Domowe risotto Bergoglio

Pamiętam świętość niedzieli: najpierw szło się na Mszę do kościoła San José, potem były bardzo długie obiady aż do późnego popołudnia. Niekończące się, wspaniałe obiady z pięcioma, sześcioma, a nawet siedmioma daniami. I ze słodyczami. Byliśmy biedni, ale z wielką godnością i zawsze wierni temu, co dla nas było włoską tradycją… - wspomina rodzona siostra Papieża.

Domowe risotto Bergoglio

Polecamy fragment jednej z najpiękniejszych biografii Papieża Franciszka

Parny styczniowy poranek 1929 roku. Po długiej podróży morskiej rodzina Giovanniego Bergoglio przybywa do Buenos Aires. Rosa Margherita Vasallo, babcia papieża, zawsze elegancka, pomimo upału i dużej wilgotności jest ubrana w płaszcz z kołnierzem z lisa, całkowicie nie na miejscu przy takiej temperaturze. W podszewce ma zaszyte pieniądze uzyskane ze sprzedaży dóbr rodzinnych. Rodzina Bergoglio wyruszyła z Portacomaro (Portacomé w dialekcie piemonckim), niewielkiej gminy w prowincji Asti w Piemoncie. Na początku XX wieku przybyli tam z Castelnuovo w tej samej prowincji.

Negocjacje kończące transakcję zatrzymały rodzinę dłużej, niż przewidywano, i dlatego państwo Bergoglio nie wsiedli na statek Principessa Mafalda, który zatonął na północy Brazylii. Około stu osób zginęło. Wypłyną z kilkudniowym opóźnieniem, wchodząc na pokład Giulio Cesare. W Portacomaro rodzina Bergoglio prowadziła zakład cukierniczy. By wyemigrować, pozostawili wszystko, wcale nie z powodów ekonomicznych: chociaż nie całkiem stanęli na nogach po pierwszej wojnie światowej, to mimo wszystko nie musieli koniecznie opuszczać Włoch. Wybrali Argentynę przede wszystkim dlatego, że chcieli dołączyć do rodziny: w tej dalekiej części świata żyło już trzech braci ojca przyszłego papieża, którzy dorobili się majątku w Ameryce Południowej. Nie można też wykluczyć czynnika politycznego, jak wyjaśniała siostra papieża, Maria Elena Bergoglio: „Sytuacja była trudna, choć nie brakowało tego, czego potrzebowała nasza rodzina. Pamiętam, że ojciec często powtarzał, iż powodem, który pchnął go do opuszczenia Włoch, było nadejście faszyzmu”.

„Trzej bracia mojego dziadka byli tam już od 1922 roku – mówił kardynał Bergoglio dziennikarzom Sergio Rubinowi i Francesce Ambrogetti w wywiadzie rzece El Jesuita (opublikowanym w Argentynie w 2010 przez wydawnictwo Vergara) – i otworzyli zakład brukarski w Paranie. Zbudowali czterokondygnacyjną kamienicę, która jako pierwszy dom w mieście miała windę… Każdy z braci zamieszkiwał jedną kondygnację”.

Mario Bergoglio, syn Giovanniego i Rosy, ojciec przyszłego papieża, miał wówczas dwadzieścia jeden lat. Był jednym z 535 tysięcy Włochów, którzy w tamtej dekadzie wyemigrowali do Argentyny. Zawsze dbał o silne więzi łączące go z rodziną pozostałą w Portacomaro, a Jorge Bergoglio już jako kardynał utrzymywał kontakty z kuzynami w Piemoncie, wysyłając e‐maile, które zawsze zawierały jakieś piemonckie wyrażenie.

„Wraz z kryzysem 1932 roku – opowiada przyszły papież – wszyscy pozostali bez niczego i byli zmuszeni do sprzedaży nawet rodzinnego grobowca. Jeden z braci mojego dziadka zmarł na raka, drugi ponownie rozpoczął działalność, i to z powodzeniem, najmłodszy zaś wyjechał do Brazylii. Mój dziadek pożyczył dwa tysiące pesos i kupił magazyn. Tata, który był księgowym i pracował w administracji zakładu brukarskiego, pomagał mu w dystrybucji towarów. Następnie otrzymał pracę w innym zakładzie. Znowu zaczęli od początku z taką samą prostotą, z jaką przybyli. Myślę, że to pokazuje naszą siłę”.

Kardynał Bergoglio stwierdził też, że u podłoża decyzji o przeniesieniu się do Argentyny była „myśl, bardzo europejska, a zwłaszcza bardzo włoska, utrzymania jedności rodziny”.

