video-jav.net

Moja ulica murem podzielona

Pęka nam ziemia pod nogami. Polska się dzieli. Po jednej stronie są ci, którym się coraz lepiej powodzi. Po drugiej ci, którym wiedzie się gorzej, coraz gorzej. A szczelina robi się coraz szersza.

Piotr Legutko
Piotr
Legutko
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nierównomierny rozwój kraju polega nie tylko na tym, że w Warszawie żyje się lepiej niż w Supraślu. Pęknięcie na Polskę A i Polskę B przebiega także w poprzek metropolii i małych miasteczek. Czasem nawet przez środek ulicy.

Polska to dziś nowoczesne, strzeżone osiedla i sypiące się blokowiska, gdzie czas zatrzymał się w początkach III RP. Pracownicy wielkich korporacji mówiący językami i ludzie ledwo po pięćdziesiątce bez pracy, z którymi nikt nie ma ochoty szukać wspólnego języka.

Ostentacyjne bogactwo i dyskretna bieda. Tak jest pewnie w każdym zakątku świata. Dzielnice luksusu i slumsy są wszędzie. Specyfiką polskich nierówności społecznych jest to, że są całkiem świeżej daty.

Moja ulica murem podzielona

W PRL normą była szara równość w niedostatku. Państwo, które z dumą odwołuje się do „Solidarności” jako swego mitu założycielskiego, daje szanse głównie tym, którzy potrafią o siebie zadbać. To kraj sukcesu dla ludzi osobistego sukcesu.

Sukces dobrze się sprzedaje. Biedy nie wystawiamy na publiczny widok. W mediach tradycyjnych i społecznościowych dominują ludzie spełnieni i szczęśliwi. Nawet ci, którzy twierdzą, że dzieje im się krzywda, którzy organizują marsze i pikiety, niewiele różnią się w obrazku od sfrustrowanych obywateli Hiszpanii czy Portugalii.

Jest też oczywiście i ta inna twarz polskiej biedy, o naturalistycznych, szpetnych rysach. Ta też dobrze się sprzedaje.

Codzienne serwisy pełne są scenek z życia marginesu, widoku pijackich melin, zaniedbanych dzieci, ordynarnych facetów i wulgarnych kobiet. „Polska Smarzowska”. Ale to nie bieda, to patologia.

Moja ulica murem podzielona

Żeby zobaczyć biedę nienachlaną, prostą, ale nie prostacką, zawstydzoną, zmęczoną, wystarczy zobaczyć, jak ludzie robią zakupy w osiedlowych marketach, postać w kolejce po rejestrację do specjalisty, a najlepiej pojechać tam, gdzie nie jeździ już kolej i PKS. Gdzie chorych do lekarza wożą sąsiedzi dużym fiatem. Albo poczytać stronę z opisami losów rodzin sporządzonymi przez wolontariuszy „Szlachetnej paczki”.

Ktoś powie – to też margines, choć bez negatywnej konotacji. Powie tak, bo jego ścieżki nie krzyżują się ze ścieżkami, którymi chadza bieda. A nie jest to trudne.

Zbudowaliśmy sobie w końcu państwo bezkolizyjne, w którym nie wpadamy na siebie.

Często słyszę zdanie „od dwudziestu lat nie korzystałem z państwowej służby zdrowia” (więc nie muszę widzieć, co się tam dzieje), oczywiście najczęściej w kontekście zasadności płacenia składki. Bo chętnie odcięlibyśmy ostatnie linki zobowiązań i powinności.

Moja ulica murem podzielona

Służba zdrowia i edukacja to przykłady segregacji niemal otwarcie wpisanej w system III RP. W tym samym państwie, w tym samym mieście, czasem w tej samej dzielnicy funkcjonują obok siebie usługi dla lepszych i gorszych rodaków. Ci pierwsi mają mierzalne statystycznie większe szanse na dobre zdrowie i efektywną edukację. Drudzy mają za swoje.

Szkoła podstawowa to praktycznie ostatni poziom kształcenia, gdzie szanse na dobry wynik nie zależą od zamożności (lub kapitału kulturowego) rodziców. Potem następuje już segregacja i zaczyna się podział na lepszą i gorszą edukację. Gimnazja (które powstały, by wyrównywać szanse) i licea dzielą się na te, które zgarniają najlepszych absolwentów i te, gdzie poziom kształcenia jest wyraźnie niższy. Na studiach zasada jest jeszcze bardziej przewrotna; za darmo uczą się bogaci, biedniejsi płacą za studia zaoczne.

Moja ulica murem podzielona

Bogata Polska ma swój nowy symbol: Pendolino. Pociąg na miarę naszych aspiracji, łączący bez zbędnych przystanków metropolie, enklawy luksusu. Mieszkańcy małych miast i wsi mogą sobie siadać na zarosłej chaszczami ławeczce dawnego przystanku PKS, tuż obok ruiny starego dworca PKP, by z daleka obserwować ten powiew wielkiego świata. A potem spakować się i jechać za chlebem do stolicy… jakiegoś europejskiego kraju.

Polskim problemem numer jeden nie jest ani podział postkomunistyczny, ani postsmoleński. Spory polityczne, emocje plemienne, są w dużej mierze sztucznie kreowane, podgrzewane i nakręcane. Podział, który tak gwałtownie objawił się w 2006 roku, równie szybko może zniknąć. Dużo trwalszy i coraz trudniejszy do zasypania wydaje się podział dotyczący poziomu życia, dostępu do usług, dobrej pracy.


Kazik Staszewski śpiewał w 1988 roku: „Moja ulica murem podzielona/ Świeci neonami prawa strona/ Lewa strona cała wygaszona/ Zza zasłony obserwuję obie strony / Lewa strona nigdy się nie budzi/ Prawa strona nigdy nie zasypia..”

Prorok jaki czy co?

Kult – Arahja

Piotr Legutko

Piotr Legutko

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr Legutko
Piotr
Legutko
zobacz artykuly tego autora >

Ponad 1000 polskich księży ryzykowało życiem, pomagając Żydom

Ponad 1000 polskich księży ryzykowało życiem, pomagając Żydom w czasie II wojny światowej. 30 z nich poniosło śmierć - wynika z badań przeprowadzonych m.in. w archiwach Instytutu Jad Waszem w Jerozolimie przez ks. Pawła Rytla-Andrianika

Polub nas na Facebooku!

Ks. Paweł z diecezji drohiczyńskiej jest współautorem książki „Dam im imię na wieki. Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów”.

Z badań polskiego duchownego wynika też, że również 368 klasztorów żeńskich otwarło swe furty dla prześladowanych Żydów. Biorąc pod uwagę, że w każdym z nich mieszkało przynajmniej pięć sióstr, zatem co najmniej 1840 zakonnic było zaangażowanych w ratowanie życia Żydów, głównie dzieci.

Informując o tym agencja Zenit przypomina, że kierujący generalnym gubernatorstwem Hans Frank wydał 15 października 1941 r. rozporządzenie stanowiące, że tym, którzy pomagaliby Żydom, grozi kara śmierci. Mimo to „tysiące Polaków, w tym liczni księża, ryzykowali życie, by ocalić Żydów z obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Treblince i innych”.

Badania polskiego duchownego zostały przeprowadzone w ramach projektu badawczego „Księża dla Żydów” na 18 tys. wywiadów oraz tysiącach stron dokumentów pochodzących z archiwiów, bibliotek i muzeów.

We wstępie do książki „Dam im imię na wieki. Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów”, historyk Antony Polonsky szacuje, że dzięki pomocy Polaków uratowało się między 40 tys. a 60 tys. Żydów. Z kolei w sieć polskiej pomocy zaangażowanych było między 160 tys. a 360 tys. ludzi. – Wszyscy oni ryzykowali życie własne i swoich bliskich, aby pomagać Żydom i ich ratować – podkreśla Polonsky.

Wśród pomagających byli księża, choć spośród 16 tys. polskich kapłanów w 1939 r., podczas okupacji niemieckiej około 4 tys. zostało uwięzionych w różnych obozach koncentracyjnych, a 2 tys. zamordowano w komorach gazowych. Niektóre diecezje (włocławska, gnieźnieńska i chełmińska) straciły około połowy swego duchowieństwa. Wielu innych mimo to potajemnie kontynuowało pomoc ludziom w potrzebie, w tym także Żydom.

Agencja przypomina, że przed II wojną światową w Polsce mieszkała największa liczebnie wspólnota żydowska na świecie, licząca ponad 3 mln ludzi. W czasie wojny zginęło 3 mln żydowskich i 3 mln chrześcijańskich obywateli Polski.


pb (KAI/Zenit) / Rzym