Lista przebojów

Ogłaszamy wielkie kolędowanie na Stacji7.pl - wybieramy najpiękniejszą polską kolędę!

Głosuj na propozycje z poniższej listy, a jeśli nie znajdujesz na niej swojego "faworyta" zgłoś go klikając w "Add to list"


Wesprzyj nas

Ocalić od zapomnienia

Mury opactwa benedyktynek w Staniątkach i przylegającego do niego Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej pamiętają najważniejsze wydarzenia z historii kraju. Kto raz odwiedzi to miejsce – pozostanie oczarowany na zawsze

Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >
1/5
fot. Paweł Pawlik
2/5
fot. Paweł Pawlik
3/5
fot. Paweł Pawlik
4/5
fot. Paweł Pawlik
5/5
fot. Bogdan Pasek
poprzednie
następne

Jest pogodny mroźny grudniowy poranek. Wiejskie drogi, pola, drzewa i domy otula cienka warstwa szronu, który wspaniale odbija promienie słońca. Taki widok ma w sobie coś baśniowego. Przypomina też, że Boże Narodzenie tuż, tuż… Podjeżdżamy pod Opactwo Benedyktynek w Staniątkach. Jego teren jest bardzo rozległy. Gruby mur otaczający klasztor i kościół ciągnie się przez kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset metrów. Jego grubość oraz grubość murów samego opactwa i kościoła wskazują, że to miejsce pamięta co najmniej siedem minionych wieków.

Otwieram pierwsze drzwi. Są ogromne, ciężkie. Wchodzimy do środka. Przenika nas chłód i wilgoć. Dzwonimy do furty. Po chwili przez drobny otwór w kolejnych drzwiach wygląda siostra Stefania Polkowska.

– Jesteśmy ze Stacji 7, byłyśmy umówione z siostrą na spotkanie – mówię w kierunku fragmentu twarzy, który ukazał się w niewielkim otworze. I znowu myślę: życie w klasztorach kontemplacyjnych nigdy nie przestanie mnie fascynować i zadziwiać jednocześnie…

Siostra Stefania to pogodna, uśmiechnięta, około pięćdziesięcioletnia kobieta. Od pierwszej chwili widać i słychać, że pomimo pobytu w zakonie klauzurowym chce, potrafi i lubi rozmawiać z ludźmi. Razem z siostrą Małgorzatą Borkowską zapraszają nas na herbatę. Do herbaty podają kokosanki i pierniczki. Staniąteckie siostry wypiekają je samodzielnie. Pytamy o historię opactwa.

1/6
fot. Paweł Pawlik
2/6
fot. Paweł Pawlik
3/6
Fragmenty pocisków artyleryjskich - pozostałość po walkach z okresu I wojny światowej | fot. B. Pasek
4/6
fot. B. Pasek
5/6
fot. B. Pasek
6/6
fot. B. Pasek
poprzednie
następne

– Klasztor ma już prawie 800 lat – zaczyna opowiadać siostra przełożona. – Nasza zakonna wspólnota nie miała przerw w działaniu. W czasach zaborów, gdy cesarz austriacki likwidował klasztory na tym terenie, nasz ostał się dzięki temu, że była przy nim prowadzona na bardzo wysokim poziomie szkoła.

„Klasztor benedyktynek w Staniątkach założony został w r. 1216 przez kasztelana krakowskiego Klemensa Jaksę i jego żonę Racławę. Kościół klasztorny znany jest jako Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, której cudowny obraz ukoronował w r. 1924 ks. Kardynał Adam Sapieha. Od r. 1981 kościół jest parafialnym. Od początku istnienia klasztor prowadził szkołę, dzięki której nie uległ kasacji przez rząd austriacki. Szkoła przetrwała poprzez tajne nauczanie do r. 1953. Za czasów stalinowskich w r. 1954 zakonnice wywiezione zostały do Alwerni koło Chrzanowa, skąd wróciły do swego klasztoru w 1956 roku. Budynek szkolny służy obecnie jako dom rekolekcyjny” – czytam w informatorze „Benedyktynki”.

Wewnątrz opactwa czuć niezwykły klimat. Z jednej strony jest normalnie, domowo, a z drugiej – niecodziennie, wyjątkowo… Coś jakby wisiało w powietrzu. Ale coś, co nie przytłacza, nie stresuje, nie wzbudza niepokoju. Panuje tutaj „mądra cisza”. Mogłabym tutaj siedzieć godzinami.

Zastanawiam się, jak to było z siostrą Stefanią. Kiedy postanowiła pójść do zakonu? Gdyby zdjąć z niej habit, ubrać „po świecku” i wsłuchać się w to, w jaki sposób mówi, porusza się, uśmiecha, reaguje – z pewnością nikt nie posądziłby jej o życie w klauzurze.

– Sama decyzja o wstąpieniu do zakonu była dość raptowna – zaczyna opowiadać. – Wstąpiłam po dwudziestym roku życia. Wcześniej nie myślałam o życiu zakonnym. Nigdy – wspomina. – Natomiast w pewnym momencie pomyślałam i poszłam – na twarzy siostry Stefani maluje się zawadiacki uśmiech. – Natomiast zawsze bardzo lubiłam chodzić do kościoła – przyznaje.

– Najpierw poszłam do sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Można powiedzieć, że przez przypadek. Bo przeczytałam broszurkę o siostrze Faustynie. Wtedy jeszcze nie było o niej książek, bo to była końcówka lat 70., komunizm. Byłam u tych sióstr tylko dziesięć miesięcy. Bardzo szybko się zorientowałam, że to nie o takie życie zakonne mi chodzi. Że idąc do zakonu, który koncentruje się na konkretnym przymiocie Boga albo do zgromadzenia czynnego właściwie w moim życiu nic się nie zmienia – tłumaczy. – I wtedy przypomniałam sobie o klasztorze benedyktynek w Łomży, w którym kiedyś byłam na ślubie cioci. Stare mury, takie bardzo „klasztorne”. Postanowiłam pojechać do tych sióstr. I one mnie przyjęły. Poczułam się jak u siebie w domu. Niczego mi nie brakowało. Niczego wewnętrznego. Bo wiadomo, że wielu rzeczy materialnych, które ma się w domu, w klasztorze nie było. Ale odnalazłam coś, co mi w duszy grało – uśmiecha się.

Ocalić od zapomnienia

fot. B. Pasek

Takie zdecydowane decyzje to chyba rzadkość.

– Pięćset lat temu było się dorosłą kobietą, kiedy miało się lat piętnaście. W tym wieku wychodziło się za mąż, albo szło do klasztoru na podstawie dojrzale podjętej decyzji. Natomiast w naszych czasach człowiek do trzydziestki jest dzieckiem. Podejmuje decyzje, potem je cofa… Sam nie wie, czego chce – mówi siostra Małgorzata Borkowska. – Teraz proporcja między tymi, które rozglądają się, czy by może nie wstąpić, a tymi, które rzeczywiście wstępują do klasztoru, jest jak dziesięć do jednego – stwierdza.

Rzeczywiście, sióstr w Staniątkach jest teraz siedemnaście. I to tylko dlatego, że kilka przyjechało jako „posiłki” dla polepszenia sytuacji opactwa. A ona jest coraz cięższa. W zimie szczególnie mocno doskwiera przenikliwe zimno i brak pieniędzy na dostateczne ogrzanie klasztoru.

– Zaczynamy dość późno palić w piecu. Zmusza nas do tego sytuacja i konieczność oszczędzania – tłumaczy siostra Stefania. – Ale staramy się nie dopuścić do tego, aby wilgoć bardzo weszła do klasztoru – zaznacza.

– Jak to wytrzymać? Przede wszystkim trzeba się ciepło ubrać. Ważne jest, żeby w nocy było ciepło, bo w ciągu dnia dużo jest biegania, więc organizm się rozgrzewa. Natomiast w nocy ciało jest nieruchome, więc trzeba się ubrać znacznie grubiej i dobrze przykryć. Czasami trzeba przykryć też głowę – radzi siostra.

To sposoby na przetrwanie niemal w ekstremalnych – dla przeciętnego człowieka – warunkach. Ale siostra przełożona nie narzeka. Tylko czasami trochę się martwi.

– Jestem tu cztery lata. I odkąd tu jestem zastanawiam się, skąd pozyskiwać pieniądze na utrzymanie budynku opactwa – przyznaje. – Siostry mają tylko kilka rent, te najstarsze siostry. Z tacy z kościoła też są jakieś pieniądze. Bardzo nieduże. Nie wystarczają – tłumaczy. – I dlatego klasztor znalazł się w finansowej zapaści. Bardzo trudno o własnych siłach z niej wyjść. Sióstr też jest coraz mniej. Najstarsza siostra, która ma 90 lat pamięta czasy, kiedy w klasztorze mieszkało 50 sióstr, teraz jest nas tylko 17. A to jest bardzo mało, jak na ogrom pracy, który mamy. Zwłaszcza, że większość sióstr jest już starsza. Zdobyć środki utrzymania jest trudno. Trzeba zapłacić prąd, ogrzewanie… Jest potrzebny pieniądz – stwierdza przełożona.

1/5
fot. B. Pasek
2/5
fot. B. Pasek
3/5
fot. B. Pasek
4/5
fot. B. Pasek
5/5
fot. B. Pasek
poprzednie
następne

Siostry nie skarżą się. Nie narzekają. Przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Można powiedzieć, że robią swoje: Ora et labora.

– Nie chcemy żebrać, dlatego sprzedajemy swoje wyroby. Żebranie nie jest dobrą rzeczą – stwierdza kategorycznie siostra Stefania Polkowska. – Człowiek powinien godnie zarobić na swoje utrzymanie – dodaje z przekonaniem.

A siostry ze Staniątek starają się ze wszystkich sił. Efekty ich pracy – jeżeli tylko się chce – można odczuć na własnej skórze. Albo raczej na własnym podniebieniu. Benedyktynki wytwarzają bowiem mnóstwo pysznych ciastek, konfitur, przetworów najróżniejszych smaków i kolorów.

– W tym roku zrobiłyśmy bardzo dużo dżemów – zdradza przełożona. – Takich specjalnie do sprzedaży. Najnowszą specjalnością są te z czerwonych pomidorów. Wcześniej były z zielonych, w tym roku zrobiłyśmy też z czerwonych. Bardzo ciekawy smak – uśmiecha się. – Oprócz tego mamy powidła z gruszki, brzoskwini, śliwkowe, z mirabelek… I maliny w różnej postaci. Są też śliwki, gruszki, zarówno na słodko jak i na kwaśno, papryka, gruszki i śliwki w occie – wymienia siostra Stefania.

Benedyktynki ze Staniątek mają jeszcze wiele zajęć: odnawiają swoją szklarnię, aby móc hodować własne rośliny: na przykład pomidory czy chryzantemy. Od kilku lat furorę robią karpie, które siostry same hodują, a przed Świętami sprzedają.

– Mamy już sporo zamówień – przyznaje  siostra Stefania. – Ale można się jeszcze zgłaszać – śmieje się.

Na temat obowiązków zakonników i zakonnic w klasztorach opinie są różne…

– Pewien mnich mówił, że opata w klasztorze może nie być przez tydzień, nikt się nawet nie obejrzy, przeora może nie być miesiąc i nawet bracia nie zauważą, ale jeden dzień nie upłynie gładko bez kogo? Bez zapchajdziury! – żartuje siostra Małgorzata.

1/3
fot. Paweł Pawlik
2/3
fot. Paweł Pawlik
3/3
fot. Paweł Pawlik
poprzednie
następne

Patrząc na półki klasztornego sklepiku, naszą uwagę przyciąga wyrób, którego nazwa pokazuje, że benedyktynkom nie można odmówić ani kreatywności, ani poczucia humoru: chipsy pustelnika. To pozostałości z wyrobu komunikantów i opłatków wigilijnych. Można je chrupać bez wyrzutów, że zjadło się za dużo niezdrowych kalorii.

Oglądając klasztor od wewnątrz dociera do mnie, że to, co zobaczyłam i usłyszałam, to zaledwie skrawek tego, co można odkryć w Staniątkach. Nie byłam przecież w „wysokim”, wschodnim korytarzu, gdzie na murze umieszczone są odłamki bomb z I wojny światowej. Nie wchodziłam drewnianymi schodami z kościoła na organy. Nie zobaczyłam dawnej szkoły, która teraz jest domem rekolekcyjnym. Trzy godziny to zdecydowanie za mało na osiem intensywnych stuleci historii, kultury, tradycji, obyczajów i duchowości, ukrytych w zakamarkach tego nadal nieznanego opactwa.

– Można do nas przyjechać nawet w Sylwestra – mówi siostra Stefania jakby w odpowiedzi na moje myśli. – Organizujemy rekolekcje i przywitanie nowego roku w stylu benedyktyńskim.

Opactwo w Staniątkach odkryłam w czasie wakacyjnych wypraw rowerowych. Zboczyłam wtedy z drogi do Niepołomic. Po prostu zaintrygował mnie drogowskaz „Klasztor Benedyktynek Staniątki 2 km”. Przypomniał mi się wtedy film „God is the Bigger Elvis”, który niesamowicie oddawał klimat panujący w monastyrze benedyktynek w USA. Pomyślałam, że ten w Staniątkach może być równie czarujący. Pomyliłam się tylko trochę: jest jeszcze bardziej czarujący. Bo mogę go osobiście dotknąć. Poczuć. Zajrzeć. Jest na wyciągnięcie ręki. I jest już „mój”.


Klasztor Benedyktynek w Staniątkach wymaga obecnie rewitalizacji. Wszyscy możemy być fundatorami nowego dzieła.

Osoby zainteresowane mogą wesprzeć klasztor składając ofiarę na konto:

PKO Bank Polski I Oddział Kraków

94 1020 2892 0000 5502 0381 6147

Opactwo św. Wojciecha SS. Benedyktynek


32-005  Niepołomice, Staniątki 299


Wesprzyj nas

Martyna Słowik

W szkole podstawowej poczuła, że rzeźbienie w modelinie to nie jest jej powołanie. Zaczęła więc rzeźbić w dźwięku i słowie. Szybko okazało się, że nie może bez tego żyć. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Dzienniku Polskim”, „Magazynie Spectrum”, „Wiadomościach Uniwersytetu Jagiellońskiego”. Prowadziła poranne pasmo na antenie Radiofonii. Współpracowała z Uniwersytetem Dzieci. Niespokojna dusza, zafascynowana dźwiękiem, słowem, obrazem, ruchem, a zwłaszcza drugim człowiekiem. W wolnych chwilach jeździ na rowerze, tańczy, chodzi po górach, planuje podróże - małe i duże. Od powrotu z Gruzji zakochana w tamtejszym klimacie i kulturze.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >