Nasze projekty
Dawid Gospodarek

Feministyczna bomba

Książka Zuzanny Radzik miała być bombą, która wysadzi polski patriarchat

Reklama

Książka teolożki Zuzanny Radzik miała być bombą, która wysadzi polski patriarchat. Do dziś jednak więcej kontrowersji wzbudziła w środowisku Krytyki Politycznej, która pozycję wydała, niż wśród polskich katolików. Możliwe, że powoli trafi pod strzechy i powstaną u nas kręgi zaangażowanych kobiet, które często rzeczywiście mają się czym frustrować w Kościele.

kosciol_kobiet_okladka_druk_lakier-1Rzadko zdarza się, że praca teologa dotycząca Kościoła wydana jest przez „lewicowe” i całkiem krytyczne wobec Kościoła wydawnictwo. Po stronie katolickiej może to budzić podejrzliwość. Wydaje mi się jednak, że gdyby treść stanowił opis dziejów katolickich działaczek feministycznych, pozbawiony osobistych opinii, szczególnie tych uderzających w kwestie tak drażliwe jak kapłaństwo kobiet, oraz brak bardziej czy mniej subtelnej faworyzacji działaczek raczej balansujących na granicy ortodoksji lub będących poza nią, książka mogłaby zostać wydana przez jakieś kościelne wydawnictwo.

Skoro już jesteśmy przy wydawnictwie, redaktorom i korektorom nie udało się wyłapać wielu literówek, a nawet pewnych wpadek rzeczowych, np. pomylenia Wielkiego Piątku z Wielkim Czwartkiem, kiedy to właśnie podczas liturgii jest obrzęd mandatum (64 s.).

Reklama

Książkę przeczytałem z dużym zainteresowaniem. Temat jest dla mnie raczej nowy, a feministki nie kojarzą mi się dobrze. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, sporo kwestii mnie zaskoczyło, niektóre rozśmieszały lub budziły politowanie.

Ważne było dla mnie dostrzeżenie całego wachlarza postaw i poglądów kryjącego się w szufladzie podpisanej „feminizm”. Pod wieloma z nich nieuprzedzony konserwatysta śmiało może się podpisać. Ja np. całkiem odnalazłem się w definicji feminizmu zaproponowanej przez Zuzannę Radzik we wstępie do książki: „Feminizm to budowanie lepszego świata dla kobiet, mężczyzn i ich dzieci, a nie rewanż za doznawane przez wieki krzywdy”.

Pierwszy rozdział poświęcony jest kwestiom władzy. Autorka słusznie dostrzega, że w Kościele jest ona związana z sakramentem święceń i siłą rzeczy nad całym Kościołem władzę sprawują  mężczyźni. Postulat odnalezienia w sakramencie kapłaństwa elementów władzy ściśle związanych z tym sakramentem, by do pozostałych przejawów władzy w Kościele dopuścić świeckich (w tym kobiety) wydaje mi się słuszny.

Reklama

Rzeczywiście jest frustrujące, gdy o sprawach dotyczących świeckich decydują hierarchowie, nie uwzględniając głosu i wrażliwości zainteresowanych. Oburzający jest przywołany w książce obrazek z kulis ostatniego soboru, kiedy to mimo iż do komisji zajmującej się kwestią antykoncepcji zaproszono cztery kobiety, Paweł VI wysłał list, w którym poprosił by świeccy nie zabierali tam głosu, bo to trudny temat…

Analiza wpływu świeckich na ostatni sobór, mimo że był on minimalny, wskazuje, że warto być otwartym na wrażliwość tej miażdżącej większości przedstawicieli Kościoła żyjącej w świecie, na którym Kościół ma budować Królestwo Boże. Pozytywny i jakże oczywisty przykład tego wpływu dostrzec można chociażby w języku dokumentów, usiłującym nie traktować np. relacji małżeńskich „technicznie”, utartym slangiem moralistów.

Szkodliwe jest również według mnie sklerykalizowanie kościelnych struktur tam, gdzie święcenia nie są potrzebne. Niezdrowe jest to tak dla kapłanów jak i świeckich (często po prostu pewnymi praktykami zgorszonych). Czy dyrektorami ośrodków Caritas, dzieł pomocy, większości kościelnych mediów, archiwów czy innych instytucji muszą być księża? Czy na katolickich uczelniach nie można robić uczciwych konkursów na rektorów i wykładowców, nie dodając dodatkowych punktów za koloratkę?

Reklama

Bardzo ciekawe było dla mnie zrelacjonowanie sytuacji w Indiach, gdzie w 2010 r. episkopat przyjął dokument o polityce genderowej, który w Polsce nawet przez najbardziej otwartych biskupów zostałby pewnie okrzyknięty jako heretycki, niszczący rodzinę i tradycję.

Kolejny rozdział rozdział jest poświęcony obecności kobiet „przy ołtarzu i w parafii”. Jeśli chodzi o liturgię, oczywiście jako „liturgicznemu terroryście” ciężko było mi przebrnąć przez feministyczne postulaty. Natomiast służba kobiet w parafii i Kościele to wątek dotyczący ogólnie otwartości na udział świeckich w posłannictwie Kościoła. O ile nie zachodzi na kwestie z racji święceń przypisane duchowieństwu, jak najbardziej powinna być popierana i promowana. Często nieewangeliczne i skandaliczne jest traktowanie świeckich zatrudnionych w kościelnych instytucjach, jak wynika z badań przeprowadzonych na Zachodzie czy w Polsce przez krakowską socjolog z AGH, dr Katarzynę Leszczyńską, zarówno jeśli chodzi o płacę, umowy czy po prostu traktowanie i podstawową kulturę.

Warte uwagi są rozważania o nadzwyczajnych szafarzach Komunii świętej. Sam, poza pewnymi szczególnymi przypadkami (np. brak szafarza mogącego roznosić Komunię chorym) jestem sceptyczny wobec tej posługi. Bardziej logiczne wydaje mi się promowanie stałych akolitów, którzy mogą np. sami otworzyć tabernakulum. Ciekawe wydaje się pytanie Zuzanny Radzik, czy nadzwyczajnych szafarzy nie wprowadzono właśnie po to, żeby jakąś przestrzeń znalazły tu dla siebie kobiety (które akolitami zostać nie mogą).

Jestem przeciwnikiem „inkluzywnego języka w liturgii”. Nie rozumiem, dlaczego kobietom tak ciężko mówić np. „Panie, nie jestem godzien”. Pamiętam, jak proboszcz tłumaczył moim pierowszokomunijnym koleżankom dającym tu upust swoim feministycznym intuicjom, że tu chodzi o to, iż ja, człowiek, nie jestem godzien. Podobnie w drugą stronę – jestem członkiem Arcybractwa Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa. Raz w miesiącu dostaje się bilety z rozważaniami pisanymi w rodzaju żeńskim. Nie odczuwałem nigdy dyskomfortu genderowego, bo wystarczyło uświadomić sobie, że moja dusza jest rodzaju żeńskiego: jedność w modlitwie zachowana i męskie ego nienaruszone.

Potrzeba rytuału i sakralizowania przez niego rzeczywistości jest naturalna, jednak wywoływały u mnie uśmiech lub zażenowanie błogosławieństwa tworzone przez byłą zakonnicę Diann Neu, np. z okazji menstruacji czy menopauzy. Ciekaw jestem, czy jacyś mężczyźni wpadli na pomysł tworzenia rytuałów dookoła np. polucji. Swoją drogą może warto to rozważyć, również jako motyw walki z masturbacją ;)

Kolejny rozdział poświęcony jest zakonnicom. Opisywane czasy posoborowych zmian były dla mnie jednymi z najsmutniejszych fragmentów książki. Rewolucje w charyzmatach, zrzucanie habitów, popieranie antykoncepcji, kontrowersyjne duszpasterstwo LGBTQ… Na przykład obrazek benedyktynek jadących na feministyczną wystawę z waginami w roli głównej, pod której wpływem zachwycone zakonnice przeprowadziły dyskusję o waginie jako budującym symbolu, prezentując własną wizualizację zainspirowaną tą wystawą…

Pozytywnie spojrzeć można na śmiałe zaangażowanie w rozwiązywanie niektórych problemów społeczno-politycznych.

Ważną częścią książki są rozdziały poświęcone teologii feministycznej i ostatni – „Kobieta, dusza, ciało i gender”. Szczególnie że w Polsce wciąż zbyt wiele nie można o tych kwestiach przeczytać. To problemy często bardzo kontrowersyjne, ale warte uwagi, a na pytania i kwestie przez feministki poruszane trzeba szukać sensownych odpowiedzi. Zabrakło mi tylko szerszej prezentacji i ewentualnie krytyki nowego feminizmu Jana Pawła II.

Gorące spory budzi wątek kapłaństwa kobiet, któremu poświęcony jest przedostatni rozdział. Temu tematowi poświęciłem dwie polemiki:

Kapłaństwo kobiet. Czemu nie?

Kapłaństwo tylko dla mężczyzn to nie dyskryminacja kobiet

Książka Zuzanny Radzik nie powinna zostać zignorowana przez zaangażowanych chrześcijan, kapłanów i teologów. Warto znać feministyczny punkt widzenia, uwzględniać kobiecą wrażliwość i być gotowym na konstruktywny dialog.

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite