video-jav.net

Ludzie w drodze – podobnie jak my

W orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy papież Franciszek podkreśla, że migracje dzisiaj nie są zjawiskiem ograniczonym do niektórych obszarów naszej planety, ale dotykają wszystkich kontynentów. Ludzie zawsze migrowali i migrują również dziś. Przyczynami migracji są wojny, kataklizmy, niesprawiedliwe systemy ekonomiczne. Ludzie migrują także z przyczyn osobistych.

Jacek Gniadek
Jacek
Gniadek
zobacz artykuly tego autora >
Maria Werner
Maria
Werner
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tu realizuję Jego misję

Sylwia Michalczyk, wolontariuszka Fundacji Ośrodek Migranta Fu Shenfu rozpoczęła swoją przygodę z nauką imigrantów języka polskiego cztery lata temu. Jej pierwszym studentem był Jesús, młody mężczyzna z Hiszpanii. Do Polski przyjechał za swoją dziewczyną, Polką. Jej rodzice nie akceptowali ich znajomości. Jesús w Polsce pracował w restauracji za niewielkie pieniądze. Przez przypadek trafił do Fu Shenfu, gdzie zaczął uczyć się języka polskiego.

Sylwia wspomina swojego pierwszego studenta: „Był całkiem zagubiony w obcym kraju. Nieakceptowany. Nie znał języka. Ale miał cel i chciał go zrealizować wbrew wszystkim przeciwnościom”. Za radą Sylwii Jesús porzucił pracę w restauracji i zapisał się na kurs lektorów języka hiszpańskiego.

Po raz kolejny ktoś obcy w Warszawie znalazł pomocną rękę w Fu Shenfu. „Nic wielkiego. Jestem nauczycielką. Uczę w szkole angielskiego. Mam taki talent i dzielę się nim z innymi. Kiedy pomagam imigrantom, czuję jakby Jezus mówił do mnie: Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie (Mt 25,35).”

Sylwia w Fu Shenfu znalazła się po swoim radykalnym nawróceniu. Czy był to przypadek? „Nie – mówi pewna siebie Sylwia. – Mój kierownik duchowy, o. Jan Wróblewski SVD, był dyrektorem Fu Shenfu na Ostrobramskiej. Zarosił mnie do ośrodka i zaproponował nauczanie polskiego. To był znak od Boga. Tu czuję, że realizuję Jego misję”.

 

Nikt nie jest nielegalny

O tym, że Fu Shenfu jest potrzebny migrantom, przekonałem się już kilka tygodni po otwarciu ośrodka. Pewnego ranka do fundacji przyszedł Siergiej. Kilka dni wcześniej wyszedł z więzienia. Chciał wrócić do domu na Ukrainę, ale nie mógł przekroczyć granicy, gdyż jego paszport był jeszcze wydany w czasach ZSRR. Był bardzo chory. Pomogliśmy mu załatwić noclegownię, lekarstwa i jednorazowy paszport na przekroczenie granicy. Kilka miesięcy po powrocie do mamy zmarł.

Prawdziwej pomocy potrzebują najczęściej migranci o nieuregulowanym statusie. Św. Jan Paweł II zwykł nazywać rzecz po imieniu. W orędziu z 1995 r. podkreślał mocno, że Kościół jest sakramentem jedności dla całej ludzkiej rodziny oraz miejscem, gdzie migranci, których sytuacja wobec prawa jest nieuregulowana, powinni być przyjęci i uznani za braci i siostry. Zadaniem Kościoła lokalnego jest zmobilizować swoje działania w taki sposób, by przyjąć te osoby z miłością do własnych wspólnot. Człowiek nie może być nielegalny.

 

Nowi wolontariusze

Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej (Pwt 10,19). Franciszek w swoim orędziu wskazuje, że zjawisko migracji nie jest oderwane od historii zbawienia, a wręcz stanowi jej część. W czerwcu ub.r. wróciłem z Zambii i po sześciu latach przerwy powróciłem do pracy z migrantami w Fu Shenfu. W odpowiedzi na wysłane do trzech sąsiednich parafii ogłoszenie zgłosiło się ośmiu wolontariuszy do nauczania polskiego. Mówiono mi po powrocie z Afryki, że ludzie w Polsce z niechęcią odnoszą się do migrantów, ale mam zupełnie inne doświadczenie. Może dlatego, że nie oglądam telewizji.

Sylwia była półtora roku temu na tygodniowych warsztatach w Krakowie, na których doskonaliła metodę nauki polskiego dla obcokrajowców. Swoim już czteroletnim doświadczeniem podzieliła się z nowymi wolontariuszami. Teraz oni uczą kolejnych przybywających do Fu Shenfu cudzoziemców. Ale wolontariat w Ośrodku to nie tylko nauka. Wchodzę do klasy po lekcji. Pani Urszula została dłużej wraz z jedną uczennicą, pomaga jej pisać prośbę do konsulatu. „Robię to pierwszy raz, ale ja znam język więc mi łatwiej” – mówi z uśmiechem p. Urszula, która uczy od października ub.r. W przerwie gwar i śmiechy. Mirek, mały brat Jezusa od bł. Karola de Foucauld, nowy wolontariusz, serwuje herbatę i kawę swoim uczniom. Rozmawiają nie tylko o języku polskim, jest też czas na dzielenie się życiem. Nauka migrantów jest ważna, ale Fu Shenfu to przede wszystkim bycie z nimi i dla nich. Towarzyszymy im, bo to są ludzie w drodze… podobnie jak my.

Grupa młodych imigrantów z Wietnamu nowy rok szkolny rozpoczęła w nowej klasie wynajętej w Wólce Kosowskiej k. Warszawy, gdzie znajduje się azjatyckie centrum handlowe. Tysiące Wietnamczyków, Chińczyków i Turków sprzedaje swoje towary od rana do wieczora w ciągnących się na kilometry halach handlowych. Nową klasę s. Anna Nguyen FMM dzieli razem z inną grupą Wietnamczyków, którzy dwa razy w tygodniu po pracy uczą się angielskiego. W uczeniu polskiego pomaga jej Tomek, który w ubiegłym roku był na wolontariacie w Zambii i remontował kaplicę w Balmoral na obrzeżach Lusaki. Młodzi Wietnamczycy uczą się polskiego. Wszystko wskazuje na to, że swoją przyszłość chcą związać z Polską

 

Trzykrotnie bezbronne

W Polsce przebywa około 50 tys. Wietnamczyków. Drugie pokolenie wietnamskich imigrantów ma zupełnie inny życiowy start. W kaplicy przy hali handlowej na ul. Marywilskiej, z okazji odpustu w dzień wspomnienia św. Jana Pawła II był kolejny chrzest małego wietnamskiego dziecka. Dzieci Wietnamskich imigrantów chodzą do polskich szkół i często należą do najlepszych uczniów w klasie.

Papież Franciszek w swoim najnowszym orędziu bierze w obronę dzieci imigrantów: „są trzykrotnie bezbronne, ponieważ są nieletnie, ponieważ są cudzoziemcami i ponieważ są bezradne, kiedy z różnych powodów zmuszone są żyć z dala od ojczyzny, oddzielone od miłości rodzinnej”. Dzięki Bogu w coraz mniejszym stopniu dotyczy to już dzieci wietnamskich imigrantów w Polsce.

Wychodząc z odpustowego przyjęcia w wietnamskiej restauracji w Raszynie, pomachałem na pożegnanie wietnamskim dzieciom bawiącym się obok recepcji. Szukałem nerwowo w pamięci odpowiedniego słowa po wietnamsku, ale nie zdążyłem niczego powiedzieć. Usłyszałem od nich w czysto brzmiącym języku polskim: „Do widzenia!”.


Artykuł ukazał się w miesięczniku Zgromadzenia Słowa Bożego (Księży Werbistów) “Misjonarz”
Misjonarz, 1/2017, s.12-13

 

Jacek Gniadek

Jacek Gniadek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Werner

Maria Werner

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jacek Gniadek
Jacek
Gniadek
zobacz artykuly tego autora >
Maria Werner
Maria
Werner
zobacz artykuly tego autora >
REPORTAŻE

Arka, która ocala od samotności

Sabina siedzi przy stole na tarasie i przegląda książkę kucharską. Na ogół woli przebywać wewnątrz, ale lubi swoje zajęcia przy rabacie sensorycznej: dotyka liści, ogląda rośliny. Jedna trawa łaskocze, inna kłuje. Kwiaty są fioletowe, pachną.

Marta Łysek
Marta
Łysek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

– Co będziesz dziś robić u babci, Sabinko? – pyta asystentka Iwona,  a potem powtarza odpowiedź: kotlety schabowe. Bo Sabina mówi niewyraźnie. I nie ma ochoty na długą rozmowę. Ma za to świetne trampki – w gwiazdki. I autyzm. Iwona widzi, że zajęcia w ośrodku dużo jej dają: o wiele lepiej odnajduje się w grupie. A mogłaby nie odnajdywać się wcale.

 

Potrzebujących jest o wiele więcej

Środowiskowy Dom Samopomocy w Śledziejowicach, prowadzony przez Fundację L’Arche, czyli po polsku – Arkę, działa od 2009 roku. W 2014 roku zakończyła się rozbudowa ośrodka, która pozwoliła na przyjęcie do niego kolejnej grupy: dorosłych osób z niepełnosprawnością intelektualną na wózkach. Wszystkich miejsc jest dwadzieścia, uczestników – dwudziestu dwóch. I siedmiu pracowników: kierownik, piątka asystentów, psycholog.

– To nie wystarcza – mówi Rafał Ślusarczyk, dyrektor śledziejowickiego oddziału fundacji. –  Mamy trzy osoby autystyczne, które wymagają opieki indywidualnej, żeby można było przeprowadzić skuteczne zajęcia. Te osoby nie są u nas codziennie, bo nie jesteśmy w stanie każdego dnia zapewnić im odpowiedniej opieki.

Przyczyna jest prozaiczna: finanse. Na każdego uczestnika zajęć państwo przeznacza określoną kwotę. Dotacja nie jest różnicowana ze względu na rodzaj niepełnosprawności i potrzeby konkretnej osoby. A koszty pobytu osoby np. z autyzmem są często dwukrotnie większe.

 

IMG_1095

fot. Mariann Gurba

 

– Staramy się wychodzić do ludzi najbardziej potrzebujących. To nasza misja. Mimo niewystarczającej dotacji zdecydowaliśmy się przyjąć takie osoby do nas. I widzimy, że potrzebujących jest o wiele więcej. Inne ośrodki albo nie przyjmują takich osób wcale, a jeżeli już przyjmują , są w zasadzie na granicy i walczą o przetrwanie – dodaje dyrektor.

Ośrodek działa na terenie powiatu wielickiego. Sabina ma to szczęście, że znalazło się dla niej miejsce. Znalazło się też dla Anety, która przez dwadzieścia osiem lat nie wychodziła z domu. I dla Dawida. Dla ich autystycznych kolegów i koleżanek ze szkoły specjalnej miejsca już nie ma.

– Skończyli szkołę i siedzą w domu. Rodzice nie mają wyjścia. Jest pewna mama głęboko, autystycznego chłopaka, która przez ponad dwadzieścia lat siedzi z nim w domu. Dosłownie. Jego niepełnosprawność sprawia, że boi się nowych miejsc, bardzo źle znosi zmiany. Mąż pracuje, żeby utrzymać rodzinę, w zasadzie nie ma go w domu. Nie ma mowy o zakupach, o zwykłym załatwieniu czegoś w urzędzie, a co dopiero o wyjeździe na urlop czy wakacje. Cierpi na tym reszta rodziny, zwłaszcza młodsze, pełnosprawne dzieci – mówi pracownik ośrodka, Wioleta Węgrzyn-Szewczyk. – Dlatego tak ważne są dzienne formy opieki dla najbardziej niepełnosprawnych osób. Dają im i ich rodzinom namiastkę normalności.

 

IMG_0993

fot. Marianna Gurba

 

Na wózkach

Pracownie Środowiskowego Domu Samopomocy są dostosowane do osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. W okolicy mało jest takich miejsc. Dzięki temu, że pomieszczenia i korytarze są szerokie, a toalety – odpowiednie, do ośrodka mogą przyjeżdżać Ewa, Łukasz czy Mateusz.

Ewa nie może się doczekać wywiadu: już od wczoraj wie, że się zjawimy. Siadamy przy stole na tarasie – Sabiny już tu nie ma, poszła pomagać w kuchni. Ewa też lubi pomagać w kuchni. Przyjeżdża do ośrodka o ósmej rano i na dzień dobry rozładowuje zmywarkę. Robi to świetnie – chwali ją asystentka Dominika, która towarzyszy nam w rozmowie. Czasem tłumaczy, bo Ewa, choć bardzo się stara, mówi niewyraźnie. I jest bardzo radosna. Trudno się nie uśmiechać, kiedy opowiada o swojej nauce angielskiego i o tym, że chciałaby pracować w stolarni, razem z panem Wojtkiem i chłopakami. I o tym, że uwielbia tu być, bo tu się cały czas coś dzieje, cały czas jest coś do roboty, a Ewa nie może siedzieć i nic nie robić, no po prostu nie może.

 

IMG_1067

fot. Marianna Gurba

 

Mateusz też jeździ na wózku. Ale nie mówi. A raczej: mówi, ale po swojemu. Porozumiewa się Makatonem – opracowanym dla niepełnosprawnych językiem gestów i symboli, i za pomocą swojej książki z piktogramami. Swojej, bo książka jest stworzona specjalnie dla Mateusza: poza niedużymi obrazkami pozwalającymi opowiadać o codzienności – obiad, kolacja, smutny, zadowolony, spać, kościół – są w niej zdjęcia. Zdjęcia rodziny, znajomych z ośrodka, koni. Karmiłeś kiedyś konia? – pytam, a Mateusz w odpowiedzi pokazuje kolejny obrazek: dłoń trzyma marchewkę, podpisany “karmiłem konika”. Śmieje się. Bo konie dają radość. Są ważne. Ważne są też kasety. Takie zwykłe, magnetofonowe. Mateusz wyciąga z nich taśmę i robi prezenty: przykleja wycięte z papieru kwiaty, ręką mamy lub siostry pisze imiona. Chyba każdy w ośrodku ma już swoją kolekcję kaset od Mateusza. Mateusz lubi dawać. Jest szczodry w rozdawaniu: swoich kaset, uśmiechów, siebie.

 

Zobacz historię Mateusza

 

Pracownie

Pracownią twórczą dowodzi pani Dominika. Jest ceramikiem, ale z niepełnosprawnymi wykonuje różne prace. Na przykład kartki świąteczne. Mateusz lubi prace plastyczne, zwłaszcza wycinanie z papieru wzorów specjalnymi dziurkaczami. Bo wycinać nożyczkami nie jest w stanie. Elementy, które wycina, przydają się do kartek okolicznościowych: z pracowni wychodzi ich trzy tysiące rocznie. Pani Dominika, by włączyć w pracę najbardziej niepełnosprawne e osoby, wymyśla nowatorskie metody twórcze. Na przykład – wytłaczanie papieru. Wytłaczarka jest łatwa w obsłudze, efekty pracy – widoczne od razu. Przy “maszynie” są w stanie spokojnie siedzieć nawet ci, którzy zazwyczaj krzyczą i biegają. Podobnie jest  z wykrojnikami czy dziurkaczami, których tak chętnie używa Mateusz. Łatwo jest wykonać element, który stanie się częścią bożonarodzeniowej kartki. – Dużo frajdy i dużo śmieci – podsumowuje z uśmiechem pani Dominika.

W pracowni komputerowej działa pan Wojtek. W Arce jest od trzydziestu lat. Co robi? – Najbardziej jestem po prostu przyjacielem – odpowiada, delikatnie odsuwając od siebie Piotrka, który ma dziś nastrój na przytulanie. A przytulać się chce, bo pan Wojtek jest jego przyjacielem. Kiedy przejeżdża pod domem Piotrka, trąbi. A Piotrek go kocha. I już.

 

IMG_0996

fot. Marianna Gurba

 

Bycie przyjacielem nie wyklucza innych czynności, więc pan Wojtek razem z męską częścią ekipy zajmuje się busem. Tankują go, myją, sprzątają. Na stacji benzynowej nikt się nie dziwi, że Piotrek – przechylony w jedną stronę, opierający się na balkoniku, chwyta za – no właśnie:
– Wie pani, tę końcówkę do tankowania – mówi pan Wojtek.
– Pistolet – poprawia go Piotrek.

Nikt nie pogania, nikt nie mówi przykrych słów. Może to dlatego, że Piotrek się tak uśmiecha: od serca. Pan Wojtek zresztą też. Stoimy w pracowni i rozmawiamy. Długo, bo Piotrek mówi powoli, a Mateusz i Łukasz – obaj na wózkach, obaj nie mówią, na kolanach książki z piktogramami – też potrzebują chwili, żeby się wypowiedzieć.

 

IMG_1105

fot. Marianna Gurba

 

– Nie przychodzę tu, żeby tym „biednym niepełnosprawnym” pomagać. Może tak można by pracować krótko, ale nie na dłuższą metę. Ja przyjmuję raczej swoje ubóstwo, widzę tę swoją biedę i te dary, którymi mnie obdarzają: Mateusz, który ma wszystkich w sercu, Piotrek ze swoją życzliwością, który potrafi mi wybaczyć, kiedy coś źle zrobię. To ja tutaj czerpię i się ubogacam – przez wzajemność.

W pracowni komunikacji działa asystentka Iwona. I dzieje się mnóstwo. Warsztaty na miejscu, wycieczki bliskie i dalekie: do fabryki herbaty albo do Krynicy-Zdroju. Dla niektórych to pierwsza wycieczka w życiu.

– Ostatnio byliśmy w palarni kawy i piliśmy kawę, była pyszna  – opowiada mi uczestniczka Ewa, która siada z nami przy stoliku. – I była u nas pani kosmetyczka, która robiła makijaż. Pierwszy raz z życiu miałam robiony taki makijaż, i maseczkę, i tą, no, hennę na brwi – uśmiecha się Ewa z rozmarzeniem ze swojego wózka. – Bo w domu to ja się nie maluję.

 

IMG_1206

fot. Marianna Gurba

 

Co się jeszcze robi w pracowni komunikacyjnej? Przede wszystkim – powtarza wiedzę nabytą w szkole. Żeby nie wyparowała. Liczenie, czytanie, pisanie. Niektórzy uczą się kolorów. Ostatnio, przy okazji mistrzostw – wszyscy robili flagę Polski. A kiedy się ją samemu zrobi, łatwo już zapamiętać, że jest biało-czerwona. Były też zajęcia z owocami egzotycznymi: pani Iwona przyniosła owoce, wszyscy je oglądali, dotykali, wąchali – a na końcu próbowali. Było mango, grejpfrut, kiwi.

– Owoc kiwi nas ożywi – rzuca zza moich pleców Roman. Roman – jak sam o sobie mówi – jest rymarzem: układa wierszyki ot, tak, po prostu. W ośrodku spędza kilka godzin dziennie. Przed wylewem był mężem, ojcem, pracownikiem. Po wylewie dalej jest mężem i ojcem – i powoli wraca do siebie. Czy wróci i kiedy – nie wiadomo. Zeszyt z rymami Romana jest coraz grubszy. Pani Iwonka planuje nawet kilka najlepszych powiesić na ścianie. Ale na razie na ścianie wiszą rysunki z flagami, które uczestnicy zajęć robili z Benem.

 

IMG_1062

fot. Marianna Gurba

 

Ben jest wolontariuszem z Niemiec. W ośrodku – od ośmiu miesięcy. Po niemieckiej maturze młodzi często robią sobie roczną przerwę – i Ben zrobił sobie przerwę w Polsce, żeby nauczyć się polskiego. Jako wolontariusz Ben robi różne rzeczy: na przykład uczy angielskiego. Albo chodzi na spacery z Sabiną, Anetą i Dawidem – autystykami. Albo prowadzi z uczestnikami zajęcia kreatywne.

– Robimy różne rzeczy – to, co ja lubię, to, co oni lubią: nie jest tak, że musimy mieć konkretny plan. Kiedy zaczynałem pracę, nie miałem żadnego doświadczenia. Z ludźmi autystycznymi to jest zupełnie inaczej, inny świat. Ale kiedy pracujesz trochę i widzisz, jak to wszystko działa, to jest dobrze, jesteś w stanie z nimi pracować. Wcześniej cały czas byłem w szkole, był ruch, dużo decyzji do podjęcia, dużo nauki, stres – a tutaj jest taka przerwa. To jest dla mnie bardzo spokojny czas. Bo chociaż ta praca nie jest łatwa, to pracujesz z przyjaciółmi – mówi Ben.

 

Arka na ŚDM

Na razie jest spokojnie, ale już niedługo w Śledziejowicach będzie się działo. L’Arche France wraz z tutejszym oddziałem Arki i komitetem parafialnym w Strumianach organizuje w tygodniu przed Wydarzeniami Centralnymi ŚDM miasteczko namiotowe. Przyjedzie tysiąc osób z różnych wspólnot i krajów na świecie: poza Arką będą ludzie na przykład z “Wiary i Światła” – innej wspólnoty zajmującej się niepełnosprawnymi. Przyjadą z Francji, Ukrainy, Egiptu, Palestyny czy Syrii. Jedna trzecia to niepełnosprawni fizycznie i intelektualnie. Przez cztery dni w miasteczku namiotowym w Kokotowie niedaleko Brzegów będą się odbywać katechezy (po francusku, tłumaczone na polski), spotkania w grupach, sportowe gry.

 

IMG_1124

fot. Marianna Gurba

 

– Będzie kilka wycieczek – do Wadowic, Kalwarii Zebrzydowskiej, do Łagiewnik. Będzie integracja, czas nie tylko na formację duchową, ale także na wzajemne poznanie się. W ostatnim dniu, 25 lipca, odbędzie się koncert uwielbieniowego zespołu z Francji – Be Witness. Formuła wydarzeń jest otwarta, zachęcamy do udziału wszystkich, którzy mają ochotę – opowiada Rafał Ślusarczyk.

Część wydarzeń, rozgrywającą się przed ŚDM, zamknie koncert. Później niepełnosprawni wraz z opiekunami wybierają się do Krakowa. Arka została zaproszona do udziału w Drodze Krzyżowej: wezmą z niej udział przedstawiciele z wielu krajów, w których fundacja ma swoje oddziały. Grupa pod opieką śledziejowickiej fundacji jest najliczniejszą zarejestrowaną grupą osób niepełnosprawnych. Organizatorzy ŚDM przygotowali dla niepełnosprawnych specjalne sektory: ten na Błoniach może pomieścić pięć tysięcy osób, sektor w Brzegach – kilkanaście tysięcy. Ale zarejestrowanych niepełnosprawnych pielgrzymów są raczej setki, niż tysiące. Na pewno mniej, niż się spodziewano. Nie wszyscy mają takie możliwości: bywa, że kwestie transportu czy opieki nad niepełnosprawnym członkiem rodziny podczas tak wielkiego wydarzenia przekraczają możliwości rodzin czy opiekunów. I niepełnosprawni zostają w domu.  Nie tylko w czasie takich wydarzeń, jak ŚDM. Czasem – całe życie. Bo nie wszędzie są ośrodki, które mogą przyjąć do siebie na dzień osoby niepełnosprawne intelektualnie, zabrać je na wycieczkę – czy na spotkanie z papieżem.

 

IMG_1167

fot. Marianna Gurba

 

Trzeba wychodzić z domu

Mateusz nie mógłby wycinać elementów do kartek ani Ewa nie mogłaby się z Benem uczyć angielskiego, gdyby budynek nie został rozbudowany i przystosowany do najbardziej niepełnosprawnych osób. I gdyby nie decyzja, żeby – mimo zbyt małej dotacji – przyjąć ich na pokład Arki. – Mamy cztery  osoby na wózku i trzy, które mają problemy z poruszaniem się. Dla nich też byłoby dobrze mieć w kadrze jedną osobę, która np. w trakcie zajęć może towarzyszyć do toalety, nie przerywając zajęć – mówi Rafał Ślusarczyk.

Do kosztów zatrudnienia dochodzą jeszcze koszty transportu: ośrodek ma busa dostosowanego do przewozu osób na wózkach i kierujący nim pan Wojtek i inni asystenci codziennie wykonują cztery kursy, przywożąc i odwożąc osoby z całego powiatu wielickiego. Tylko część rodziców jest w stanie przyprowadzić swoją córkę czy syna do ośrodka: wiele rodzin nie ma samochodów dostosowanych do przewozu osób niepełnosprawnych albo nie stać ich na transport, więc ośrodek bierze koszty na siebie. Choć dotacji nie wystarcza. To tym bardziej ważne, że często osoby niepełnosprawne, kończąc edukację, po prostu zostają w domu, bo rodzina nie ma odpowiedniego transportu.

Możliwość wyjścia niepełnosprawnych z domu jest bardzo istotna. Zarówno dla opiekunów, którzy mogą wtedy pracować, załatwiać sprawy na mieście czy zwyczajnie odpoczywać, jak i dla podopiecznych. Dla niepełnosprawnych dzieci, męża czy żony wyjazd na spacer czy na wycieczkę jest okazją do rozładowania emocji, do podjęcia innych niż zwykle aktywności. To spotykanie innych ludzi, twórcze zajęcia  czy – po prostu – miłe spędzanie czasu. I szansa na podtrzymanie umiejętności nabytych w szkole: czytania, pisania, liczenia czy robienia zakupów.

– Pozostanie w domu oznacza dla nich degradację emocjonalną i intelektualną. Ich schorzenia się pogłębiają, bardzo często jest to też dla nich koniec mieszkania w rodzinie, bo rodzice z różnych przyczyn nie są w stanie udźwignąć ciężaru całodobowej opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem – mówi Rafał Ślusarczyk.

 

IMG_1199

fot. Marianna Gurba

 

Systemowego rozwiązania brak

Największej pomocy i wsparcia ze strony państwa potrzebują ludzie podwójnie wykluczeni – jak określają ich sytuację pracownicy ośrodka. Zaliczają się do nich osoby dorosłe, które zakończyły już edukację i związaną z nią opiekę państwa realizowaną przez system szkolnictwa. To dwie grupy: niepełnosprawni z autyzmem i niepełnosprawni intelektualnie poruszający się na wózkach inwalidzkich. Obie grupy wymagają specjalnej opieki, a rodzina nie zawsze może ją zapewnić. I nawet nie chodzi tu o środki z budżetu: grupa podwójnie wykluczonych, o bardzo konkretnych potrzebach, nie jest nawet ujęta w systemie pomocy społecznej.

– To bardzo głęboko ukryta grupa społeczna. Po zakończeniu szkoły niepełnosprawni dorośli, którzy do tej pory rozwijali się w szkole, z nadzieją patrzyli w przyszłość, mieli szanse na dobre życie, nagle te szanse tracą, zostając w domu bez niemal żadnych możliwości rozwoju – mówi Rafał Ślusarczyk. – Ich rodziny często nie mają już siły ani czasu, żeby szukać pomocy państwa.

Tymczasem większość udogodnień i programów pomocowych jest skierowana do innych grup z niepełnosprawnością. – Często nie spełniamy kryteriów, na przykład wieku, bo nasi niepełnosprawni są za młodzi. Albo program zakłada aktywizację zawodową, która w przypadku osób z autyzmem nie jest możliwa. czasem wsparcie finansowe jest przyznawane na krótki okres – pięciu, sześciu miesięcy, co nie daje nam możliwości stałego zatrudnienia dodatkowego  asystenta – mówi Wioleta Węgrzyn-Szewczyk.

 

IMG_1032

fot. Marianna Gurba

 

Fundacja od ponad roku szuka różnych możliwości uzyskania dotacji w wystarczającym wymiarze. Jednak ani programy unijne, zajmujące się przeciwdziałaniem wykluczeniu społecznemu, ani polskie – jak na przykład konkursy Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych – nie są przeznaczone dla tej, bardzo konkretnej grupy niepełnosprawnej. Konkretnej – i niemałej. Szacuje się, że dorosłych osób z autyzmem jest w Polsce około 10 tysięcy. Jednak w tej liczbie mieszczą się tylko osoby z orzeczonym autyzmem. Tych, które ze względu na zbyt małe możliwości diagnostyczne orzeczenia nie mają, jest o wiele więcej.

– Co prawda system pozwala na różnicowanie wysokości dotacji, ale w praktyce nie jest to wykorzystywane, bo urzędnicy dostają za mało środków do rozdysponowania. Nie ma dobrego pomysłu na pomoc tym najbardziej potrzebującym. A  dla grantodawców najprostsze cele: wyjście na spacer, wyjazd na wycieczkę, przebywanie w towarzystwie innych osób – nie są atrakcyjne – podsumowuje Rafał Ślusarczyk.

– Bardziej niż doraźne rozwiązania jest potrzebna zmiana systemu, który włączyłby osoby z autyzmem i głębszą niepełnosprawnością do istniejących  form dziennego wsparcia – podkreśla Węgrzyn-Szewczyk. – Równie ważne jest zwiększenie budżetu na dotacje, dostosowane do typu niepełnosprawności. To pozwoli na zapewnienie stałej opieki podwójnie wykluczonym w takich ośrodkach jak nasz.


Zapraszamy na stronę Fundacji L’Arche


 

Marta Łysek

Marta Łysek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Łysek
Marta
Łysek
zobacz artykuly tego autora >