Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Hongkong mocno zyskał. Nie tylko dlatego, że – jak się teraz dowiedziałem – mają tam regularne, olimpijskich rozmiarów, baseny dla psów.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Chcesz, by ktoś zobaczył w Tobie coś, czego nikt jeszcze nie dostrzegł?

Wybierz się samolotem do Hongkongu. Tu nikogo nie obchodzi, czy jesteś piękny, czy brzydki, ani nawet czy coś tam w kuferku przemycasz.

Na lotnisku celników nie widać, za to co pięć kroków stoją punkty „Temperature check”. Termowizja skanuje wszystkich wysiadających, a gdy któryś za mocno się świeci, jest natychmiast wyłapywany przez miłych państwa w maskach i nie wiem co mu dalej robią, bo ja miałem jednak 36,6.

Dziwnym nie jest – im dalej od polskich gazet, tym człowiek mniej się gorączkuje.

Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Dział ogłoszeń religijnych w “South China Morning Post”. I muzułmanie (przekonujący, że nie są terrorystami. I katolicy. I Kościół “Portyk Salomona” i bracia prawosławni też…

W gazetach hongkońskich („South China Morning Post”), tłumaczą, że najnowsza odmiana ptasiej grypy (tym razem H7N9), która szalała w okolicy w kwietniu – słabnie. Jest cieplej, a to wybija wirusa.

Ludzie tradycyjnie wybijają zaś ptactwo, wszystkie zakażenia to ludzie, którzy mieli kontakt z drobiem. A bez drobiu nie ma tu życia. Moja stuprocentowo hongkońska znajoma, pytana o krótką charakterystykę miejscowej kuchni, rozpływa się opisując dziesiątki dań. Nie wiedziałem, że kaczkę można przyrządzić na tyle sposobów.

Tym razem trafiam tu w środku długiego weekendu, w piątek obchodzono urodziny Buddy.

Wilgotność powietrza waha się między 150. a 200 proc. Naprawdę można zwariować. Mimo to na ulicach Mongkoku (moja ulubiona część HK – skrzyżowanie warszawskiego Powiśla i Pragi z krakowskim Kazimierzem i londyńskim City), dzikie tłumy, przemieszczające się bez celu, od sklepu do sklepu, z przerwą na jedzenie.

Ja tym razem biorę sobie na cel toy-shopy. Za mało jeszcze przeczytałem, nie wiem więc dlaczego część dorosłych Azjatów ma takiego hysia na punkcie zabawek, komiksów (manga), figurek, konsoli. Ale tłumek facetów w wieku 20. – 50. czekający na otwarcie sklepów z zabawkami w kultowych wśród zabawkofilów mallach Sino Center czy CTMA, robi wrażenie.

W środku – wszystko w każdym rozmiarze. Od figurek Einsteinów, Beatlesów (ba, nawet Leninów i Warholów), znanych z seriali detektywów, przez Batmany, Transformersy, po maski, gry, aż do pościeli wymalowanej w panie z wielkimi armatami w dłoniach włącznie.

Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Znajomy znajomego oraz szwagier koleżanki, są pod pięćdziesiątkę, a w domu każdy z nich ma pokój wytapetowany po sufit superbohaterami tudzież wyładowany figurkami. Każdą wolną chwilę poświęcają na to, na co ja poświęcałem zanim zostałem ministrantem i od tej pory kręciła mnie już tylko patena (ampułki – wyznam odważnie – też).

Co oni sobie tym kompensują? A może to po prostu skłonność narodowa – oni w tych pokojach upychają emocje, które my nad Wisłą chętnie wylewamy na zewnątrz (specjalnie po głębszym i przy ognisku, względnie grillu)?

Podróżując, wielokrotnie przekonałem się już o prawdziwości twierdzenia, że na miłość od pierwszego wejrzenia jest tylko jedno skuteczne lekarstwo – należy spojrzeć jeszcze raz.

Wiele miejsc, które zachwyciły mnie przy pierwszym kontakcie, przy kolejnym – już bez podniecenia nowością – mocno traciły.

Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Hongkong mocno zyskał.

Nie tylko dlatego, że – jak się teraz dowiedziałem – mają tam regularne, olimpijskich rozmiarów, baseny dla psów (płacisz klubową składkę i Azorek może sobie dwa razy w tygodniu poćwiczyć delfinkiem).

Przybrudzona, nieoczywista intensywność tego miasta przywodzi mi na myśl Lizbonę. Taka na przykład cukierkowo śródziemnomorska – turystyczno – imprezowa Barcelona zawsze pachniała mi banałem, a Lizbona od pierwszego zderzenia daje odczuć, że jest po przejściach, że nosi w sobie tajemnicę.

W Azji Barceloną jest dla mnie perfekcyjnie bezkształtny Singapur, w którym – co zupełnie mnie nie dziwi – jeden z największych chrześcijańskich Kościołów (City Harvest Church) jest obecnie w sądzie, bo jego szefowie wydali 40. milionów dolarów zamiast na ewangelizację – na rozwój kariery piosenkarskiej żony jednego z liderów, Sun Ho (tłumacząc rzecz jasna, że pop jest drogą do Jezusa).

Hongkong oprócz ciała, ma też duszę. Podłubię w niej pewnie za trzecim podejściem, bo teraz mam już autobus do Australii.

A więc: „bye – la!“ (kocham ten panazjatycki zwyczaj dodawania do wszystkiego „la“, raz zastępującego wykrzyknik, raz emotikonę uśmiechu, innym razem – będącego po prostu „fancy“ ozdóbką, broszką, nieużytecznym gadżecikiem, pokazującym, że stać nas na luksus, czyli sytuację w której nie wszystko musi być po coś).

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pamiętnik spod róży: Sokołów, 18.05

„Toczy koła czas“ – śpiewała moja koleżanka z „Mam Talent“ (i nie tylko). A nie toczy? Proszę spojrzeć: dziś turystyka z Sokołowa staje przed identycznym dylematem, jak chrześcijanie w pierwszych wiekach!

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ponieważ nosi mnie i w najbliższych tygodniach dalej będzie mnie nosić po świecie, postanowiłem pisać pamiętnik, notując rzeczy które widzę, a które wchodzą w pamięć – zostają w głowie i napędzają myślenie.

Nazwałem go „Pamiętnikiem spod róży“, bo wydało mi się to dowcipne (w tym żarcie śmieszne jest to, że zamiast „z podróży“, jest „spod róży“).

Myślałem też, żeby nazwać ten cykl „Pamiętnikiem z wakacji“, ale po pierwsze to nie są wakacje, po drugie –wspomnienia o mięsnym jeżu wciąż są w nas chyba zbyt bolesne.

„Dzienniczkiem“ też tego nie nazwę, bo to jednak by było świętokradztwo. A więc – com zatytułował, zatytułowałem.

Będę go pisał codziennie, przez miesiąc, na próbę. A później zobaczymy, czy i Wam i mnie nadal podglądać świat w ten sposób będzie się jeszcze chciało.


Ukłoń się Panu, Marysiu

„Ręce precz od Sokołowa“ – chciałoby się powiedzieć po środowym spotkaniu na dworcu kolejowym, który obecnie jest biblioteką (czyli nadal idzie się tam, gdy się ma pociąg, tyle że tym razem – do książek). Wieczór, że palce lizać. Była zażarta dyskusja z dyrektorem liceum o islamie oraz o tym, że piszę raczej mądrze, ale w głupich miejscach (robiąc za listek figowy zasłaniający wstydliwe części lewaków). Był pan burmistrz, tak wdzięcznie władczy, że następnym razem na pewno nie odmówię rodzinnej kolacji. Była w końcu przebojowa pani (same pistolety w tym Sokołowie, jak babcię kocham), która opowiedziała, jak to wybrała się raz do Singapuru. Zwiedzała buddyjskie świątynie, w których w duchu modliła się po katolicku, ale też kłaniała się różnym posągom. Bo jakby się nie kłaniała to nie daliby jej zrobić zdjęć. „I co – wycieczka życia i miałam nie zrobić zdjęć?!“

„Toczy koła czas“ – śpiewała moja koleżanka z „Mam Talent“ (i nie tylko). A nie toczy? Proszę spojrzeć: dziś turystyka z Sokołowa staje przed identycznym dylematem, jak chrześcijanie w pierwszych wiekach! „Co ci zależy? Zrób ten pokłon żeby się odczepili, twój Bóg zrozumie, intencje się liczą, nie obrazi się – przecież wie co naprawdę myślisz“. I wielu się kłaniało. A wielu nie – i płaciło za to głową. I to bez tych „idealistów“ nie byłoby dziś Kościoła. Gdyby byli tylko „realiści“,  my do dziś latalibyśmy po puszczy i łapali zające dla Swarożyca (czy co go tam kręciło jak nie zające, nie wiem).

Stanąłem kiedyś przed podobnym dylematem w Bhutanie. Też byłem ciekaw, jak to na buddyjskich parafiach wygląda, ale z góry zapowiedziałem mojemu przewodnikowi, że: a) nie składam żadnych ofiar (a tam trzeba składać banknot jak się zwiedza), b) niczemu się nie kłaniam, c) nie pobieram żadnych błogosławieństw (płatnych, czy bezpłatnych, drewnianym penisem, specjalną świeczką, ani zwykłych – ręcznych). Powiedziałem mu: ty jesteś religijny, ja jestem religijny – moja religia zabrania takich rzeczy, na pewno zrozumiesz. Zrozumiał bez problemu i tłumaczył co trzeba miejscowym proboszczom. Nie dlatego, że wierzył tak jak ja, ale – zawsze powtarzam – religijny z religijnym zawsze się dogada, obaj mają coś ekstra w mózgu.

No i co będzie z panią turystką? Nie wiem. Ale coś mi mówi, że często Bóg ma więcej wyrozumiałości dla ludzkiej słabości niż ludzie. No jasne, że to było bałwochwalstwo, ale chrześcijaństwo nie policja – tu nie ma taryfikatora. A tu podsądna tak poczciwie i szczerze się tłumaczyła, że każdy sąd pewnie obśmiał się serdecznie, machnął ręką i powiedział: a idź i nie grzesz więcej.

Pęd do poznawania świata jest czymś dobrym (tak sobie wmawiam, siedząc teraz dziesięć kilometrów nad Chinami, Hongkong za godzinę, spać mi się chce, żołądek łka, od miesiąca na samolotowym jedzeniu). Fajnie, że pani turystyka miała okazję zachłysnąć się pięknem i różnorodnością stworzonego przez Boga świata. I dopiero gdy wyjdziesz ze swoich pieleszy dostrzegasz, że kołdra którą się dotąd przykrywałeś jest za krótka. Gdy wszyscy są jakoś podobni, pytań nie ma. Ale gdy trafiasz do innych musisz wypracować sobie odpowiedź: kim ten Jezus jest dla mnie?

Czasem dopiero wtedy odkrywa się, że to nie kult, a relacja. A gdy kogoś kochasz trochę głupio jest mówić komuś innemu, że też go (ją) kochasz, choć ty wiesz, że to tylko tak dla picu, bo jakbyś nie powiedział (powiedziała), to nie mógłbyś zrobić zdjęć na których ci zależy.

Bo to nie jest historia z gatunku „lubię Celine Dion, ale nie powiem, żeby mnie Prokop nie wyśmiał“ (dygresja – po pierwsze: nigdy nie mówcie, że nie lubicie Celine Dion w Kanadzie – jakie ja baty zebrałem parę dni temu za Wojewódzkiego, który kiedyś coś o niej niefajnego bąknął i pewien polski Kanadyjczyk zapałał świętym oburzeniem, jak można tak NASZĄ Celinę brukać; po drugie – pozdrawiam Prokopa, z którym piszemy właśnie książkę w formule intelektualnego boysbandu). Tu chodzi o Boga. Jedynego. I oto, czy naprawdę wierzysz, że innego nie ma.

Chodząc w życiu po przeróżnych świątyniach, wiedziałem, że nie ma. Okruchy Prawdy są rozsiane po świecie, ale to w Kościele jest chleb, z mojej perspektywy – ci ludzie szczerze szukają, ale jeszcze nie odkryli Pełni (co nie zmienia faktu, że wielu z nich te okruchy pewnie wystarczą, by osiągnąć Niebo szybciej niż ja, który mam do dyspozycji cały bochen).

poprzednie
następne

Katolicki imperalizm? Tak mogą mówić tylko totalnie niewierzący. Każdy wierzący na tym świecie wie, że wierząc w coś, zawsze nie wierzysz też w coś innego. A dialog międzyreligijny wcale nie polega na tym, że teraz wszyscy będziemy wierzyć we wszystko, ale na tym że zachowując własną tożsamość, podzielimy się z innymi odkrytą Prawdą i dobrem.

Młotkowanie, siłowe nawracanie też sensu nie ma. Ludzie mają swoje sprawy z Panem Bogiem. Nie ma co zbyt wyrywnie pchać sie między wódkę i zakąskę (ach, te moje porównania…). Trzeba głosić Ewangelię do upadłego (wykańczając raczej siebie niż ewangelizowanych), zawsze okazać szacunek człowiekowi, nigdy – posągom. I tyle.

Hongkong Główny. Czas wysiadać.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >