video-jav.net

Koncert na Tekach!

Energetyczna muzyka, wyśmienite zespoły i moc pozytywnych wrażeń! Taki pakiet na dobre wejście w nowy rok akademicki proponuje studentom duszpasterstwo akademickie Redemptor z Wrocławia. A wszystko to pod patronatem Stacji7.

Polub nas na Facebooku!

Koncert na Tekach!

Już 3 października na studenckim osiedlu – Wittigowie odbędzie się 4. edycja Koncertu na Tekach. Gwiazdą wieczoru będzie legenda polskiego rocka – zespół Armia. Wcześniej uczestników imprezy w klimat reagge przeniosą Maleo Reagge Rockers oraz Bethel, którzy na Tekach pojawili się już w poprzednich latach. Organizatorzy – DA Redemptor, Uczelniana Organizacja Studencka DONUM i Stowarzyszenie Centrum Młodzieży Akademickiej RAZEM gwarantują niezapomnianą, bezalkoholową zabawę!

Start: godz. 17:00. Wstęp wolny.

Przedsmak koncertowej atmosfery można poczuć odwiedzając stronę internetową:

www.koncertnatekach.pl

Polecamy także fanpage:

https://www.facebook.com/koncertnatekach?fref=ts

Polecamy

Niepotrzebny poecie panteon

Nie wsłuchuję się w spory o miejsce pochówku z zasady. Po prostu nie mieszczą się one w moich kanonach estetycznych. Jest mi naprawdę wszystko jedno, czy ktoś wielki zostanie pogrzebany na Wawelu, Skałce, Powązkach czy w innym panteonie. A jeśli wyraził chęć spoczynku w rodzinnym grobie w Koziej Wólce, to również uważam, że należy mu się takie prawo.

Szymon Babuchowski
Szymon
Babuchowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Byleby godnie, cicho, w zamyśleniu nad wiecznością. Bez zbędnych dyskusji, kłótni, jątrzenia. I to, że ktoś za życia był może nie do końca święty, również nie ma tu nic do rzeczy. Bo osądzi Bóg – my mamy tylko pożegnać.

 

Zawsze jednak, kiedy strzępy tych sporów docierają do moich uszu, nie mogę opanować rozbawienia jałowością argumentów padających w dyskusji. Warszawa – bo stolica. Kraków – bo kultura. Osobiście wolałbym być pochowany w Katowicach. Kocham to brudne miasto, w którym się urodziłem i przemieszkałem całe dotychczasowe życie. I tak jakoś naturalnie byłoby spocząć w tej ziemi, z którą czas mnie związał. Ale jeśli stanie się inaczej, nie będę płakał z nieba, gdzie mam nadzieję trafić.

Katowice są na szczęście jeszcze wolne od snobizmów towarzyszących życiu w naszych największych metropoliach. U nas nadal je się obiady, a nie „lancze” jak w Warszawie. A jeśli ktoś pisze wiersze czy śpiewa piosenki, to nie musi od razu – jak w Krakowie – aspirować do bycia częścią bohemy, grzejącej się w swoim złudnym blasku. Na prowincji – bo z perspektywy tych dwóch ośrodków Katowice są prowincją – jesteśmy bardziej pojedynczy, ale też chyba bardziej prawdziwi. Nie potrzebujemy towarzyskich luster, by się w nich przeglądać.

 

Jeśli już jednak musiałbym wybierać między Warszawą a Krakowem, bez wahania wybrałbym Kraków. Zbyt dobrze pamiętam swoją młodzieńczą wyprawę do Warszawy, kiedy najpierw nie umiałem znaleźć właściwego wyjścia z Dworca Centralnego, a potem zakręciło mi się w głowie od patrzenia na otaczające mnie wieżowce. Dziś wspominam to z uśmiechem, ale coś z tamtego doświadczenia musiało we mnie pozostać, bo choć ostatecznie polubiłem to miasto, nadal czuję się w nim trochę nieswojo.

Z Krakowem jest inaczej, bo Kraków to miasto z sercem, którym jest Rynek. O ile Warszawa na pierwszy rzut oka wydaje się chaotycznym zlepkiem nieprzystających do siebie rzeczywistości, o tyle w Krakowie wszystko zmierza do tego centralnego punktu, gdzie można się spotkać wśród oswojonych obrazów i dźwięków.

 

Niepotrzebny poecie panteon

W Warszawie trudniej jest się spotkać, bo Warszawa rośnie w górę. Staje na baczność, pręży muskuły, poprawia make-up. To nowe oblicze miasta jest tworzone z myślą o tych, którzy chcą się pokazać, zaistnieć towarzysko i medialnie, złapać dobrze płatną pracę. W tym celu zrobiliby wiele, niektórzy może nawet wszystko. Nie czują się związani z miejscem, traktują je wyłącznie jako trampolinę do osobistego sukcesu. Dlatego żyją na pokaz, grają i szpanują.

 

Krakowianie są bardziej zakorzenieni w swoim mieście. Jasne, też szpanują, tyle że bardziej swojsko. Nie modnym ciuchem czy fryzurą, ale byciem w towarzystwie, obracaniem się w kręgach, piciem z tym czy z tamtym. Mimo wszystko wolę taki szpan, bo zakłada jakieś ludzkie relacje. Nawet jeśli są one w pewnym stopniu interesowne, to wierzę, że ze spotkania człowieka z człowiekiem zawsze może wyniknąć jakieś dobro – koleżeństwo, przyjaźń, miłość. Nie sądzę natomiast, by coś takiego mogło być owocem fotografowania się na tle ścianki z logami znanych firm.

 

Ktoś powie, że to, co tu piszę, to stereotypy. To prawda – każde uogólnienie jest krzywdzące. Trudno jednak budować w sobie obraz miasta bez takich uogólnień. Dopiero potem na te powierzchowne obserwacje nakładają się niuanse – prywatne zachwyty sprowokowane ciekawą historią, urokiem jakiegoś mało znanego miejsca czy rozmową z mądrym człowiekiem. Takie obrazy Warszawy i Krakowa również w sobie noszę. Żałuję tylko, że te sceny nie rozgrywają się na pierwszym planie.

 

Niepotrzebny poecie panteon

Co najbardziej rzuca się w oczy? Dwie ułudy. Pierwsze miasto, które ślepo wierzy w swoją nowoczesność, rozbawione, zadufane w sobie, gardzące anachronicznym „zaściankiem”. I drugie miasto, które tak uwierzyło w siłę swojej tradycji, że nie zauważyło, kiedy jego najwięksi odeszli. A następców nie widać.

Mniej więcej dziesięć lat temu moi rówieśnicy stworzyli antologię młodej literatury „Tekstylia”. Książka była gruba, wydarzenie szeroko komentowane w mediach jako gest niemal pokoleniowy. Tyle że teksty pomieszczone wewnątrz okazały się żenująco słabe. Dziś wiemy, że nie przetrwały próby czasu. Dlaczego tak się stało? Powodów jest wiele, ale jeden z najważniejszych to klucz doboru autorów. Redaktorzy antologii ulegli złudzeniu, że polska literatura to niemal wyłącznie Warszawa i Kraków. Tymczasem najlepsza poezja, proza i dramat powstają dziś na prowincji: w Milanówku, Matarni, Koronowie, Wołowcu, Pszowie i wielu innych miejscach, które czasami trudno nawet znaleźć na mapie. Niech chociaż ten fakt będzie dla mieszkańców wielkich metropolii lekcją pokory. Bo czasem obserwacja życia w przydomowym ogrodzie jest ciekawsza niż widok z panteonu.

 

Szymon Babuchowski – muzykujący poeta, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, miłośnik taniego podróżowania, mieszkaniec Katowic.

Polecamy

 

 
Polecamy
Szymon Babuchowski

Szymon Babuchowski

Muzykujący poeta, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, miłośnik taniego podróżowania, mieszkaniec Katowic.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Babuchowski
Szymon
Babuchowski
zobacz artykuly tego autora >
Share via