video-jav.net

Mateusz Ochman o miłosierdziu w Internecie

„Od niedawna staram się modlić za ludzi, którzy w jakiś sposób starają mi się dowalić w sieci” – mówi w rozmowie z KAI Mateusz Ochman, bloger, twórca internetowy, jeden z Ambasadorów Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016. Wspólnie z Tomaszem Adamskim prowadzi oficjalne rekolekcje ŚDM „Dla nas i całego świata”.

Polub nas na Facebooku!

Przemysław Radzyński (KAI): Gdy w 2013 roku dowiedziałeś się, że Polska, Kraków będą gospodarzem Światowych Dni Młodzieży, to miałeś już jakiś pomysł, jak przeżyjesz ten czas?

Chciałem po prostu być obecny na tych Światowych Dniach Młodzieży, uczestniczyć w tym wydarzeniu. Pamiętam, że gdy jeszcze Jan Paweł II był papieżem i odwiedzał Polskę, nie wyobrażałem sobie, że mogłoby mnie nie być na spotkaniu z nim. Pojechaliśmy z rodzicami do Gliwic akurat wtedy, gdy papieża nie było, ponieważ trafił do szpitala. Całą drogę powrotną, jako dziewięciolatek, pomstowałem na papieża. Nie dane było mi spotkać się z Janem Pawłem II. Natomiast miałem taką okazję na Błoniach w 2006 roku, gdy do Polski przyjechał papież Benedykt. Mam nadzieję, że teraz dane mi będzie zobaczyć papieża Franciszka. Chociaż to nie jest główny cel ŚDM.

 

KAI: A co jest głównym celem?

Może to frazes i banał, ale ŚDM to spotkanie Kościoła z Panem Jezusem. Nie chodzi tutaj nawet o papieża, nie ujmując oczywiście nic Ojcu Świętemu. Ale jeżeli skupimy się tylko na spotkaniu tego konkretnego człowieka, jeżeli tylko po to są ŚDM, to daleko nie zajdziemy. Jako Kościół, szczególnie jako młody Kościół, musimy spotkać się przede wszystkim z Panem Jezusem. Oczywiście papież jako namiestnik Pana Jezusa będzie tutaj szczególnym gościem, ale to na Panu Jezusie musimy się skupić. A następnie na spotkaniu się młodego Kościoła z samym sobą. Bo ŚDM to jest też moment, w którym mamy okazję, a nawet obowiązek poznać problemy, wzloty i upadki całego Kościoła. Nie tylko naszego krakowskiego, polskiego, europejskiego, ale mamy też okazję poznać naszych braci z Ameryki Południowej, z Australii, z zakątków świata, których być może wielu z nas nigdy nie ujrzy na oczy. Ale ich problemy musimy poznać i rozważać, jak w skali światowej możemy je naprawić. To jest też zadanie dla młodego Kościoła z tamtych rejonów świata – poznać nasze problemy i w swoich lokalnych strukturach zastanowić się, jak można je rozwiązać.

 

KAI: Byłeś uczestnikiem ŚDM?

Nie. To będą, mam nadzieję, moje pierwsze ŚDM.

 

KAI: Masz jakieś oczekiwania związane z tym czasem?

Mam nadzieję, że uda nam się pokazać, że Kościół jest pełen młodych ludzi. I nie chodzi mi tutaj nawet o liczebność. Ostatnio podczas rekolekcji „Dla nas i całego świata” ks. Michał Olszewski powiedział, że daleko nie zajedziemy, jeżeli będziemy myśleli o liczebności. Chodzi o to, żeby ten młody Kościół pokazał, że istnieje. I że mamy energię, którą czerpiemy od Pana Jezusa. I że nikt nam tego nie zabierze, nikt tego nie będzie mógł podważyć, nikt nie będzie mógł powiedzieć, że Kościół się kończy, że umiera.

 

KAI: ŚDM będą przebiegać w Roku Miłosierdzia i pod hasłem „Błogosławieni miłosierni albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. Młodzież i miłosierdzie to są dwa światy równoległe czy mają jakieś punkty wspólne?

Szymon Hołownia w jednej ze swoich wypowiedzi stwierdził, że z cytatu: „ Błogosławieni miłosierni albowiem oni miłosierdzia dostąpią”, młodzi ludzie znają ewentualnie słowo „oni”, bo reszta jest dla nich abstrakcyjna. Ale pozwolę sobie nie zgodzić się z Szymonem, bo coraz częściej widzę, że młodzieży miłosierdzie nie jest obce. Sam wielokrotnie byłem świadkiem tego, jak młodzi ludzie pomagali w hospicjach, albo zimą, przy wielkim mrozie wyjeżdżali za granicę, żeby wspierać czeską Caritas. Takich przypadków jest cała masa i myślę, że młodzi ludzie doskonale sobie zdają sprawę czym jest miłosierdzie i mają tyle siły i energii, żeby czynnie w to miłosierdzie się angażować.

 

KAI: A gdzie Ty, w jaki sposób, kiedy doświadczasz Bożego Miłosierdzia najbardziej i najpełniej?

Boże Miłosierdzie przemawia do mnie najmocniej, najwięcej mogę z niego czerpać, kiedy wychodzę z konfesjonału. Nie jest jakąś ogromną tajemnicą, że Mateusz Ochman to grzesznik, więc staram się złe skutki swoich grzechów – tak często jak tylko mogę – niszczyć w konfesjonale. Z każdym wyjściem z konfesjonału autentycznie doświadczam Bożej miłości a nawet czegoś więcej niż miłości.

Św. Paweł pisze wprost: „Zapłatą za grzech jest śmierć”. Ja wiem, że mocą kapłana w konfesjonale Pan Bóg mówi: przyszedłeś, jeśli żałujesz, sprawy nie ma. Z własnego doświadczenia, ale też słuchając niektórych kapłanów, mogę powiedzieć, że rzeczywiście tak działa Pan Jezus. Słyszałem anegdotkę – zdaje się od ks. Pawlukiewicza – kiedyś pewna siostra zakonna przyszła do swojego biskupa i oznajmiła mu, że ma objawienia. Biskup nie do końca jej wierzył i poprosił, żeby przy następnym objawieniu Pan Jezus wyjawił jego grzechy. Po jakimś czasie siostra wróciła a biskup wypytywał o objawienia i ciekaw był swoich grzechów. Siostra odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: „Pan Jezus przekazał, że nie pamięta”. Na tym właśnie polega idea konfesjonału. Zwraca też na to uwagę Ojciec Święty Franciszek i mówi, że konfesjonał nie jest miejscem tortur, a jest miejscem miłosierdzia. Ja powiedziałbym, że konfesjonał to taki checkpoint miłosierdzia, taki PowerBank, w którym działa Pan Bóg i mówi: zawaliłeś Mateusz sprawę, ale ja to biorę na siebie – między nami jest wszystko w porządku.

 

KAI: Konfesjonał to pewnie jeden z trudniejszych elementów kościelnej rzeczywistości, zwłaszcza dla wielu młodych ludzi. Czy Ty w jakiś sposób go oswoiłeś?

Muszę powiedzieć, że po tylu latach ciągle odczuwam stres przed spowiedzią. Ale dopiero niedawno odkryłem, że nie boję się reakcji księdza, że mogę nie dostać rozgrzeszenia, ale stresuje mnie to, że muszę stanąć przed prawdą o sobie. W konfesjonale doświadczam, że wizerunek siebie, który noszę w głowie – człowieka idealnego, z jakąś wiedzą religijną, teologiczną, czasami rozmija się z rzeczywistością, bo jestem grzeszny, niedoskonały, muszę ciągle nad sobą pracować.

Najlepszym przygotowaniem do spowiedzi, stanięciem w prawdzie o sobie jest szczery rachunek sumienia i rozważanie swojego życia z perspektywy osoby trzeciej – próba spojrzenia na siebie oczami kogoś innego, najlepiej oczami Pana Boga. Ta perspektywa jest jeszcze dla mnie zbyt odległa. Dlatego przy wieczornej modlitwie staram się przeanalizować każdy moment odkąd wstałem. Zastanawiam się czy rzeczywiście trzeba było fuknąć na kogoś w autobusie, albo czy sens miało ustąpienie miejsca babci w autobusie, skoro w głowie sobie pomyślałem: „rany boskie, gdzie te babcie znowu jeżdżą tak rano”. Poznanie prawdy o sobie, skutkuje tym, że człowiek z jednej strony boi się konfesjonału, a z drugiej niesamowicie go do niego ciągnie – ta prawda ma to do siebie, że pociąga.

 

KAI: Papież Franciszek w orędziu na ŚDM poleca młodym w ramach przygotowania, żeby spełniali uczynki miłosierdzia. To dobry pomysł, żeby odświeżyć katechizmowe prawdy?

Uczynki miłosierdzia to jest rewelacja. Często jest tak, że młodzi i starzy, wiek tutaj nie gra żadnej roli, zastanawiamy się, co mamy robić, żeby być miłymi w oczach Pana Boga. Co my mamy zrobić, żeby być dobrymi ludźmi, dobrymi katolikami, braćmi, małżonkami, itd.? A mamy czternaście uczynków, przez które Kościół mówi, co w życiu trzeba konkretnie robić – krzywdy cierpliwie znosić, nakarmić głodnego, przyodziać biednego – to są konkrety, to są narzędzia, które Kościół daje nam do ręki i mówi: róbcie to i wszystko będzie w porządku. W tych uczynkach zawarty jest w zasadzie cały Dekalog, ta lista to skrypt Ewangelii – to jest rewelacja.

 

KAI: Jako twórca internetowy spotykasz się z pewnością z hejtem. Znosisz cierpliwie krzywdy?

Od niedawna staram się modlić za ludzi, którzy w jakiś sposób starają mi się dowalić w sieci. Parę miesięcy temu utworzyłem grafikę na Facebooka ze słowami, którymi się modlę: „Panie Boże wybacz wszystkim tym, którzy mi źle życzą”. Cieszył się dużą popularnością, więc widać, że jest zapotrzebowanie na tego typu rzeczy.

 

KAI: Miłosierdzie można też realizować w sieci?

Ja jestem okropnym złośliwcem. Czasami, kiedy widzę jakiś komentarz, który uważam za głupi, to staram się odpowiedzieć najbardziej złośliwie, jak się da. Ale ostatnio przyjąłem taką taktykę, że do komentarzy, które wyprowadzają z równowagi, staram się podejść z sympatią, miłością, żeby nie odpisywać tego, co chcę odpisać, ale to, co czasami trzeba odpisać. Myślę, że to jest dopiero wstęp do miłosierdzia, które jest oczywiście czymś niesłychanie spektakularnym, ale nawet w takich małych rzeczach może się odbijać blask miłosierdzia.


Rozmawiał Przemysław Radzyński / Kraków

 

Mateusz Ochman – Redaktor Stacji7.pl, specjalista ds. contentu i social media. Człowiek, który nie zna czasownika “wyspać się”, bo od snu woli aktywność online. Jest autorem bloga “Bóg, honor & rock`n`roll”, fanem papieża Benedykta XVI, liturgii i… Juventusu Turyn, a półki w jego mieszkaniu uginają się pod ciężarem książek religijnych. Zobacz artykuły tego autora.

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy ksiażkę “Miłosierdzie to imię Boga” – wywiad z papieżem Franciszkiem

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

 

Panie, co z grzesznikami? 800 lat zakonu dominikanów

Zapalać może tylko ten, kto sam płonie. Jako dominikanin muszę umieć uzasadnić to, w co wierzę, mogę głosić tylko Tego, którego znam osobiście

Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O 800 latach zakonu dominikanów na świecie, kobiecych klasztorach, sposobach na dobre kazanie z ojcem Pawłem Kozackim OP, prowincjałem polskich dominikanów rozmawiają Aneta Liberacka i Judyta Syrek

 


 

Ilu dzisiaj jest na świecie dominikanów? I czy więcej jest kobiet czy mężczyzn?

Braci jest między pięć a sześć tysięcy i na pewno jest nas więcej niż sióstr w klasztorach kontemplacyjnych.

 

Pytamy, bo dość oryginalnie zaczyna się historia Waszego zakonu, najpierw św. Dominik założył klasztor dla kobiet.

Święty Dominik nie zaczynał od zakładania klasztoru, ale przede wszystkim od głoszenia Słowa. Zobaczył ludzi, którzy byli ogarnięci różnymi błędnymi naukami – głównie albigensów i waldensów – mówiąc złośliwie, heretyków nieuznających niektórych prawd wiary, mszy św. czy sakramentów. Stwierdził, że musi im pomóc odkryć prawdę.

Pierwszymi osobami, które się nawróciły i zdecydowały odejść od albignesów, były kobiety. W związku z tym św. Dominik widząc ich powrót do jedności z Kościołem postanowił stworzyć dla nich bezpieczne miejsce i wybudował klasztor żeński w Prouille u stóp Pirenejów, około 100 km na południe od Tuluzy. Tam siostry omadlały działalność apostolską braci. Historia naszego zakonu pokazuje, że Dominik nie zaczynał od pomysłu, tylko od potrzeby.

 

Blisko Dominikanów działały mocne kobiety. Wśród nich św. Katarzyna Sieneńska.

Kaśka Sieneńska to wielka postać. Kobieta pełna mocy i Ducha Świętego. Można powiedzieć, że była to taka przebojowa Włoszka, która miała dużo pokory i tupetu, ale nie była jedyna. W naszej historii pojawiła się też Agnieszka z Montepulciano, Zdzisława z Moraw czy Róża z Limy. Mamy trochę pięknych dominikanek.

 

swieta-katarzyna-ze-sieny-patronka-pojednania-photowidget-photo

 

Zaznaczył Ojciec, że kobiety omadlały, czyli można powiedzieć, że bez kobiet ani rusz – to one wypracowały wszystko, co działo się później.

Tak można powiedzieć. Siostry Dominikanki jeszcze dzisiaj zaznaczają nam, że to one wszystko robią, a my przychodzimy na gotowe i zbieramy owoce, które wyproszą. Absolutnie  jestem świadomy, że potencjał modlitwy jest po stronie kobiet. Gałąź żeńska dominikańska to mniszki żyjące w klasztorach klauzurowych. Siostry biorą na siebie kontemplację i modlitwę wstawienniczą – wypraszanie tego, co jest potrzebne w świecie. Gałąź męska jest apostolska. Natomiast są także dominikanki czynne, ale one nie należą ściśle do naszego zakonu.  

 

Zapalać może ten, kto sam płonie

Wasz zakon działa dokładnie tak jak działa cały świat: kobiety zajmują się tym co wrażliwe, a mężczyźni konkretnie i do przodu. Macie wpisane w swój charyzmat trzy zadania:  głoszenie Ewangelii, życie wspólne i szukanie prawdy. Czy dominikanie to pierwszy zakon, który ewangelizował wychodząc w świat do boju – do dużych miast, jako wspólnota kaznodziejska, a nie tylko modlitewna?

Nie byliśmy tak całkiem pierwsi, bo przed nami Europę zewangelizowali mnisi iro-szkoccy. Jeśli zaś chodzi o specyfikę dominikanów, to wypływa ona ze stylu działania św. Dominika, z tego, że był człowiekiem, który potrafił czytać rzeczywistość. Przebywając na południu Francji i spotykając się z albigensami, zobaczył, że musi poszukać odpowiednich środków, by dać dobrą odpowiedź na ich nauczanie. Po pierwsze zauważył radykalizm jakim żyli albigensi – był on większy niż u ludzi Kościoła, ale zahaczał o herezję. Po drugie dostrzegł, że ci ludzie są lepiej wykształceni niż duchowni i w tym znalazł odpowiedź, dlaczego Kościół nie radził sobie z ich nauką. Dominik zauważył, że w tej rzeczywistości są potrzebne dwie rzeczy: życie na wzór apostołów i wykształcenie – dobre przygotowanie do podejmowania dyskusji, umiejętność odpowiadania na wątpliwości, pytania oraz ataki.

Święty Dominik wiedział również, że nie może się posługiwać propagandą, że głoszenie Słowa nie może polegać na uczeniu formułek. Poznając rzeczywistość albigensów wiedział, iż dominikanom potrzebna jest głęboka wiara. Miał takie powiedzenie, że zapalać może ten, kto sam płonie.

W powyższym schemacie są podstawowe elementy dominikańskiego „przepowiadania”, takie jak: kontemplacja, o której mówi św. Tomasz z Akwinu i przekazywanie, tego, co się doświadczyło na modlitwie, czyli contemplare et contemplata aliis tradere. Moje głoszenie musi wypływać z modlitwy, musi wypływać z  osobistego spotkania z Chrystusem. Mogę głosić tylko Tego, którego znam osobiście. Jest jeszcze w naszym charyzmacie trzeci istotny element, Veritas.  Ja, jako dominikanin muszę umieć uzasadnić to, w co wierzę, do tego potrzebne są studia i głoszenie potwierdzone przykładem życia: jedność słów i czynów.

 

Sprawdzacie dzisiaj kandydatów do zakonu pod względem predyspozycje do głoszenia? Jak weryfikujecie? Nie każdy z was urodził się dominikaninem.

Po pierwsze, to powołanie pochodzi od Pana Boga, jest czymś nadprzyrodzonym. Jeśli jest w człowieku autentyczna wiara, samo pójście za głosem Pana Jezusa jest podstawową weryfikacją. Niekoniecznie taki człowiek może umieć doświadczyć wielkiej głębi kontemplacji, ale musi być otwarty na takie doświadczenie. Są różne kryteria weryfikacji.

 

Jakie?

Badanie czy motywacja towarzysząca wstąpieniu do zakonu jest nadprzyrodzona, czy tylko naturalna, czy dany brat potrafi żyć z innymi we wspólnocie, czy ma w sobie adekwatną dojrzałość ludzką, czy jest zdolny do przekraczania siebie, czy ma wystarczające talenty do studiowania…  

 

Fra_Angelico_052

 

Szukajcie języka zrozumiałego dla tych, do których jesteście posłani.

Wróćmy jeszcze do św. Dominika. Zostawił Wam dobre „haki”, którymi trafiacie do ludzi.

Dominik nie tyle miał „haki” ale umiał się wsłuchiwać w rzeczywistość. Dzięki temu wiedział, że pewne sposoby głoszenia, które istniały nie są skuteczne. Przykładem może być orszak biskupi, który wyruszył do albigensów, by ich sprowadzić na drogę Kościoła. Purpurat miał na rękach pierścień, bogaty strój – co w średniowieczu było znakiem wskazującym na rzeczywistość poza ziemską, transcendentną i ukazującym wspaniałość Królestwa Niebieskiego. Albigensi zaś śmiali się z tego. W związku z czym św. Dominik stwierdził, że w Kościele trzeba wrócić do radykalizmu, prostoty, przepowiadania w ubóstwie, że trzeba znowu iść od drzwi do drzwi i głosić Ewangelię. Z jednej strony znał prawdę Ewangelii, z drugiej szukał narzędzi, które będą adekwatne dla danej sytuacji, którymi trafi do ludzi. I nigdy nie powiedział, że wszyscy mają głosić Słowo tak samo jak on. Zasada, którą żył można sformułować tak: szukajcie języka zrozumiałego dla tych, do których jesteście posłani.

Odpowiednie słowo na odpowiedni czas.

Kluczem Dominika nie jest narzucanie wszystkim swoich metod. Dzisiaj Dominik zachowałby się tak samo. Zastanowiłby się jaki jest najlepszy sposób, by dotrzeć do człowieka, który żyje w 2016 roku. Zastanawiałby się, jakie jest najlepszy sposób mówienia do osób, który żyją w danym miejscu, w określonych układach społecznych, politycznych. Myślałby nad optymalnym językiem, dzięki któremu Ewangelia mogłaby się stać bardziej zrozumiała. To jest sposób świętego Dominika. Odpowiednie słowo na odpowiedni czas.

Oczywiście, kwestia wykształcenia, głoszenia tego co się przemodliło w takim języku, by to było zrozumiale, jest wspólne. Ale Dominik nie powiedział, że ma być kontynuowany jeden sposób głoszenia z pomocą jednego narzędzia. Narzędzi może być wiele. Pokazuje to nasza historia. Dominik głosił kazania w swoim stylu, św. Tomasz zabierał głos w dysputach, św. Katarzyna pisała listy do papieża a Fra Angeliko malował. Spektrum służenia może być duże, istotne jest, by trafić ze Słowem do adresata.

Chciałbym jeszcze też zwrócić uwagę, że rewolucja Dominika polegała na tym, że przed nim tylko biskupi mieli prawo nauczania w imieniu Kościoła i wyznaczali pełnomocników. Od chwili założenia dominikanów nastąpił moment przełomowy, już nie tylko biskupi mieli prawo głosić kazania.

 

Najwyższą władzą w naszym zakonie nie jest założyciel czy generał zakonu, którego się wybiera,  tylko kapituła

Mówi się że Dominikanie uczą nas demokracji. Jak to jest z tą demokracją w Waszym zakonie?

Tak. Staramy się żyć demokracją. Dominik tworząc zakon niekoniecznie chciał być szefem. Oczywiście był nim, ale tylko dlatego, że Bracia go o to prosili. Oparł natomiast nasz zakon na takim systemie, że ważne decyzje są podejmowane przez wspólnotę. Dlatego od początku najwyższą władzą w naszym zakonie nie jest założyciel czy generał zakonu, którego się wybiera,  tylko kapituła – zgromadzenie braci. W klasztorze jest kapituła klasztoru, w prowincji kapituła prowincjalna, a na świecie władzę pełni kapituła generalna.

Już za czasów św. Dominika było tak, że kiedy nasz Założyciel zwołał braci z różnych stron świata, by zebrali się na  kapitule generalnej, to podporządkowywał się temu, co ustalili. Najwyższą władzą nie jest przełożony tylko zgromadzenie braci, którzy podejmują decyzje. To jest jeden wymiar  demokracji – decyzje są podejmowane kolegialnie.

Drugi wymiar jest taki, że wszystkie władze, wszystkich przełożonych, których mamy, wybieramy w demokratycznych wyborach. I dotyczy to zarówno funkcji przeora i prowincjała jak i generała. Kolejna rzecz jest taka, że każda funkcja, która polega na sprawowaniu urzędu związanego z władzą, jest zawsze kadencyjna. Przeor wybierany jest na trzy lata, prowincjał na cztery, generał na dziewięć lat.  W normalnym trybie funkcję można sprawować tylko dwie kadencje. Oczywiście po wyborze i zatwierdzeniu danego brata na przełożonego, inni bracia podlegają jego władzy.

Czy uczymy demokracji? Można przytoczyć słynną opowiastkę ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego. Kiedy w 1989 roku powstał Komitet Obywatelski, ludzie nie wiedzieli jak wybrać władze i podobno za sugestią naszego współbrata została zastosowana procedura dominikańska. Ojciec Jan Andrzej patrząc na nieporadność, powiedział: jak wam opowiem, jak się to u nas robi.

Jeśli chodzi o część procedury demokratycznej, to pewnie dołożyliśmy trochę ze swojego dziedzictwa. Inaczej też sprawuje się władzę, gdy ma się ją na długi okres, na przykład do emerytury, a inaczej gdy czas jest ograniczony i człowiek ma świadomość, że wróci do szeregu.

 

qwertyuiop.Still006

 

Czy Wasze życie wspólne różni się od innych zakonów? Czy dominikanie są wyjątkowi?

Oczywiście! My jesteśmy super wyjątkowi.

 

Właśnie to chciałyśmy usłyszeć…. (śmiech)

A tak naprawdę nasza wyjątkowość polega na dominikańskim charyzmacie, co nie oznacza, że jesteśmy lepsi czy gorsi od innych zakonów. Jesteśmy inni, mamy swoją specyfikę.

 

Dominikanie – zakon kaznodziejski. Czy może Ojciec podać zasady dobrego kazania? Czy macie jakiś schemat jak głosić, żeby kazanie było dobre?

Nie mamy żadnej recepty, zbyt demokratyczny zakon (śmiech). Często się wkurzamy, że nie ma gotowych recept. Przemodlenie, wykształcenie – to są nasze zasady. A pierwszą z nich jest słuchanie. Nie da się powiedzieć kazania, nie wsłuchując się w ludzi, do których mam mówić. Dobry kaznodzieja, najpierw słucha, jakim językiem mówi dana społeczność, jaki ma system wartości, co ich boli, czego się boją, o czym marzą. Nasze kaznodziejstwo opiera się na poznaniu drugiego człowieka. Drugi istotny wymiar to słuchanie Boga. Bez kontemplacji trudno głosić Ewangelię. Dla nas bardzo istotna jest kontemplacja jako doświadczenie bliskości i zażyłości z Bogiem.

 

Można więc powiedzieć, że dominikanie uczą nie tylko demokracji, ale  również zasad marketingu. Marketing polega właśnie na tym, że się słucha ludzi, by odpowiedzieć na ich potrzeby. Z tego co Ojciec mówi rysuje się tak naprawdę miłość. Słucha człowieka i słucham Boga – to przykazania miłości.

Kiedy Dominik mówił do albigensów, towarzyszyła mu właśnie taka zasada, że słuchał. I potem starał się działać tak, by oni nie odłączyli się od Chrystusa. To się wyrażało także w czasie modlitwy. Kiedy współbracia podpatrywali św. Dominika w czasie nocnych modlitw, to słyszeli jak wołał: „Panie, co będzie z grzesznikami?”. W nim była troska o człowieka, nie tylko o byt doczesny, ale o jego życie wieczne. Co będzie z tymi, którzy się pogubili i odłączyli od Chrystusa? Wymiar miłości jest taki, że kocham człowieka, który się źle ma, który się pogubił, a z drugiej strony, wiem, że pogubienie, głód, który człowiek w sobie niesie, ma odpowiedź w Ewangelii. Wszystko jest w Chrystusie.

 


 

Paweł Kozacki OP, Aneta Liberacka, Judyta Syrek

Paweł Kozacki OP

Paweł Kozacki OP

Dominikanin, publicysta, blogger, były przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie oraz wieloletni redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Od 1 lutego 2014 r. Prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich korporacjach jak Comarch czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach rodzinnych. Pochodzi z Koziebród - miejscowości, w której znajduje się przepiękne sanktuarium Maryjne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >