak takiego grzechu, który zamyka Boga. Konsekwentnie tak powinno być też po stronie Kościoła: jeśli w doświadczeniu spowiedzi cokolwiek przemawia na korzyść penitenta, to jest to argument za tym, by go rozgrzeszyć. Ale musi być szczelina.

 

W rozmowie z papieżem pojawia się też ciekawa zachęta dla spowiedników, którzy nie mogą udzielić rozgrzeszenia, żeby udzielili błogosławieństwa. Czy to coś nowego w Kościele?

To żadna nowość. W sytuacjach, kiedy spowiedź odbywa się publicznie, tak że penitenta widzą inni ludzie, jest nawet takie zalecenie, bo gest błogosławieństwa jest taki sam jak gest rozgrzeszenia. Unika się więc zdrady tajemnicy spowiedzi – nikt nie widzi tego, co się rozgrywa między spowiednikiem a penitentem, z zewnątrz to wygląda zupełnie tak samo. Ale nie chodzi tylko o to.

Człowiek, który nie może być rozgrzeszony, z różnych powodów, nie jest od razu ekskomunikowany, on nadal jest w Kościele. Owszem, teraz porządek sakramentalny nie jest dla niego dostępny, ale to nie znaczy, że Pan Bóg nie może działać w jego życiu inaczej. Nie może być rozgrzeszony, ale może się modlić. Ja go nie mogę rozgrzeszyć, ale mam prawo się za niego pomodlić, a błogosławieństwo jest formą modlitwy nad człowiekiem. Nie można pozostawić człowieka samego, a szczególnie nie można zostawić człowieka, który jest w tak dramatycznej sytuacji, że nie może być rozgrzeszony.

My nie jesteśmy wezwani do osądu człowieka. Jesteśmy wezwani do osądu nad całą sytuacją. Owszem, są momenty, gdy nie można udzielić rozgrzeszenia – nie są one znowu aż takie częste – i nieraz są to sytuacje oczywiste dla obu stron. Mnie się w ciągu 28 lat kapłaństwa zdarzyło dwa razy odmówić rozgrzeszenia i zapewniam, że jest to niebywały ból. To nie jest tak, że gdy ktoś przychodzi do spowiedzi i jest niedysponowany, to się mu mówi „wynocha”. Pierwszym obowiązkiem spowiednika jest doprowadzenie do dyspozycji. Dlatego też spowiedź jest miejscem na poważną rozmowę, na wzajemne posłuchanie się, żeby człowieka, który może z niedojrzałych powodów przyszedł do spowiedzi, doprowadzić do takiej dyspozycji, by mógł być spokojnie rozgrzeszony.

 

KONF-O

 

To jest wydarzenie. Nie tylko dwóch ludzi się tu spotyka, tu działa też Duch Święty, następuje otwarcie przestrzeni na działanie Pana Boga, tu się wszystko może zdarzyć. Ale nie jest to żadna nowość i dobrze, że papież o tym mówi, bo w ten sposób pokazuje jakieś formy odpowiedzialności za człowieka, dla którego porządek sakramentu nie istnieje w tym momencie – nikt nie mówi, że na zawsze. Ważne jest, by człowieka nie odrzucać i papieże zawsze o tym przypominali – człowiek odchodzi od konfesjonału nie rozgrzeszony, ale nie może odejść rozgoryczony. Ja nie mogę człowieka odesłać z konfesjonału, nie tłumacząc mu wyraźnie i jasno, dlaczego nie może dostać rozgrzeszenia, i nie pokazując, co jednak może czynić. To nie jest człowiek, który jest poza Kościołem, więc i jemu trzeba w Kościele towarzyszyć. I to też nie może być teoria, abstrakcja – „towarzyszę ci, ale z tobą nie porozmawiam”.

Są grzechy, które pociągają za sobą ekskomunikę, ale też nie ma ich milion, to są bardzo konkretne sytuacje.

 

Franciszek mówi też, że teraz Kościół powinien wychodzić do grzeszników, że powinien być jak szpital polowy. Jak to rozumieć i jakie to stawia zadania przed duchownymi i przed świeckimi?

Papież nie mówi tego jako pierwszy, bo to mówił już Pan Jezus. Ta książka jest fascynująca we fragmencie – dla mnie osobiście bardzo ważnym – gdy papież rozważa uzdrowienie trędowatego przez Jezusa. Jezus nie tylko go uzdrowił, ale go też dotknął, więc absolutnie przekroczył granice nieprzekraczalne. Nieprzekraczalne po pierwsze ze względu na to, co mówił zdrowy rozsądek – dotkniesz trędowatego, to się zarazisz, i to chorobą nieuleczalną – a po drugie, co mówiło prawo.

Franciszek jest dość bezlitosny dla tego prawa, bo mówi, że odpowiada ono logice uczonych w prawie, która nie ma nic wspólnego z logiką Bożą, a polega na tym, że wydziela się chorych ze społeczeństwa zdrowych. Są owce przy pasterzu – zdrowe, bezpieczne, tłuściutkie, fajne – i teraz chronimy przede wszystkim te owce, chronimy tych, którzy są w zasadzie pewni zbawienia i nawróceni. Ochrona polega na tym, że odcinamy się od wszystkich, którzy do tego grona nie należą. Mówi papież, że to jest logika uczonych w prawie i że nie ma ona nic wspólnego z logiką Bożą, bo logika Boża mówi, że zostawiasz te zdrowe owce, a idziesz do tych, które się pogubiły. I to się zaczyna już wtedy, kiedy masz jedną owcę poza stadem. To jest napisane w Ewangelii według św. Łukasza, w 15. rozdziale: masz 99 owiec, jedna się zgubiła, zostawiasz 99 i idziesz szukać tej jednej. To podkreśla papież Franciszek.

Co to oznacza dla Kościoła dzisiaj? Chociażby to, o czym mówiono na ostatnim synodzie – jest cała rzesza ludzi żyjących w sposób, który prawo kanoniczne określa mianem „nieregularnie”; nie są oni w tym gronie owiec zdrowych pod każdym względem, jeśli w ogóle takie istnieją. Jak wychodzić do tych, dla których porządek sakramentalny jest niedostępny? Na ten temat mówił właśnie synod, czekamy, co powie papież na temat końcowego dokumentu. Kluczem jest pojęcie towarzyszenia, z przełożeniem go na inne, czyli zaproszenie do współuczestnictwa. Nie towarzyszymy tylko na zasadzie: „jesteś tak naprawdę na zewnątrz, a my możemy ci posłać paczkę od czasu do czasu albo pomodlić się za ciebie” – choć modlitwy też bym nie lekceważył. Towarzyszymy komuś także w ten sposób: „jest tu część, którą możesz czynić, jesteś jednym z nas, potrzebujemy też twojego działania”. Oczywiście wymaga to poważnej refleksji – które z obszarów działania w Kościele można powierzyć komuś, kto żyje w sytuacji nieregularnej – ale do tego właśnie jesteśmy wezwani, by nad tym myśleć: nie jak się odciąć, ale jak zaprosić do środka.

 

milosierdzie_03

 

Chcielibyśmy jeszcze zapytać – nieco przewrotnie, ale i takie głosy mogą się pojawić – po co kolejna książka o miłosierdziu? Żyjemy w czasach, gdy coraz trudniej jest nam trwać w nauce Kościoła, coraz więcej ludzi od niej odchodzi – czy Kościół nie powinien mocniej akcentować swoich wymagań zamiast ciągle mówić o miłosierdziu? Myślę, że krytycy papieża mogliby zapytać: czy to nie jest otwieranie furtki do „rozmywania” nauki Kościoła, mówienia, że wszystko wolno?

To tak jakby zapytać, po co kolejna książka o Bogu. To pytanie jest niejako obok dyskursu, do którego zaprasza Franciszek, bo on nie zaprasza do dyskursu najpierw o Kościele i o tak zwanych racjach duszpasterskich – to pojęcie robi nieraz za łom. Nie. To jest książka o Bogu. Warto może przypomnieć, że jej oryginalny tytuł brzmi „Imieniem Boga jest Miłosierdzie”. To nie jest książka o miłosierdziu. Franciszek mówi: nie spierajmy się o miłosierdzie, pospierajmy się o Boga. Imieniem Boga jest Miłosierdzie.

Kim jest Bóg? Papież pisze o tym w bulli „Misericordiae vultus”. Ktoś może powie, że w kategoriach rangi teologicznej bulla nie jest najważniejsza, niemniej jednak mnie się zdaje, że to jeden z istotniejszych dokumentów napisanych przez Franciszka – z czasem będziemy to dostrzegać. To jest bulla, która zaprasza do refleksji nad Bogiem.

Tak jak napisał Jan Paweł II w „Dives in misericordia” – odkryjmy, kim jest Bóg. Wtedy się skończą te wszystkie debaty: co się opłaca, co się nie opłaca, co jest skuteczne, co jest nieskuteczne. To są sprawy wtórne. Pytaniem istotnym jest: Kim jest Bóg? – Bóg, który się objawia w judaizmie, w chrześcijaństwie, w historii zbawienia. Jeśli odkryjemy, kim jest Bóg, dowiemy się też, kim powinniśmy być my, każdy z nas z osobna – bo jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo – i kim mamy być jako Kościół także w swojej misji do człowieka. Czy my mamy poprawiać Pana Boga w Jego wyjściu do człowieka? Czy chcemy Mu powiedzieć, że my potrafimy lepiej? No, niepoważne by to było. Tego nie powie żaden z krytyków.

 

Spotkanie Jana Pawła II z wiernymi / fot. Gianni Giansanti

Spotkanie Jana Pawła II z wiernymi / fot. Gianni Giansanti

 

Papież zaprasza nas do istotnej refleksji nad Bogiem. Przepraszam, że mówię o tej zmianie tytułu, bo ja kocham Wydawnictwo Znak – ale jest ona dość istotna. Dobrze, by ludzie pamiętali, jaki jest oryginalny tytuł tej książki, bo to nie jest książka o miłosierdziu. Jeśliby uznać, że to książka o miłosierdziu, to łatwo będzie popaść w tony moralizatorskie – „bądźcie tacy i tacy, tamto, siamto” – albo w takie tony pseudopastoralne – ile miłosierdzia, a ile sprawiedliwości. Zaczynamy wtedy mówić o jakiejś abstrakcji, a to nie jest książka abstrakcyjna. To jest książka o Bogu, co Bóg o sobie mówi i jakim się pokazuje w działaniu. Jakim się Bóg pokazał w Jezusie Chrystusie, który uzdrowił trędowatego.

I teraz to już jest zupełnie inna rozmowa – czy ja chcę iść za tym obrazem Jezusa Chrystusa, poddając się temu, co Franciszek nazywa logiką Boga, czy może mam swoją logikę, którą papież nazywa logiką uczonych w prawie? Uczony w prawie może wiedzieć bardzo dużo o prawie i nie mieć żadnego doświadczenia Pana Boga. Może być skupiony tylko na swoich konstrukcjach, które nawet może i są zbudowane na Słowie Bożym, ale jednak używać tego Słowa Bożego do argumentowania własnych konstrukcji. A my nie mamy tworzyć na podstawie Słowa Bożego własnych konstrukcji, tylko poddać się temu, co Słowo mówi o Bogu.

 

Czy biorąc pod uwagę, że jedna z pierwszych homilii papieża Franciszka poświęcona była miłosierdziu, że papież zachował swoje zawołanie biskupie: „Spojrzał z miłosierdziem i wybrał”, że ogłosił teraz Rok Święty Miłosierdzia – można powiedzieć, że miłosierdzie jest niejako dewizą jego powołania, jego posługi na stolicy Piotrowej?

Co do tego nie ma wątpliwości, myślę tylko, że warto powiedzieć (co sam papież też pokazuje), że to nie jest jego prywatne odkrycie. To jest jego osobiste doświadczenie tego, kim jest Pan Bóg, ale też jego osobiste doświadczenie Kościoła, które Kościół pokazuje przynajmniej już od czasów Jana XXIII i od II Soboru Watykańskiego. Proszę zobaczyć, jak papież przedefiniował otwartość Kościoła. My, a już szczególnie my w środowisku Znaku, jak mówimy o otwartości, to od razu wpadamy w takie kalki: tu są progresiści, tu konserwatyści, i tak dalej – to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością! Franciszek opisał otwartość tak, jak Paweł VI, zamykając sobór – że otwartość soboru to logika starej opowieści o miłosiernym samarytaninie. Św. Jan XXIII, bł. Paweł VI, św. Jan Paweł II – papież Franciszek jest ich kontynuatorem; odnalazł się w Kościele, który prowadzony przez Ducha Świętego coraz więcej rozumie z tego, jakim się Bóg objawił w całej swojej historii zbawienia, od pierwszej strony Biblii, i jakim się ciągle objawia do dzisiaj. A co do tego, że to jest dominanta pontyfikatu Franciszka, nikt nie ma wątpliwości.

 

Dziękujemy bardzo, księże biskupie.

Proszę uprzejmie.

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPremiera książki “Miłosierdzie to imię Boga”
już 12 stycznia

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Kiedy beatyfikacja Wyszyńskiego? Rozmowa z kard. Nyczem

Wszystkie procedury, związane z beatyfikacją Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego zostały dopełnione, teraz przyszedł czas intensywnej modlitwy, by Kongregacja ds. Kanonizacyjnych uznała cud za jego wstawiennictwem - mówi w wywiadzie dla KAI kard. Kazimierz Nycz.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z kardynałem Kazimierzem Nyczem, metropolitą warszawskim, rozmawia Alina Petrowa-Wasilewicz (KAI)

 

Alina Petrowa-Wasilewicz, KAI: 24 listopada złożył ks. Kardynał w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych „Positio super virutibus”, czyli dokumentację o heroiczności cnót kard. Stefana Wyszyńskiego. „Nietypowy proces beatyfikacyjny wielkiej osobowości” – mówił wicepostulator procesu o. Gabriel Bartoszewski.

Kard. Kazimierz Nycz: – Złożyliśmy trzy tomy dokumentacji o ogromnej spuściźnie, analizach i publikacjach o kard. Wyszyńskim, świadectwa dużej liczby osób, którzy go znali. Informacje o długim życiu na kościelnym i państwowym świeczniku. To ogromna ilość materiałów, które musiały być uwzględnione, teksty kazań, publikacji, wystąpienia oraz „Pro memoria”, czyli osobiste notatki, które pisał przez całe życie. Jeden tom to wyłącznie zbiór dokumentów. Zakończyliśmy prace doprowadzając je do etapu rzymskiego. Dzieło postulatora i całego zespołu osób są efektem ogromnej pracy i wszystko to złożyliśmy na ręce prefekta Kongregacji ds. Kanonizacyjnych, kard. Angelo Amato.

 

Jak was przyjął?

– Jest on jednym z ostatnich z pokolenia kardynałów i biskupów – obcokrajowców, którym nazwisko i postać kard. Wyszyńskiego mówi bardzo wiele. Jako młody salezjanin, później absolwent i profesor na uniwersytecie salezjańskim pamięta lata aktywności prymasa Wyszyńskiego oraz legendę, aureolę, która go otaczała. Każdy jego przyjazd do Rzymu był odnotowywany, bo przyjeżdżał jedyny kardynał zza żelaznej kurtyny, co było wówczas rzeczą niezwykłą. Prefekt Kongregacji, doskonale więc zna opisany w Positio kontekst życia, posługi, świętości. Świętości wielkiej nie tylko dla nas, ale i dla Kościoła powszechnego, postaci.

Dobrze się stało, że właśnie ktoś znający ten kontekst przyjął złożone uroczyście dokumenty. Teraz czekamy na kolejne etapy pracy w samej Kongregacji. Chodzi o prace teologów, którzy zbadają Positio i swą ocenę przekażą biskupom i kardynałom z tejże Kongregacji. Dopiero po opinii teologów i kardynałów, Ojciec Święty może wydać dekret o heroiczności cnót. Równolegle opracowuje się, też trzystopniowo, cud, opisany i złożony w Kongregacji po procesie w archidiecezji szczecińskiej: przez konsultę lekarzy, wyznaczonych przez Kongregację, teologów oraz wspólnie biskupów i kardynałów. Gdy uznają cud wraz z orzeczeniem heroiczności, wyznacza się datę beatyfikacji.

 

34. rocznica śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego

 

Czy można przewidzieć, kiedy zakończy się ten proces? W Kongregacji jest ogromna „kolejka” spraw…

– Kongregacja działa ustalonym trybem, postulatorzy jeszcze sporo napracują się przy cudzie. Dla nas natomiast zaczyna się czas zintensyfikowanej modlitwy o rychłą beatyfikację kard. Wyszyńskiego. Należy też zadbać o to, aby środowiska, z którymi związany był ks. Prymas – Kościół warszawski, gnieźnieński, cała Polska, trwały na modlitwie, która jest znakiem kultu kard. Stefana Wyszyńskiego. Liczne świadectwa otrzymanych łask, które kładzione są na jego grobie w katedrze św. Jana i w różnych miejscach Polski i świata, świadczą o tym, że ten kult, to, co nazywamy sławą świętości, jest faktem. I efektem tego kultu, jego skutkiem, owocem, jest cud, ale modlitwa ma sprawić, że akurat ten cud zostanie przez Kongregację uznany.

W przyszłym roku przypada 35. rocznica śmierci Kardynała Wyszyńskiego, więc teraz musimy zabrać się za to, co jest najważniejsze – do modlitwy.

To teraz praca dla nas wszystkich, tym bardziej, że w przyszłym roku przypada 35. rocznica śmierci Sługi Bożego, więc teraz musimy zabrać się za to, co jest najważniejsze – do modlitwy.

 

Czy “Pro memoria” – zapiski na gorąco, sporządzane dzień w dzień, mogą naszą wiedzę o Prymasie zasadniczo wzbogacić?

– Całe ich fragmenty są dobrze znane historykom, np. “Zapiski więzienne”. Historycy z pewnością dowiedzą się wielu rzeczy o wydarzeniach w naszym kraju z punktu widzenia ich bystrego obserwatora i uczestnika wielu z nich. A ponieważ pisał na gorąco, nie hamował swoich emocji i na tym też polega wartość tych notatek. Gdyby pisał po upływie choćby miesiąca, byłyby te zapiski poddane refleksyjnej autocenzurze. Sensacji jednak nie będzie, czytelnicy zapoznają się z konkretnymi sprawami i ocenami, ale perspektywa trzydziestu pięciu lat sprawia, że to już dość odległa przeszłość, wielu ludzi, o których wspomina, dawno nie żyje, natomiast ci, co żyją, mogą spać spokojnie.

 

Kiedy ukażą się “Pro memoria”?

– Mamy zamiar wydawać pięć tomów rocznie, czyli około sześciu lat, bo to trzydzieści trzy tomy.

 

Kościół podzielony. Wyszyński kontra Wojtyła.

 

Za życia i po śmierci kard. Wyszyński został obdarowany masą tytułów: Prymas Tysiąclecia, mąż Opatrzności, który przeprowadził lud przez Morze Czerwone. Co, zdaniem ks. Kardynała, najmocniej zostało w naszej pamięci?

– Trzeba zrobić istotne rozróżnienie. Ludzie ponad pięćdziesięcioletni pamiętają go z mediów, choć media PRL nie pokazywały go chętnie, ze spotkań na Jasnej Górze, na Skałce w Krakowie, z uroczystości z okazji obchodów milenijnych. W ich pamięci pozostał jako wielki człowiek Kościoła, który przygotował i przeprowadził całą wielką Nowennę z okazji Milenium Chrztu Polski. Mówimy dziś, że obronił Kościół i Polskę, ale działo się to dzięki konkretnym sprawom, które Duch Święty mu podsuwał, a był niezwykle otwarty na Jego działanie, opracowując duszpasterskie programy. Także taktykę postępowania, począwszy od bardzo trudnych lat 1949-1953, podpisania porozumienia z rządem komunistycznym. Historia później przyznała mu rację, że trzeba było to porozumienie zawrzeć, ale dopiero później, po trzech latach więzienia. Więzienie zaś stało się czasem przygotowania do wielkich programów duszpasterskich, włącznie z programem Milenium Chrztu Polski.

Trzeba przypomnieć ważny wątek z czasu obrad Soboru Watykańskiego II – relacje z Kościołem niemieckim i sławny list do biskupów niemieckich. Stał się on początkiem drogi w polsko-niemieckich relacjach Kościoła i państwa, normalizacji stosunków w roku 1970, uznania granic na Odrze i Nysie, administracji i struktur kościelnych na terytoriach, które należały do Niemiec przed II wojną światową.

Ostatnim akordem tych relacji była wizyta kard. Wyszyńskiego i Wojtyły w Niemczech w 1978 r., tuż przed wyborem metropolity krakowskiego na papieża. To cała sekwencja, bez której byłyby niemożliwe dzisiejsze wydarzenia w relacjach bilateralnych, bez strategii, obranej przez ks. Prymasa w latach 60. i 70. Gdyby nie ta droga, pewnie byłoby trudniej Duchowi Świętemu doprowadzić do wyboru kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową.

 

Prymas Wyszyński jakiego (jeszcze) nie znamy

 

Dla ludzi starszych jest więc kard. Wyszyński wielkim człowiekiem Kościoła, punktem odniesienia – jasnym, przejrzystym w trudnym czasie, co było bardzo trudne i mówiąc trochę po świecku, wielkim mężem stanu.

Dla ludzi starszych jest więc kard. Wyszyński wielkim człowiekiem Kościoła, punktem odniesienia – jasnym, przejrzystym w trudnym czasie, co było bardzo trudne i mówiąc trochę po świecku, wielkim mężem stanu.

W procesie beatyfikacyjnym była to pewna trudność. W tym znaczeniu, że trzeba było mocno uzasadniać i wyjaśniać, czy proces dotyczy świętości wielkiego człowieka czy tego, że był wielkim przywódcą Kościoła. Kongregację ds. Świętych interesuje bowiem heroiczność cnót, czyli droga do świętości. Ale to się dało uzasadnić.

Natomiast co do ludzi młodszych – to temat na rachunek sumienia dla nas, starszych. Co zrobiliśmy żeby pokazać tę postać w katechezie, wychowaniu, szkole? Co mówiliśmy pokoleniu, które dziś ma 20, 30, 40 lat i które go nie spotkało? Dla tego pokolenia jest to już postać absolutnie historyczna i pokazanie jej aktualności z okazji beatyfikacji, to wyzwanie dla naszego pokolenia. Żeby ten święty był nie tylko orędownikiem, ale osobą, którą współczesny człowiek może podziwiać i naśladować. Żeby podziwiali jego stanowczość i moralną bezkompromisowość tak, jak dla naszego pokolenia był człowiekiem do naśladowania. Nie tylko dla kapłanów i biskupów, ale dla wszystkich katolików w Polsce.

 

Jak kard. Wyszyński może przemówić do dzisiejszej, “smartfonowej” młodzieży?

Nie możemy zignorować języka i narzędzi, którymi młodzi się posługują. Jeżeli się buntują i tupią nogami na nasze suche, teoretyczne mówienie, nie nastawione na interaktywność, pewnie mają rację.

– Coraz częściej stwierdzam, że młodzież jest dziś ani lepsza, ani gorsza, po prostu inna, a ta inność to między innymi media elektroniczne, które są jej żywiołem.Nie możemy zignorować ich języka i narzędzi, którymi się posługują. Jeżeli się buntują i tupią nogami na nasze suche, teoretyczne mówienie, nie nastawione na interaktywność, pewnie mają rację. To my się musimy uczyć mówić do nich respektując obrazkowy odbiór świata. Oni w nim wyrośli i już nie będą inni. My też się nie zmienimy, zawsze będziemy odrobinę hamulcowymi, którzy będą przypominać, że jednak tekst pisany i czytany jest ważny i ten wkład naszego pokolenia jest im bardzo potrzebny.

 

"Pro memoria". Zapiski Prymasa Wyszyńskiego zostaną opublikowane

 

Kim był dla Księdza Kardynała osobiście kard. Wyszyński kiedyś i obecnie, gdy Ksiądz Kardynał jest jego następcą?

– Moje kontakty były przeciętne, takie jakie mogły być u przeciętnego, “ośmioletniego” księdza, bo miałem tyle lat kapłaństwa, gdy zmarł. Byłem trochę uprzywilejowany, bo miałem okazję spotykać go najpierw jako kleryk przez sześć lat, a później dwa razy do roku na inauguracji roku akademickiego na KUL w Lublinie w latach 1977-1980 i w czasie uroczystości św. Stanisława na Skałce. Bliżej niż ksiądz pracujący w parafii, ale nie całkiem blisko.

Prymas był wielką personą, ale nie kimś, kto odpycha, choć wobec formatu jego osoby odczuwało się pewien podziw

Prymas był wielką personą, ale nie kimś, kto odpycha, choć wobec formatu jego osoby odczuwało się pewien podziw i z natury rzeczy człowiek szukał właściwego miejsca, gdzie powinien być i stać. Byłem na uroczystościach milenijnych w Częstochowie z rodzicami i już wówczas odczułem, że jest w nim wielkość i dostojeństwo uosabiające Kościół i Polskę.

 

Widziałem, a potwierdzają to jego “Pro memoria”, że jeśli ktoś w relacjach z nim przekroczył bramę dystynkcji i blasku, jakim emanował, był normalnym, bardzo kontaktowym człowiekiem. Tak mówią księża i osoby, które go bliżej znały. Choć nie był to kontakt, w którym można było sobie pozwolić na wyraźne skrócenie dystansu.

Jestem jego następcą i gdy sobie uświadamiam po kim jestem nieprzewidzianym następcą… Nauczył mnie tego kard. Macharski, który mówił, że po ludzku ma wszystko przegrane jeśli chodzi o bycie następcą Wojtyły w Krakowie, który został papieżem.

Jestem jego następcą i gdy sobie uświadamiam po kim jestem nieprzewidzianym następcą… Nauczył mnie tego kard. Macharski, który mówił, że po ludzku ma wszystko przegrane jeśli chodzi o bycie następcą Wojtyły w Krakowie, który został papieżem. “Ale ponieważ nie chcę być całkiem w cieniu wielkiego papieża, próbuję jak mogę żyć blaskiem tej wielkiej postaci” – mówił kard. Macharski. Nas, młodych księży, trochę irytowało, że bez przerwy cytował Jana Pawła II – jako poprzednika, którego wielkość podziwiał i cenił, ale to jedyna właściwa postawa, gdy ma się właśnie takiego poprzednika. Na szczęście w międzyczasie przez dwadzieścia siedem lat rządy po kard. Wyszyńskim sprawował kard. Glemp, a ja uczyłem się też od niego kontynuacji linii Prymasa Tysiąclecia. Było mi więc łatwiej.

 

Druga sprawa to czas, w którym żyjemy i który nie jest tak groźny i niebezpieczny dla Kościoła jak w okresie PRL, choć jest bardziej skomplikowany, problemy są rozproszone, wróg jest rozproszony. W tym znaczeniu, że niebezpieczeństwa, z którymi zderza się dziś Kościół, są równie liczne, ale bardziej chytre. Nieraz, gdy jestem w kaplicy, a to ta sama kaplica, w której godzinami modlił się kard. Wyszyński, proszę go o łaski i czekam, tak po ludzku, by wstawił się za nami i za mnie również.

 

Jutro Niedziela - XXIX zwykła AJakie wątki z jego spuścizny są najbardziej inspirujące i przydatne dla Księdza Kardynała?

– Postawa pragnienia i gotowości do dialogu, bo tak należy ocenić lata 1951-1953, choć spotkało go rozczarowanie i ostatecznie więzienie. A także otwarcie na dialog dla dobra kraju i narodu, także po 1956 r., choć i ta lampka nadziei zgasła bardzo szybko dlatego, bo bardzo zawiódł się na Gomułce. Pierwszy sekretarz potrzebował go w 1956, gdy ściągnął go z Komańczy i chciał żeby już, szybko, uspokoił nastroje społeczne. Wykorzystał go do swoich celów, ale trzy lata później, po opanowaniu sytuacji politycznej okazało się, że Wyszyński jest niepotrzebny, że wręcz jest wrogiem. Zaczęło się usuwanie religii ze szkół etapami – od wybranych, aż w końcu ze wszystkich. Potem była nagonka związana z listem biskupów polskich do niemieckich i obchodami tysiąclecia Chrztu Polski.

 

Miał swoje ulubione hasło, mówił, że Kościół ma być z narodem. Wspierał model duszpasterstwa masowego, który, jak się wydaje, dziś się zmienia.

– Kościół z narodem to rzecz oczywista, ma być blisko ludzkich i narodowych spraw. Oczywiście, nie należy tego rozumieć jako Kościół narodowy, trzeba pamiętać, że Kościół jest jeden, powszechny, ponad narodowościami.

Kościół ludowy, masowy, ma wielką wartość i siłę. Problem polega na tym, żeby to przejście, które musi się dokonywać nieustannie, nie odbywało się na zasadzie kontestacji i odcięcia, a poprzez pogłębianie tego, co jest samo w sobie wartością niezwykłą. Myślę, że gdy patrzymy na Polskę, zwłaszcza na regiony, w których religijność jest powszechna i czego nam zazdroszczą na Zachodzie, dojdziemy do wniosku, że trzeba tak trzymać, kontynuować dotychczasową pracę i na tej podstawie budować religijność pogłębioną. Nie wolno zaś odrzucać religijności ludowej, nie wolno odcinać się od niej.

 

Do Kościoła powszechnego, ludowego, masowego, (można nieraz wyczuć zabarwienie pejoratywne w tych określeniach i trzeba tego unikać), trzeba mieć stosunek pozytywny i nie przeciwstawiać go elitarnemu katolicyzmowi, tylko pogłębiać religijność wiernych poprzez ruchy, wspólnoty, które rozwinęły się równolegle lub po II Soborze Watykańskim. Na takie inicjatywy pogłębiania religijności, np. ks. Franciszka Blachnickiego, pokolenie biskupów i księży patrzyło z rezerwą i wyczekując, co z tego wyniknie. A tacy duszpasterze jak ks. Blachnicki mieli profetyczne spojrzenie, widzieli, co naprawdę jest potrzebne Kościołowi, by dotarł do współczesnych.

W tym katolicyzmie, na jaki postawił kard. Wyszyński, kluczową rolę odgrywała rodzina.

Trzeba pamiętać, że w tym katolicyzmie, na jaki postawił kard. Wyszyński, kluczową rolę odgrywała rodzina. Dlatego nie można mówić, że ich katolicyzm był płytki, bo rodziny spełniały wyśmienicie rolę przekazania wiary. Dziś, niestety, jest z tym gorzej.

 

Przed nami obchody 1050. rocznicy Chrztu Polski. Pół wieku wcześniej dla kard. Wyszyńskiego obchody milenijne były mocnym wejściem duszpasterskim, rysowaniem perspektywy na przyszłość, ale też powiedzeniem rządzącym, tego, co mówił później Jan Paweł II: bez Chrystusa nie da się zrozumieć dziejów Polski. Gdyby porównać te jubileusze…

– Nie porównywałbym samych jubileuszy, gdyż wymowa dat jest inna – milenium a 1050. rocznica. Na porównywalny jubileusz trzeba poczekać 450 lat. Jednak trzeba przywołać i zaktualizować to, co przeżywaliśmy pół wieku temu, będzie to duża wartość dla dwóch pokoleń, które w tym czasie wyrosły. Przez aktualizację rozumiem zaś, że to, co było ważne wtedy: pokazanie skąd przyszliśmy, skąd pochodzimy, skąd przyjęliśmy chrześcijaństwo i jakie relacje wówczas nawiązaliśmy, byłoby ważne i dziś. Tamto przypomnienie było przyprószone przez ideologię komunistyczną, która organizowała państwowe kontruroczystości, ale tamte problemy, pytania, były daleko mniej natarczywe niż dzisiejsze. A dziś pytamy o tożsamość Europy, w tym Polski. Odpowiedź jest przypomnieniem fundamentu, który jako jedyny może sprawić, że Europa się jeszcze pozbiera. Wszystkie bowiem symptomy cywilizacyjne, kulturowe, demograficzne, świadczą o jej głębokiej dekadencji. W związku z tym upadkiem potrzebne jest głębokie nawrócenie i przypomnienie o wspólnym chrześcijańskim dziedzictwie, jest pokazaniem drogi wyjścia z kryzysu.

 

Pamiętam dyskusję o Europie w Polskiej Akademii Umiejętności. Brali w niej udział naukowcy i ton był raczej pesymistyczny. Wówczas prof. Jadwiga Puzynina podsumowała ją jednym zdaniem: Żeby to, o czym mówimy, nie spełniło się, potrzebne jest powszechne nawrócenie. Każdego z nas, całej Europy.

Migranci pokazują nam naszą słabość, niewiarę, niepewność czy na serio traktujemy chrześcijaństwo, wiarę. Kryzys demograficzny to efekt aborcji, egoizmu i pragnienia wygodnego życia. Okrągłe rocznice są okazją do rachunku sumienia i nawrócenia.


Rozmawiała Alina Petrowa-Wasilewicz / Warszawa

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz

Kard. Kazimierz Nycz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Kard. Kazimierz Nycz
Kard. Kazimierz
Nycz
zobacz artykuly tego autora >