12 grudnia 1935 roku Mario Bergoglio żeni się z Reginą Sivori, Argentynką pochodzenia genueńskopiemonckiego. Rok później, 17 grudnia 1936 roku, rodzi się pierwszy syn, Jorge Mario.

Rodzina mieszka w Buenos Aires w dzielnicy zwanej Flores, w domku wyłożonym bordowymi płytkami. „Myślę, że moi rodzice kupili go dlatego – opowiada siostra papieża – że miał olbrzymią kuchnię. A kiedy już go kupili, nie wiedzieli, gdzie pomieścić piątkę swoich dzieci”.

Domowe risotto Bergoglio

Andrea Tornielli

„Kiedy miałem trzynaście miesięcy – wspomina przyszły papież – moja mama urodziła drugiego syna, a wszystkich było nas pięcioro. Dziadkowie mieszkali bardzo blisko i aby pomóc mamie, babcia przychodziła co rano i zabierała mnie do siebie, a wieczorem odprowadzała z powrotem do rodziców. Dziadkowie rozmawiali między sobą po piemoncku, dlatego i ja się nauczyłem tego dialektu. Bardzo kochali całe moje rodzeństwo, ale to ja miałem przywilej rozumienia języka ich wspomnień”.

„U mojego taty – opowiada Bergoglio w wywiadzie rzece – nigdy nie widziałem oznak tęsknoty, patrzył do przodu. Na przykład nigdy nie rozmawiał ze mną po piemoncku. Pamiętam, jak pewnego razu odpowiadałem na list nauczycielki taty, która napisała do mnie do seminarium, a robiłem to w moim dość niepewnym włoskim. Zapytałem go, jak się pisze jakieś konkretne słowo, i zauważyłem jego zniecierpliwienie: odpowiedział mi pospiesznie, jak gdyby chciał zakończyć rozmowę i pójść sobie”.

Jednak brak tęsknoty wcale nie oznaczał zapomnienia o swoim pochodzeniu. „Nasz ojciec opowiadał o Włoszech: jak się tam żyło, jakie wartości były najważniejsze. Wychował nas w umiłowaniu naszej ziemi, z której się wywodziliśmy”. Ale do swoich dzieci zwracał się zawsze po kastylijsku.

Spośród rodzeństwa Bergoglio (ich imiona to: Jorge Mario, Alberto Horacio, Oscar Adrián, Marta Regina i Maria Elena) jedynie Maria Elena będzie mogła widzieć brata ukazującego się w białej sutannie w centralnej loży bazyliki św. Piotra.

Na pytanie, czy bawił się ze swoimi rodzicami, Jorge Bergoglio odpowiada, przytakując: „Grałem w briscola i w inne gry karciane z moim ojcem. Mój tata grał w koszykówkę w klubie San Lorenzo i czasami zabierał nas ze sobą. Natomiast z mamą w soboty o czternastej słuchaliśmy oper, które transmitowano w radiu. Przed rozpoczęciem wyjaśniała nam wszystko i mówiła, kiedy się zaczyna najważniejsza i najbardziej znana aria… To prawda, że dla mnie to przebywanie z mamą i rodzeństwem w sobotnie popołudnia i delektowanie się sztuką było wspaniałą rzeczą”.

Papież chętnie wspomina chwile spędzane w rodzinie, także te przy gotowaniu. „Moją mamę przy porodzie ostatniego, piątego dziecka dotknął paraliż, choć z czasem odzyskała sprawność. W tym czasie, kiedy wracaliśmy ze szkoły, często zastawaliśmy ją siedzącą przy obieraniu ziemniaków, kiedy wszystkie inne produkty były już gotowe. Mówiła nam, jak należy je zmieszać i gotować, gdyż nie mieliśmy pojęcia: Teraz to włóżcie do tego garnka, tamto do patelni… – tłumaczyła. W ten sposób nauczyliśmy się gotować. Wszyscy potrafimy zrobić przynajmniej kotlety po mediolańsku”.

Domowe risotto Bergoglio

Inna książka o Papieżu Franciszku, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Jedność: Nello Scavo, „Lista Bergoglio. Ocaleni przez Franciszka w czasach dyktatury. Historie nigdy nie opowiedziane”

Już jako biskup Bergoglio miał mniej czasu na zajmowanie się kuchnią, ale „kiedy mieszkałem w Collegio Massimo w niedziele nie było kucharki, więc ja gotowałem dla moich kolegów”. Czy dobrze? „Ach, nigdy nikogo moim jedzeniem nie otrułem…”.

Siostra papieża Maria Elena tak opowiadała włoskiemu dziennikowi „La Repubblica” o życiu w rodzinie:

„Zanim ja się urodziłam, a jestem najmłodsza, dwanaście lat młodsza od Jorge, mama straciła jedno dziecko. Miałam trzynaście lat, kiedy zmarł na zawał nasz tata Mario. Ale do tego czasu, a było to w 1959 roku, byliśmy szczęśliwą rodziną. Przede wszystkim włoską rodziną, tanos, jak nas nazywają w Argentynie. Pamiętam świętość niedzieli: najpierw szło się na Mszę do kościoła San José, potem były bardzo długie obiady aż do późnego popołudnia. Niekończące się, wspaniałe obiady z pięcioma, sześcioma, a nawet siedmioma daniami. I ze słodyczami. Byliśmy biedni, ale z wielką godnością i zawsze wierni temu, co dla nas było włoską tradycją. Mama była wyjątkową kucharką. Robiła domowy makaron, cappelletti z ragù, risotto po piemoncku i pieczonego kurczaka, że palce lizać. Zawsze mówiła, że kiedy wyszła za mąż za tatę, nie potrafiła nawet usmażyć jajka. Potem babcia Rosa, która uciekła z Piemontu w 1929 roku, gdyż była antyfaszystką, nauczyła ją różnych sztuczek. Dla nas babcia Rosa była bohaterką, bardzo odważną kobietą. Nigdy nie zapomnę tego, jak nam opowiadała, że w jej rodzinnej miejscowości we Włoszech wchodziła na ambonę w kościele, aby potępić dyktaturę, Mussoliniego, faszyzm”.

Siostra papieża Franciszka opowiadała też o zbieżności charakterów nowego papieża i jego ojca. „Tata Mario był księgowym, a także jedyną osobą w domu, która pracowała. I Bóg raczy wiedzieć, ile się trudził, aby nas wychować. Kiedy przybył do Argentyny, miał już ukończoną szkołę, ale mu jej nie uznano, a znalazł wówczas pracę w pewnej fabryce. Ponieważ nie mógł podpisywać ksiąg rachunkowych, podpisywał je kto inny, a jemu płacono mniej”.

„Był zawsze wesołym człowiekiem – kontynuuje Maria Elena – bardzo mi przypomina mojego brata Jorge Mario. Nigdy się nie złościł. I nigdy nas nie bił. To go wyróżniało wśród rodzin włoskim imigrantów i innych rodzin w Argentynie. Mężczyzna był w domu autorytetem, ale bez męskiego szowinizmu. Spojrzenie taty terroryzowało nas – również Jorgego, który był najstarszy – jeśli wiedzieliśmy, że coś przeskrobaliśmy. Naprawdę wystarczało spojrzenie. Czasami wolałabym dostać sto rózg niż znosić to spojrzenie pełne wyrzutu. Przygniatało mnie. Był zakochany w mamie i zawsze przynosił jej prezenty. Brał mnie za rękę po powrocie z pracy i po kryjomu wychodziliśmy, aby coś mamie kupić, cokolwiek.

Jorge zawsze mi przypominał trochę ich oboje. Mamę, ponieważ on również doskonale gotuje i robi przepyszne kalmary faszerowane. Ale przede wszystkim przypomina mi tatę. W niedzielę tata przynosił ze sobą pracę do domu. Kładł na stole w salonie te olbrzymie księgi rachunkowe i włączał adapter – muzyka rozlewała się po całym naszym niewielkim domu. Słuchał opery, czasami włoskich piosenek ludowych. Muzyka klasyczna stanowiła podkład muzyczny naszych niedziel.

Jorge jest jak tato: kocha operę i od czasu do czasu dobre tango. A także Edith Piaf. I jako jedyny spośród nas jest kibicem San Lorenzo…”.

Rodzina Bergoglio nie była bogata, ale też nie brakowało jej niczego, co niezbędne. „Byliśmy pełnymi godności ubogimi ludźmi – wspomina siostra papieża – w domu niczego się nie wyrzucało. Mama potrafiła uszyć ubrania dla nas nawet z rzeczy naszego ojca. Porwana koszula, wytarte spodnie były reperowane, przeszywane i stawały się nasze. Być może stąd właśnie skrajna prostota mojego brata, ale też i moja. Jednak był pewien problem. Mama nie mogła podawać dwa razy po kolei tego samego dania. Tato się gniewał. Wtedy z tego, co zostawało, wymyślała coś innego”.

Jako chłopiec Jorge gra w piłkę z rówieśnikami z okolicy. Kocha sport. A kiedy dorośnie, polubi też tango. W wieku dwunastu lat przyjaźni się z dziewczynką z sąsiedztwa. Ma na imię Amalia. Dziś mieszka w tej samej dzielnicy otoczona dziećmi i wnukami. „Zawsze był żartownisiem, ale szarmanckim – opowiada – rozdzieliły nas nasze rodziny”.

Dla piemonckich imigrantów z dobrymi manierami byli zbyt młodzi na miłość. Sympatii do Jorge nie uważa za coś poważnego: „Ależ skąd! Byliśmy zaledwie dziećmi, była to całkowicie niewinna sprawa. Razem się wychowywaliśmy, a ja zaczęłam go odwiedzać częściej, odkąd skończyliśmy dwanaście lat”.

Amalia pogodnie i spokojnie opowiada o dzieciństwie:

„Bawiliśmy się przede wszystkim na chodniku albo w okolicznych parkach. Zaczęliśmy wspólnie spędzać wszystkie popołudnia”. Jej zdaniem już w tym wieku u przyszłego papieża widać było powołanie: „Jeśli się nie ożenię, to zostanę księdzem! – mawiał. – Zatem z pewnością ta myśl już mu chodziła po głowie, ale trzeba było jeszcze kilka lat, zanim się zdecydował”.

Domowe risotto Bergoglio

Jednak Jorge Bergoglio opowiada inną historię dotyczącą okoliczności, które doprowadziły go do podjęcia życia kapłańskiego i wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego.

Gdy ukończył szkołę podstawową, ojciec powiedział mu, aby oprócz dalszej nauki podjął też pracę: „Kiedy pójdziesz do szkoły średniej, dobrze będzie, abyś zaczął też pracować. W czasie wakacji czegoś ci poszukam”. Jorge, który miał wówczas dopiero trzynaście lat, patrzył na niego zaniepokojony. Nie wydawało się, aby w domu była taka bieda, która wymagałaby poszukiwania pracy dla syna. „Nie zbywało nam niczego – opowiada przyszły papież w wywiadzie zatytułowanym El Jesuita – nie mieliśmy samochodu ani nie wyjeżdżaliśmy na wakacje, ale niczego nam nie brakowało”. Choć Jorge nie rozumiał powodów tej prośby, to jednak posłusznie zgodził się z wolą ojca. Pracował najpierw w fabryce skarpet, obsługiwanej przez biuro rachunkowe, z którym współpracował ojciec. W pierwszych latach zajmował się sprzątaniem. W trzecim roku pracy powierzono mu pewne zadania administracyjne, a począwszy od czwartego roku jego codzienne życie zdecydowanie się zmieniło. Jorge zaczął bowiem naukę w instytucie przemysłowym specjalizującym się w chemii spożywczej. W ten sposób uzyskał dostęp do laboratorium, gdzie pracował od siódmej rano do trzynastej. Pozostawała mu tylko godzina na obiad, zanim szedł na lekcje w instytucie, które trwały do ósmej wieczorem. Życie bardzo intensywne, trudne, zobowiązujące, podzielone na naukę i pracę. A mimo to nowy papież zawsze dziękował ojcu za tę decyzję zakomunikowaną mu, gdy miał trzynaście lat.

„Bardzo dziękuję mojemu ojcu za to, że posłał mnie do pracy – stwierdził Bergoglio – Praca w młodym wieku była jedną z tych rzeczy, które dobrze mi zrobiły w życiu. Zwłaszcza w laboratorium, gdzie pracowałem, nauczyłem się dobra i zła wszelkiej ludzkiej działalności”.

Bergoglio wspomina zwłaszcza przykład pewnej kobiety, która była odpowiedzialna za laboratorium: „Miałem niezwykłą przełożoną, Esther Balestrino de Careaga, pochodzącą z Paragwaju, sympatyzującą z komunistami, która kilka lat później, w czasie dyktatury, przeżyła porwanie córki i zięcia. Potem ją także porwano wraz z dwiema francuskimi zakonnicami, Alice Domon i Léonie Duquer, i zamordowano. Bardzo ją lubiłem. Pamiętam, że kiedy przynosiłem jej jakieś analizy, mówiła do mnie: A tę próbkę sprawdziłeś czy nie? Odpowiadałem: Dlaczego miałbym to robić, skoro po wszystkich wcześniejszych próbkach ta powinna być mniej więcej taka sama… Wtedy robiła mi wyrzuty: Nie, musisz wszystko robić uczciwie. Krótko mówiąc, nauczyła mnie powagi w pracy. Naprawdę dużo zawdzięczam tej wielkiej kobiecie.


Polecamy książkę: Andrea Tornielli, "Franciszek. Biografia papieża"




Bergoglio i „skradziony” krzyżyk

W papieskich improwizowanych homiliach można niejednokrotnie usłyszeć echo tego, czym Franciszek w danym momencie żyje, czym się przejmuje i z kim rozmawiał. Po jego dzisiejszym spotkaniu z proboszczami Rzymu mam nieodparte wrażenie, że Ojciec Święty mocno przygotowuje się do Niedzieli Bożego Miłosierdzia i kanonizacji bł. Jana Pawła II.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Franciszek nigdy wcześniej nie mówił tak wiele o Papieżu Polaku i jego intuicji dotyczącej miłosierdzia. Dawno też w papieskim wystąpieniu nie było tylu wątków osobistego świadectwa.

Kierunek spotkania Franciszek wyznaczył zaraz na początku, podkreślając, że nie chodzi mu o przeprowadzenie wielkopostnych ćwiczeń duchowych, ale o zachęcenie do wsłuchania się w głos Ducha Świętego, który mówi do Kościoła w tym czasie. Papież zaakcentował to mocno: nasza epoka jest dla całego Kościoła czasem miłosierdzia.

Bergoglio i „skradziony” krzyżyk

„Była to intuicja bł. Jana Pawła II. Miał on wyczucie, że to czas miłosierdzia. Pomyślmy o beatyfikacji i kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej. Wprowadził on też święto Bożego Miłosierdzia. Stopniowo to rozwijał. W homilii na kanonizacji w roku 2000 podkreślił, że przesłanie Chrystusa do s. Faustyny miało miejsce w czasie między dwoma wojnami światowymi i jest związane z historią XX wieku. Spoglądając w przyszłość pytał: «Co przyniosą nam nadchodzące lata? Jaka będzie przyszłość człowieka na ziemi? Nie jest nam dane to wiedzieć. Jest jednak pewne, że obok kolejnych sukcesów nie zabraknie niestety także doświadczeń bolesnych. Ale światło Bożego Miłosierdzia, które Bóg zechciał niejako powierzyć światu na nowo poprzez charyzmat s. Faustyny, będzie rozjaśniało ludzkie drogi w trzecim tysiącleciu». W sercu Jana Pawła II dojrzewało to od dawna. Miał tę intuicję w swej modlitwie. Dzisiaj wszystko zapominamy w zbyt dużym pośpiechu, także nauczanie Kościoła. Częściowo jest to nieuchronne, ale jego wielkich elementów, wielkiej intuicji i wskazówek pozostawionych Ludowi Bożemu nie możemy zapominać. I Boże Miłosierdzie jest jedną z nich. To, co on nam przekazał, pochodzi jednak z wysoka. Do nas jako kapłanów Kościoła należy podtrzymywać to przesłanie przede wszystkim w głoszeniu Słowa i w gestach, znakach, duszpasterskich decyzjach, takich jak przywrócenie pierwszeństwa sakramentowi Pojednania, a zarazem dziełom miłosierdzia”.

Papieska refleksja była swoistym rachunkiem sumienia z miłosierdzia. Przestrzegł kapłanów przed zbytnią pobłażliwością i rygoryzmem. Podkreślił, że zachowanie księdza w konfesjonale jest odbiciem tego, jak on sam przeżywa sakrament pojednania. Pytał kapłanów, czy mają serca z kamienia, czy też są w stanie zapłakać nad biedą i cierpieniem ludzi, których spotykają; czy potrafią okazać bliskość i wrażliwość, czy też, by nie mieć zbyt dużo pracy często wykręcają się brakiem czasu i zagonieniem. Franciszek wskazał jednak, że nie chodzi mu o to, by – jak to często słyszy pod swoim adresem – „batożyć” księży, ale o to, by wskazać, czym dla każdego z nas jest miłosierdzie.

Bergoglio i „skradziony” krzyżyk

„Pytam was: «Jak się spowiadacie? Pozwalamy się objąć Jezusowi». Przychodzi mi tu na myśl pewien kapłan z Buenos Aires, ciutkę młodszy ode mnie, będzie miał z 72 lata. Wiedziałem, że jest wspaniałym spowiednikiem. Ciągle były do niego kolejki. W większości chodzą się do niego spowiadać księża.  Kiedyś przyszedł do mnie i mówi: «Ojcze, mam skrupuły, bo wiem, że zbyt wiele przebaczam». I zaczęliśmy rozmawiać o miłosierdziu. W pewnym momencie powiedział mi: «Wiesz, kiedy czuję, że te skrupuły stają się bardzo wielkie, idę do kaplicy przed Tabernakulum i mówię Mu: „Wybacz mi, ale to wszystko Twoja wina, ponieważ dałeś mi zły przykład!” i spokojnie wychodzę…». To wspaniała modlitwa miłosierdzia. Jeśli ktoś przeżywa to sam w sakramencie pojednania, w swoim sercu, potem może tym obdzielać innych”.

Franciszek powrócił też do swego ulubionego obrazu – Kościoła, jako szpitala polowego. Wskazał, że aseptyczni księża, tacy niczym z laboratorium, czystego i pięknego, nie pomagają Kościołowi. Ludzie potrzebują bowiem księży, którzy umieją pochylić się nad ich ranami i je opatrzyć. Miłosierdzie oznacza przede wszystkim opatrywanie ran. Kiedy ktoś jest ranny, potrzebuje natychmiastowej pomocy, nie badań. Specjalistyczne leczenie przeprowadzi się potem, ale najpierw trzeba opatrzyć otwarte rany. Wielu ludzi oddala się od Kościoła, ponieważ nikt im nie pomógł. „Patrzą potem na Kościół krzywym okiem, rany jednak pozostają” – mówił Franciszek dopytując księży, czy znają rany swych parafian.

Bergoglio i „skradziony” krzyżyk

Franciszek odniósł się też do swych własnych doświadczeń duszpasterskich. Wyznał, że od lat nosi na piersi krzyżyk od różańca, który należał do wspaniałego argentyńskiego spowiednika. Gdy ten zmarł, Jorge Maria Bergoglio modlił się przy jego trumnie o to, by otrzymać choć połowę jego miłosierdzia.

„W Buenos Aires był kiedyś pewien słynny spowiednik ze zgromadzenia Najświętszego Sakramentu. Prawie wszyscy księża spowiadali się u niego. Kiedy Jan Paweł II był w Argentynie i poprosił w nuncjaturze o spowiednika, zawołano oczywiście jego. Dożył podeszłego wieku. Był prowincjałem swego zgromadzenia, profesorem, ale też zawsze spowiednikiem. Wciąż były do niego kolejki. Byłem wtedy wikariuszem generalnym, mieszkałem w kurii i codziennie rano schodziłem kontrolować przychodzącą pocztę. W poranek Wielkanocny przeczytałem fax od przełożonego wspólnoty: «Wczoraj przed samą Wigilią Paschalną zmarł ojciec Aristi, miał 94-96 lat? Pogrzeb odbędzie się tego i tego dnia». Jak to miałem w zwyczaju tego dnia miałem pojechać na obiad do domu księży emerytów. Pomyślałem, że potem pójdę do kościoła. Była to wspaniała świątynia z piękną kryptą. Zszedłem na dół, gdzie leżał w trumnie. Modliły się tam tylko dwie staruszki, ale nie było żadnych kwiatów. Pomyślałem: «ten człowiek przebaczał grzechy wszystkich księży Buenos Aires, także mnie, i nikt nie przyniósł kwiatów». Poszedłem kupić róże, zacząłem układać je przy trumnie i wówczas mój wzrok padł na różaniec, który miał w ręku.  I pozwoliłem sobie, trochę jak złodziej, oderwać krzyżyk od jego różańca. Spojrzałem na niego i powiedziałem: «Daj mi połowę twojego miłosierdzia». Ten krzyżyk włożyłem do kieszeni. Jednak koszule papieskie nie mają kieszeni, dlatego też noszą na piersi mały płócienny woreczek, a w nim ten krzyżyk. Do dziś noszę go przy sobie. A kiedy chcę pomyśleć o kimś coś złego, dotykam ręką tego krzyżyka i czuję łaskę, która mi pomaga. Jak dobry jest przykład kapłana miłosiernego, zbliża się do ludzkich ran”.

Kładąc akcent na bliskość kapłana z wiernymi Franciszek przypomniał, że Jezus był zawsze wśród ludzi: „Mogło się wydawać, że jest bezdomny, bo zawsze był na ulicy”.



Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >