Drzwi plebani były otwarte dla wszystkich. Wspomnienie o ks. Alim

Kiedy pojawił się w Laskach, a potem w Izabelinie, miał ze sobą jedynie małą torbę osobistych rzeczy. Choć pochodził z rodziny arystokratycznej, wybrał ubogą służbę poświęconą Bogu i ludziom. Drzwi jego plebanii nigdy się nie zamykały, a dla potrzebujących zawsze znalazło się tam miejsce. Dziś mija 55. rocznica śmierci ks. Alego – Aleksandra Fedorowicza, pierwszego proboszcza z Izabelina. Wierni modlą się o jego beatyfikację.

Magdalena
Kamińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

– Na początku zauroczyły mnie jego osobista prostota, urok, życie w prawdzie, a także poczucie humoru. (…) Fascynujące było dla mnie i to, że jego życie, od samego początku, było takie zwykłe i jednocześnie nadzwyczajne. (…) – mówił ks. Piotr Pawlukiewicz o zmarłym w opinii świętości 55. lat temu ks. Aleksandrze Fedorowiczu. Ks. Ali był pierwszym proboszczem parafii św. Franciszka z Asyżu w Izabelinie. Tworzył Kościół na skraju Puszczy Kampinoskiej, skupiając wokół krzyża Chrystusa parafian, dla których był ojcem, powiernikiem, a przede wszystkim przyjacielem. I choć od ponad pół wieku spoczywa na miejscowym cmentarzu, mieszkańcy Izabelina czują obecność swojego pasterza. Fundacja Przyjaciele Alego rozwija dzieła miłosierdzia, które rozpoczął. Przybywa łask otrzymywanych za jego wstawiennictwem, a każdego miesiąca w kościele gromadzą się wierni, prosząc o rychłą beatyfikację uśmiechniętego proboszcza.

 

Pokój ks. Alego

 

Kiedy ks. Aleksander Fedorowicz pojawił się w Laskach, a później w Izabelinie, miał jedynie małą torbę osobistych rzeczy. Pochodził z Podola, z arystokratycznej rodziny. I choć wydawałoby się, że wykształcenie oraz korzenie rodzinne mogą być podstawą do „światowego” życia, młody Ali wybrał ubogą służbę poświęconą Bogu i ludziom. Chrystusa wybrał też jego brat Tadeusz, który dobrowolnie wsiadł do pociągu z zesłanymi na Syberię, by mieli dostęp do kapłana. I siostra Olga, która przez 32 lata pracowała jako zakonnica w Chinach.


Kim był kapłan, którym zachwycił się ks. Piotr Pawlukiewicz?


Pierwszy proboszcz z Izabelina żył skromnie, mając na uwadze przede wszystkim tych, których Pan Bóg postawił na jego drodze. Niemal wszystko, co posiadał, rozdawał biednym. Tak było w przypadku nowych butów, które dostał od parafian, wełnianego swetra czy ciepłego płaszcza. Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża, które posługiwały na plebanii, nieraz robiły wyrzuty proboszczowi: “więcej wody do zupy już się dolać nie da. Kolejnej łaty na ubraniu też naszyć nie można…”. Izabeliński pasterz mówił, że Boga może ukochać tylko człowiek ubogi i wolny. Dlatego też, tworząc parafię w Puszczy Kampinoskiej, wybrał na jej patrona biedaczynę z Asyżu – św. Franciszka. To miejsce, jak wspominają mieszkańcy, było jednocześnie dziecięcą świetlicą, miejscem pogadanek i potańcówek dla młodych i starszych, ośrodkiem opieki społecznej, a także izbą wytrzeźwień i stołówką… Drzwi plebanii nigdy się nie zamykały. Sam ks. Ali mieszkał w pokoiku, o powierzchni niespełna 5 m kw., zwanym gołębnikiem, na piętrze, z którego widział ołtarz. Ksiądz śmiał się, że nie musi wstawać z krzesła, bo wszystko ma w zasięgu ręki.

Grób ks. Aleksandra Fedorowicza

Duchowość eucharystyczna i szczera, ewangeliczna miłość do ludzi osadzone na fundamencie głębokiej relacji z Panem Bogiem, były magnesem przyciągającym do ks. Alego. Wierni czuli się akceptowani, wysłuchani, zrozumiani… Tak jest do dzisiaj. Z inicjatywy ks. dr Jerzego Jastrzębskiego – byłego wikariusza w Izabelinie – każdego miesiąca w miejscowości odprawiana jest Msza św. w intencji rychłej beatyfikacji. Podczas 50. rocznicy śmierci ks. Fedorowicza kard. Kazimierz Nycz powiedział, że myśli nad rozpoczęciem starań o uznanie go błogosławionym. Wiele osób modli się za wstawiennictwem „uśmiechniętego kapłana ubogich” i uzyskuje potrzebne łaski. – Są świadectwa otrzymania zdrowia, także w chorobach nowotworowych, macierzyństwa, pokonania nałogu. Mamy spisane także świadectwo rodziny przekonanej o cudzie uzdrowienia za wstawiennictwem Ks. Alego matki kilkorga dzieci jeszcze za życia kapłana – mówi Piotr Kamiński, prezes Fundacji „Przyjaciele Alego”.

Ks. Ali zmarł 15 lipca 1965 r. w wieku 51 lat na nowotwór węzłów chłonnych. Na kamiennej płycie jego grobu wyryto napis „Bóg jest Miłością” – ten cytat z Pisma Świętego był credo życia izabelińskiego proboszcza. O miłości mówił najczęściej w trakcie głoszonych homilii, konferencji, a także w trakcie pierwszego nabożeństwa ekumenicznego, które 50 lat temu odbyło się w warszawskim kościele św. Marcina. O miłości świadczył przez całą swoją ziemską wędrówkę.

Miłość. To nie jakaś nadzwyczajna miłość, ale miłość, która jest miłością, a nie tylko słowem ludzkim. Ta miłość, która jest dobrym uczynkiem, miłość, która jest wczuciem się w sytuację drugiego człowieka, miłość, która jest bólem na widok czyichś łez, miłość, która jest pomocą, miłość, która, gdy ktoś przyjdzie, zapuka do drzwi i prosi o kawałek chleba i o nocleg – nie odmawia, miłość, która rozumie potrzebę drugiego człowieka.

W rocznicę śmierci, 15 lipca 2020 r. w Parafii św. Franciszka z Asyżu odbędzie się o godz. 12.00 (godzinie śmierci ks. Alego) wspólny różaniec. O godz. 18.00 odprawiona zostanie Eucharystia w intencji beatyfikacji Ks. Alego. Po Mszy św. chętni wraz z kapłanami przejdą na miejscowy cmentarz, by modlić się przy grobie ks. Aleksandra. Modlitwom przewodniczyć będzie jak każdego roku ojciec Leon Knabit.

 

Magdalena Kamińska

fot. Magdalena Kamińska, archiwum parafii w Izabelinie


WIĘCEJ O KS. ALIM NA STRONIE PRZYJACIELEALEGO.PL


Modlitwa o beatyfikację księdza Aleksandra Fedorowicza, proboszcza w Izabelinie (1914–1965)

Boże w Trójcy Świętej Jedyny, Ty w swojej przedziwnej opatrzności wciąż obdarzasz Kościół nowymi świadkami Twojej miłości. Wychwalamy Cię za to, że dałeś nam niestrudzonego kapłana Aleksandra Fedorowicza. Boże, Ty wiesz, jak ks. Aleksander całym sercem dawał o Tobie radosne świadectwo, także w uporczywej ciężkiej chorobie, powtarzając często słowa: „Bóg jest Miłością”. Wejrzyj, Boże, na to, z jak wielką wiarą nauczał, że celem życia ludzkiego jest zjednoczenie z Tobą i że tylko ono jest trwałym fundamentem jedności między ludźmi. Pomnij, Boże, na to, że ks. Aleksander ożywiony Twoim Duchem wskazywał, iż Eucharystia jest centrum życia chrześcijańskiego, przez co przyczynił się do odnowy życia liturgicznego Kościoła w Polsce zgodnie z nauczaniem Soboru Watykańskiego II.

Spraw, Boże, aby został on wyniesiony na ołtarze i mógł przez swoje wstawiennictwo umacniać Twoich kapłanów, a szczególnie proboszczów oraz ludzi dotkniętych cierpieniem, nieuleczalnie chorych, niewidomych i wszystkich, którzy za jego przyczyną będą się do Ciebie zwracać. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Pokornie Cię błagam, Boże, udziel mi za wstawiennictwem ks. Aleksandra Fedorowicza tej łaski, o którą teraz szczególnie proszę….

 

Magdalena Kamińska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Magdalena
Kamińska
zobacz artykuly tego autora >
LUDZIE

Kamil dostał złoty bilet do nieba

Kamil był młodym mężczyzną dzielniejszym niż większość „twardzieli”, których znam, choć jego ciało było tak kruche, że wydawało się, że rękę może złamać mu komar. Nie chodził. Nie ruszał rękami. Mówił słabiutko. Jedno miał silniejsze, niż wszyscy napakowani panowie razem wzięci – siłę charakteru. I jeden mięsień w pełni sprawy do ostatnich chwil – serce.

Paulina Guzik
Paulina
Guzik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Stan Kamila pogorszył się w listopadzie. Wtedy, dwa tygodnie od diagnozy „guz mózgu” umarł jego Tata. W Wigilię Bożego Narodzenia chwila nieświadomości odebrała Kamilowi mowę – formę komunikacji, którą kochał i której używał z wielką inteligencją. Celna riposta była jego znakiem rozpoznawczym. Podobnie jak to, że nigdy nie narzekał. Nie pozwalał też narzekać Mamie. I jeszcze jeden szczegół, który sam Kamil opisywał z właściwym sobie dystansem, jak coś zupełnie normalnego i naturalnego – Kamil od urodzenia cierpiał na zanik mięśni. Poruszał się na wózku napędzanym przyciskaniem sprawnego palca. Tym jednym palcem studiował 3 kierunki studiów. Nie zdążył tylko odebrać dyplomu z filozofii i obronić doktoratu.

 

Kamil Cierniak. Gentleman instytucja

Kamil był młodym mężczyzną dzielniejszym niż większość „twardzieli”, których znam, choć jego ciało było tak kruche, że wydawało się, że rękę może złamać mu komar. Nie chodził. Nie ruszał rękami. Mówił słabiutko. Jedno miał silniejsze, niż wszyscy napakowani panowie razem wzięci – siłę charakteru. I jeden mięsień w pełni sprawy do ostatnich chwil – serce.

Jego rodzice śmiertelną chorobę Syna objęli jak dar. Mama Krystyna opiekowała się Kamilem z największą atencją miłości, jaką choremu dziecku przez 26 lat może dać tylko Matka. Dla nieprzeciętnie zdolnego młodzieńca przeprowadziła się spod Bochni do Krakowa. Zostawiła wszystko, żeby jej dziecko mogło skończyć studia. Przez lata studiów Kamila, mieszkała z nim w akademiku „na miasteczku” w Krakowie. 8 długich lat. Tyle, ile w ogóle miał żyć Kamil według prognoz lekarzy.

Kamil swoją “czarną strzałą” dojeżdżał na trzy krakowskie uczelnie – Uniwersytet Papieski Jana Pawła II, Uniwersytet Jagielloński i wreszcie Akademię Ignatianum, której miał zostać doktorem. Był filozofem, przyszłym politologiem i kulturoznawcą, pasjonatem dziennikarstwa. Studiowanie trzech kierunków, kiedy fizycznym trudem jest napisanie połowy strony na komputerze? Oczywiście. Prowadzenie bloga dziennikarskiego kiedy z trudem mówię? Naturalnie. Wyreżyserowanie filmu tysiąc kilometrów od domu? Proszę bardzo. Cały Kamil.

 

FOT. Łukasz Krajewski

 

Kamil kręci film

Pewnego dnia przyszedł do mnie przyjaciel Kamila, operator i jeszcze wtedy nasz student Jakub Stoszek. Że jest taki student (niepełno-sprytny, jak nazywał siebie Kamil), z którym nakręcił materiały – relacje z oazowych wyjazdów dla niepełnosprawnych, że może chciałabym zerknąć. Zerknęłam, zachwyciłam się i pomyślałam, że Kamil musi z nami pojechać do Lourdes, na maltańską pielgrzymkę chorych. Kilka miesięcy później siedzieliśmy razem w samolocie.

Na wózek Kamila czekaliśmy po przylocie cały kolejny dzień. 2 cm więcej i linie lotnicze w ogóle odmówiłyby wzięcia go do luku. Po przyjeździe do Lourdes, zamiast wygodnie usiąść na swoim elektrycznym rumaku, Kamil spędził cały pierwszy dzień pielgrzymki na „ustawowym” łóżku chorego w Lourdes. Bez taryfy ulgowej. Łóżko dla niego to było więzienie. Ale on – choć niewiele już mięśni wciąż u niego funkcjonowało – nie narzekał. Na nasze tłumaczenia, że wózek powinien być, że mamy nadzieję, że może jutro, odpowiadał nieustannie – spokojnie, damy radę, w końcu przyjedzie. Wózek doleciał. Kamil zrobił film.

Nigdy wcześniej nie powstał solidny reportaż o polskiej grupie maltańczyków, którzy co roku w maju jadą do Lourdes z grupą niepełnosprawnych i chorych. Kamil realizował wywiady w dwóch językach, kierował ekipą, zarządzał logistyką. Zadanie miał na pierwszy rzut oka w ogóle wykraczające poza możliwości studenta. Co dopiero o takim stopniu niepełnosprawności. Zrobienie 20-minutowego reportażu wymaga ogromu pracy. I choć po godzinie zdjęć był zmęczony, mówił: dam radę 3 godziny, dam radę. „Lourdes. Kamil Kręci film” został nie tylko zrealizowany, zmontowany i wyprodukowany. W 2016 roku, roku miłosierdzia, został wyemitowany przez Telewizję Polską, Program Pierwszy, miliony widzów.

Ten film kosztował go więcej niż kogokolwiek, kto kiedykolwiek jakikolwiek film wyprodukował. Każdą kłodę pod nogami, a właściwie pod kołami, kwitował jednak właściwym sobie poczuciem humoru.

 

FOT. Łukasz Krajewski

 

Będę stewardem

Najlepiej to poczucie humoru widać było na jego blogu. Jeden z wpisów zatytułował „Będę stewardem.” „Przeglądając ostatnio „internety” trafiłem na ciekawą ofertę pracy jednej z polskich linii czarterowych” – napisał w lutym 2016 roku. „Postanowiłem nie czekać – wysłałem zgłoszenie” – ciągnął – „Piszę do państwa w związku z ofertą pracy. Co prawda fizycznie sprawny to ja nie jestem (…) ale dzięki temu, w razie gdyby coś się w czasie lotu zaczęło dziać – zachowam stoicki spokój. Widząc mnie reszta pasażerów także zachowa spokój (…) Kolejny atut – lubię dzieci a dzieci lubią… mój wózek”.

Ile wycieczek tym wózkiem zrobili Hela i Jasiek (moje dzieci) w Lourdes podczas realizacji naszego filmu. Ile się wybawiły z Kamilem. 10 letni Jaś nie mógł uwierzyć, że Kamil umarł. „Jak to umarł? Szkoda, że już go nie zobaczę”.

7 letnia Helenka skwitowała – „Nie płacz Mamusiu, w Niebie na pewno mu już lepiej”.

Na nieszczęsną Wigilię podczas której stracił mowę, kupił wszystkim dzieciom z rodziny prezenty w Internecie. Gdy wybudził się ze śpiączki zapytał – i co, była Wigilia? Troska o innych była największym zmartwieniem Kamila.

 

Kwarantanna – poziom zaawansowany

Fot. JAKUB STOSZEK

„Często jest trudno – i mamie i mi – ale jakoś żyjemy i nawet się do siebie odzywamy. Zazwyczaj.” – tak pisał już w czasie narodowej kwarantanny, zirytowany, że ludzie narzekają, że muszą siedzieć w domu. „W dużym stopniu to rozumiem – są w życiu różne, skomplikowane sytuacje. Ale chciałbym się tutaj pochwalić, że ja prowadziłem kwarantannę już zanim to było modne. Gdzieś od 26 lat. Z hakiem.”

Kwarantanna Kamila trwała przez całe jego życie. Jeden z ostatnich wpisów na jego blogu to ten gdy już nie mógł mówić: „Z dnia na dzień straciłem więc dwie, właściwie najważniejsze funkcje samodzielne, jakie do tamtego dnia posiadałem. Nie wiem co będzie dalej. Cóż, zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem, a inwalidzi– jak widać – przestają” – pisał. Ale hartu ducha nie tracił:

„Na początku leczenia miałem do ciała podłączonych tyle kabli i rurek, że mógłbym zostać twarzą Izby Gospodarczej “Wodociągi Polskie””.

I potrafił być wdzięczny do bólu. Choć nie mówił, a wpis na blogu był dla niego wysiłkiem levelimpossible – specjalny post poświęcił podziękowaniom – za opiekę, modlitwę, dodawanie otuchy. Jego Mama powiedziała mi, że był iskierką każdego szpitalnego oddziału, zmieniał tam ludzi. Gdy już nie mógł ruszać nawet palcem – pisał za pomocą specjalnego ekranu czytającego ruchy oczu. Codziennie dziękował na nim lekarzom i pielęgniarkom.

Mamie też dziękował. Wiedział, że jego pępowina nigdy nie mogła zostać odcięta. A Mama Krystyna swoją nadludzką siłą dała mu drugie życie, którego bez zupełnie surrealistycznych pokładów jej miłości po prostu nie mógłby mieć.

„Szkoda tylko, że medale za długoletnie wspólne życie przyznawane jest tylko małżeństwom, bo to i prestiż, i szacunek na dzielni, i telewizja, i może jakiś zestaw garnków by się trafił…” – pisał, dziękując Pani Krystynie za jej trud.

W ostatnim akapicie swojego wpisu „na kwarantannę” Kamil pisał tak: „W tej sytuacji przypominają mi się słowa zmarłego niedawno ks. Pawlukiewicza – “A może nam w życiu bywa tak ciężko, ponieważ nieustannie zabiegamy o to, by było nam lekko?””.

 

C’est la Vie

Nie znaliśmy się bardzo dobrze Kamilu, choć byłeś jednym z moich ulubionych ludzi na świecie. Nie odwiedziłam Cię zdecydowanie za długo. Nie zrobiliśmy kolejnego filmu. Nie mogłam nawet być na Twoim pogrzebie, który wypadł akurat w nieszczęsnej kwarantannie. Ale jeśli mogę się z tobą, Kamilu drogi, pożegnać (zamiast narzekać, co by ci się na pewno nie spodobało), to teraz chcę to zrobić.

Myślę, że złoty bilet do nieba już dostałeś. VIP Lounge. I to nie za to, co osiągnąłeś w swoim krótkim i jakże bogatym i mądrym życiu. Nie za twoje studia, które skończyłeś z takim trudem i świetnymi wynikami. Nie za film, który zrobiłeś lepiej niż niejeden zdrowy dziennikarz.

Złoty bilet do nieba należał Ci się za to kim byłeś Kamil. Za to, jaką Ty dałeś nam szkołę.

Film, który zrobiłeś, powinien być o tobie. Ale ty wolałeś jeździć i zadawać pytania. Skromność. Twoje drugie imię. Gdy nie mogłeś jeść, mówiłeś Mamie: „Jezus nie jadł przez 40 dni, co to jest jak ja nie zjem przez dwa”.

Na godzinę przed śmiercią mama wyczytała z twoich ust, że chcesz odmówić Koronkę. Była godzina 15 i Wigilia niedzieli miłosierdzia. Odmówiłeś cichutko – ty swoją, Mama swoją.

Odszedłeś tak skromnie jak żyłeś – nikomu się nie narzucając. Gdy, mimo choroby, nikt się nie spodziewał. C’est la vie, napisałbyś.

Twój stan pogorszył się, kiedy odszedł twój Tata. Ty odszedłeś zaledwie 5 miesięcy po nim. I wydawałoby się, że nic smutniejszego wydarzyć się nie może. Dla twoich bliskich, Mamy i Braci, dla ludzi, którzy tak bardzo Cię kochają, dla przyjaciół, których miałeś tak oddanych.

Ale jeśli po chrześcijańsku właśnie przekroczyłeś próg, to jedno wiadomo na pewno – za progiem czekał Tata. I życie, w którym pełną piersią możesz wreszcie wykrzyczeć – C’est la Vie!

 

Wszystkie wpisy Kamila przeczytasz na jego blogu TUTAJ.

Film dwóch niezwykłych Przyjaciół Kamila Cierniaka i Jakuba Stoszka:

 

Paulina Guzik

Paulina Guzik

Dziennikarka telewizyjna, prowadząca program Między Ziemią a Niebem TVP1, o życiu Kościoła pisze m.in. dla wydawanego w Watykanie serwisu Crux. Doktor nauk o mediach, wykładowca akademicki na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Podczas ŚDM 2016 w Krakowie była szefową Biura Mediów Zagranicznych. Autorka (wraz z Cecilią O’Reilly) książki “WYD 2016 – the Largest European Event of the 21st Century”. Prywatnie żona Bartka, mama Jaśka i Helenki.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paulina Guzik
Paulina
Guzik
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap