“Dziś mieliśmy świętować beatyfikację Prymasa” Przesłanie od biskupa Rafała

- Czekaliśmy na ten dzień bardzo długo, przygotowywaliśmy się od wielu miesięcy, a jednak musiał być przełożony - mówi biskup Rafał Markowski w swoim przesłaniu na 7 czerwca 2020 - Niedzielę Trójcy Świętej. Tego dnia miała odbyć się upragniona beatyfikacja Prymasa Wyszyńskiego.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

 

ad/Stacja7

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Jak odchodził Pasterz. Mija 39 lat od śmierci Prymasa Wyszyńskiego

To była śmierć, ale bez oznak konania, nie można było dostrzec ostatniego tchnienia, Ks. Prymas zgasł, po prostu do­paliło się to piękne życie. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego - zanotowała w pamiętniku s. Józefa. Dokładnie 39 lat temu do Domu Ojca wrócił kard. Stefan Wyszyński.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Siostra Józefa Kozieł była pielęgniarką szpitalną, oddelegowaną do zajmowania się chorym Prymasem. Prowadziła dokładny dziennik, w którym zapisywała swoje spostrzeżenia i obserwacje z czasu tej niezwykłej swojej posługi. Od początku mówiła, że nie miała jeszcze takiego pacjenta, nie tylko z uwagi na jego funkcję, rozpoznawalność i wielki szacunek, ale przede wszystkim z uwagi na jego podejście do chorowania. Rzadko się skarżył, cierpiał w milczeniu, nawet w największym bólu zwracał uwagę na potrzeby innych. Siostra Józefa wspomina, jak na kilka dni przed śmiercią, mocno cierpiący Prymas martwił się, że… ona chodzi boso. 

A wszystko zaczęło się ledwie dwa miesiące wcześniej. Była wiosna 1981 roku. Już od końca marca kardynał bardzo źle się czuł, niemal nie opuszczał łóżka. Badania, którym go poddano najpierw wykazywały, że to nie rak, by w końcu 13 kwietnia 1981 r. stwierdzić obecność komórek rakowych w jamie brzusznej. Wyrok brzmiał: nowotwór trzustki w zaawansowanej aktywności.  

Prymas jednak od początku choroby wiedział, że jest ona śmiertelna. Dwa tygodnie przed wyrokiem lekarzy zanotował w dzienniku, że “zaczyna się początek końca”. Ciągle jednak bardziej martwił się sytuacją w kraju, niż tym, co się dzieje z nim samym. W Wielki Piątek 17 kwietnia zanotował: 

“W tej strasznej nocy zdołałem opuścić siebie. Ale owładnęła mnie męka ludów wschodnich, które już od trzech pokoleń cierpią od zbrodniarzy, którzy mordują w ZSRR Chrystusa, Jego Kościół i znaki dobrej nowiny ewangelicznej. To jest moja nocna modlitwa od szeregu lat. A dziś była szczególnie dotkliwa. Obraz ludzi bez świątyń, bez kapłana, bez ołtarza i Mszy św., obraz dzieci bez Eucharystii i nauki Wiary św. – obraz matek bez pomocy wychowawczej, potworne udręki więźniów i »pacjentów« szpitali psychiatrycznych, nieustanne zagrożenia wojenne w tylu krajach, którym ZSRR przychodzi »z pomocą«, by umacniać zbrodniczy ustrój. A w Ojczyźnie naszej groźba interwencji w sprawy wewnętrzne Polski. To wszystko jest przedmiotem mojej modlitewnej męki i bolesnego wołania do Pani Ostrobramskiej, przecież Matki Miłosierdzia”.

Od początku swojej choroby i swego umierania Prymas był otoczony wielką modlitwą, nie tylko domowników, przyjaciół i księży, ale dosłownie całej Polski. 

Był to z pewnością niezwykły maj. Do wielkiej modlitwy w intencji śmiertelnie chorego kard. Wyszyńskiego dołącza 13 maja kolejna wielka modlitwa: o ocalenie życia Jana Pawła II. “Kiedy dowiedział się o tym zamachu jakby skurczył się w sobie i po chwili powiedział: “Zawsze się tego bałem” – notuje ks. Bronisław Piasecki, osobisty sekretarz i kapelan Prymasa Tysiąclecia. 

Powoli kard. Wyszyński wyłączał się z podstawowych aktywności. 12 maja ostatni raz odprawił Mszę św.; 17 maja przyjął sakrament namaszczenia chorych i tego dnia był też po raz ostatni na spacerze w ogrodzie, wieziony na wózku inwalidzkim przez opiekujące się nim pielęgniarki.

Ciągle jednak przyjmuje gości, którzy chcą się z nim pożegnać lub którym chce przekazać ważne przesłania. Tak przyjmuje delegację Episkopatu, tak przyjmuje kard. Dziwisza, który wysłany przez papieża przybywa z Rzymu. Tak przyjmuje też swoją rodzinę.

 

Pokój, w którym umarł kard. Stefan Wyszyński, stan krótko po pogrzebie (FOT. “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”)

 

“W tych ostatnich tygodniach był niezwykle cierpliwy, nigdy o nic sam nie prosił, trzeba było pytać albo domyślać się, czy przewrócić, czy w czymś ulżyć. Godził się wtedy i dziękował, ale sam nie występował z żadną prośbą. A przecież wszystko bolało, trudno wyobrazić sobie jak bardzo. Kiedyś zdradził się mimo woli mówiąc: <Ciekaw jestem czy Ojca Św. też tak bo­lą plecy od leżenia jak mnie…> Nigdy się nie skarżył, nie jęczał, a przecież zabiegi męczyły Go bardzo. Niektó­re trwały bardzo długo, np.: punkcja trwała czasem cztery godziny i tak przez ten czas leżał z igłą w brzuchu, pra­wie nieruchomo”

– notowała siostra Józefa, pielęgnująca go dniem i nocą. Siostra zauważyła również, że ten sposób cierpienia emanował na cały dom. Mimo napięcia, w którym wszyscy żyli byli dla siebie uważni i dobrzy, zdaniem siostry – właśnie dzięki postawie samego Cierpiącego. 

Prymas bardzo cierpiał, nie sypiał nocami. Miał ciężkie zaburzenia krążenia i oddychania. Do ostatniego momentu jednak Prymas był w stanie przyjmować Komunię Świętą, która była mu podawana codziennie. 

Ostatnie chwile nadeszły 27 maja. Ciągle w kaplicy jego domu trwała nieustanna modlitwa. Ok. 11, po przyjęciu ostatniej w życiu Komunii św. Prymas zapadł w głęboki, ciężki sen. Ks. Piasecki notuje, że “traci kontakt z otoczeniem”. O północy odprawiona została Msza św., przy łóżku nieustannie byli obecni lekarze, pielęgniarka i domownicy. Po Mszy podeszła do łóżka s. Maria Okońska i powiedziała Prymasowi, że wszyscy się za niego modlą. Prymas otworzył oczy, patrzył na nią przytomnie. Zdaniem s. Józefy – było to ostatnie jego spojrzenie.

Agonia zaczyna się dwie godziny później, ok. 3.30 nad ranem. Nieustannie odmawiane są modlitwy za konających, lekarze monitorują na bieżąco pracę serca. Ks. Piasecki wkłada w ręce Umierającego gromnicę – znak Zmartwychwstania i Życia.

O godz. 4.40 następuje zatrzymanie oddechu. “Tej ostatniej chwili towarzyszy cisza i spokój” – notuje ks. Piasecki. Siostra Józefa również o tym pisze, dodając, że niemal nie dało się zauważyć tego ostatniego oddechu.

“Ks. Prymas zgasł, po prostu do­paliło się to piękne życie.Tyle lat jestem pielęgniarką, tylu chorym towarzyszyłam w ich ostatniej chwili życia, ale tu był niespotykany pokój i majestat śmierci,– a może to było samo życie, które stało się Spełnieniem. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego”.

 

Korzystałam z książki “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia” ks. Bronisława Piaseckiego oraz z pamiętnika s. Józefy Kozieł

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap