Nasze projekty
Reklama
Fot. Materiał prasowy

Zbawienie świata samo się nie zrobi. Kościół potrzebuje idealistów i remontu

Dzisiaj Kościół nie potrzebuje ludzi biernych, czekających w komforciku aż zbawienie świata „samo się zrobi”. Kościół desperacko potrzebuje idealistów i porządnego remontu.

Idealista to człowiek, który ideały ma w niebie, ale dobre owoce zostawia na ziemi.

Moja droga do tego wniosku nie była oczywista. Czytając Ewangelię – początkowo we wspólnocie charyzmatycznej, która uczyła mnie modlitwy i gorliwości – szukałem w niej źródła codziennej mocy do przemiany. Moim największym problemem było to, kim wtedy byłem, i rozpaczliwie szukałem sposobu, by to zmienić. W tamtym środowisku często podsuwano mi jednak specyficzną interpretację: że to Bóg działa sam, że wszystko w moim życiu po prostu „samo się zrobi”, jeśli tylko będę wystarczająco ufał.

Być może w życiu innych osób to działało. W moim życiu zawsze oznaczało to ogromną ilość twardej pracy.

Reklama

ZOBACZ >>> Ks. Stryczek: Kongres Idealistów to dzieło mojego życia

Inżynierskie precyzja w podejściu do Ewangelii

Byłem wtedy na studiach inżynierskich. Uparłem się, że w podejściu do Słowa Bożego zastosuję inżynierską precyzję. Chciałem znaleźć klucz do Ewangelii, dzięki któremu będę mógł ją dokładnie zrozumieć. Zadałem sobie fundamentalne pytanie: która interpretacja Ewangelii jest dobra? Odpowiedź okazała się brutalnie prosta: ta, która po wdrożeniu w życie przynosi dobre owoce.

Zacząłem regularnie chodzić na adorację Najświętszego Sakramentu do kościoła przy ulicy Smoleńsk w Krakowie. Miałem ze sobą otwartą Biblię i zwykły zeszyt. Wypisywałem z Słowa konkretne fragmenty i na ich podstawie robiłem twarde postanowienia. A potem wracałem do codzienności i weryfikowałem, czy te wdrożone postanowienia przynoszą owoce, czy nie.

Reklama

Jeśli nie generujesz plonów, może robisz coś nie tak

Tak stopniowo odkrywałem interpretację, która działa. Ale dobre owoce to dopiero początek. Ewangelia mówi, że plon może być trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny albo stokrotny. To oznacza, że interpretując Słowo jeszcze precyzyjniej, wkładając w nie więcej rzemiosła, mogę mieć tych owoców znacznie więcej – najpierw dla stwarzania samego siebie, a dopiero potem dla innych w moich działaniach. Te sprawdzone, owocujące interpretacje i te dobre praktyki to są właśnie ideały.

Ewangelia Świętego Jana rozpoczyna się od potężnego uderzenia: „Na początku było Słowo”. Logos. Czymże jest ten Logos? To nie jest poezja. Logos to jest ideał. To jest absolutnie doskonała praktyka, bezwzględny kod wskazujący, jak trzeba żyć.

Zbiór dobrych praktyk

Zastanawiam się często nad tym, jak czytamy Pismo Święte. Ludzie doczytują się w Ewangelii bardzo wielu różnych rzeczy – wzruszeń, teologicznych zawiłości, obietnic pocieszenia. Ale czy tak naprawdę szukają w niej dobrych praktyk? Gotowych schematów, jak wdrożyć Słowo w surową rzeczywistość? Zastanawiam się, dlaczego my, jako Kościół katolicki, nie mamy nieskończonego, skatalogowanego zbioru takich twardych, dobrych praktyk.

Reklama

Przecież mamy gigantów – wielu świętych, którzy po prostu doskonale przeczytali Ewangelię i potrafili wygenerować na ziemi niesamowite plony. Zresztą to właśnie po tych nieprawdopodobnych owocach, po ich skuteczności zderzonej z oporem świata, odkryliśmy w nich świętość.

Dzisiaj Kościół nie potrzebuje ludzi biernych, czekających w komforciku aż zbawienie świata „samo się zrobi”. Kościół desperacko potrzebuje idealistów. Ludzi, którzy potrafią dobrze zrozumieć Logos – twarde nauczanie Jezusa – i wziąć odpowiedzialność za przełożenie go na rzeczywistość.

Kościół w remoncie

O Kościele można dziś przeczytać i usłyszeć wszystko. Znów znalazł się w samym centrum uwagi – może jak zawsze. Co o tym myśleć i jak patrzeć w przyszłość bez tanich emocji?

Zacznijmy od diagnozy: czy Kościół jest źle zarządzany?

Moim zdaniem: źle. Ale od razu muszę postawić twardą kontrę. Na tle wielu korporacji i instytucji świeckich Kościół wykazuje nieprawdopodobną sprawczość. Przynajmniej w Polsce. Dziś jednak znalazł się na równi pochyłej i wciąż nie potrafi wypracować skutecznego rozwiązania, dlatego mówię o złym zarządzaniu. Jednocześnie, odrzucając nadmiernie nagłaśniane skandale i nagłówki, trzeba powiedzieć wprost: tu praca wre.

Wciąż z wielkim szacunkiem patrzę na rzesze księży. Na co dzień wykonują gigantyczną, organiczną pracę. Widzą puste ławki, rejestrują odpływ ludzi, a mimo to nie poddają się. Trwają przy ołtarzu. Nie jest więc tak źle, jak wieszczyli prorocy upadku.

Co zatem znaczy „źle”? Znaczy: można nieporównywalnie lepiej.

Na świecie istnieje ogromna, precyzyjna wiedza o zarządzaniu. Żal patrzeć, że Kościół – dysponujący potężnymi zasobami materialnymi i kapitałem ludzkim – tak rzadko sięga po nowoczesne, skuteczne metody operacyjne.

Struktura odpowiedzialności

Czego brakuje najbardziej? Jednej, uwspólnionej kultury organizacyjnej.

Potrafimy pilnować tego, jak odprawiana jest liturgia, jak buduje się świątynie i jaka muzyka rozbrzmiewa z chórów. To fundament. Brakuje jednak standardów w codzienności. Brakuje jasno zdefiniowanej roli proboszcza i roli świeckich. Co zależy od księdza? Za co biorą odpowiedzialność wierni? Jak wygląda współpraca, jakie są procedury, jaki system wartości przekłada się na konkretny proces?

Widziałem na własne oczy, jak taką uwspólnioną kulturę organizacyjną zbudował Kościół katolicki w Szwecji. Tam katolicy to garstka, w dodatku skrajnie zróżnicowana etnicznie, a rodowitych Szwedów w sutannach prawie nie ma. Kiedy do parafii przychodził ksiądz z Polski, chciał kontrolować wszystko własnoręcznie. Kiedy pojawiał się duchowny z Indii, odprawiał mszę i reszta spraw kompletnie go nie interesowała. Wierni przeżywali permanentny szok organizacyjny przy każdej zmianie personalnej.

Precyzyjny podział zadań

Biskup uciął ten chaos. Zwołał naradę, zaprosił profesjonalistów. Ludzie modlili się, myśleli, dyskutowali. Wypracowali jasny kod: precyzyjny podział zadań, granice odpowiedzialności i wspólne zasady działania. Zadziałało doskonale.

W tym procesie brała udział moja przyjaciółka – postać wybitna jeśli chodzi o budowanie kultury organizacyjnej i dowodzenie dużymi strukturami. Dziś pracuje dla największego przedsiębiorstwa w Szwecji, zajmującego się przygotowywaniem ludzi do wejścia na rynek pracy. Ma dobre owoce.

W polskim Kościele wciąż mamy setki genialnych ludzi: inżynierów, menedżerów, strategów i oddanych księży. Ludzi, którzy natychmiast zaangażują się w proces modernizacji struktur, jeśli tylko da im się przestrzeń do działania. Aż się prosi, by ten potencjał wreszcie uwolnić.

Dużo potrafię. Przeprowadziłem w życiu wielkie projekty przez największe burze i wiem, jak przekładać wartości na wielotysięczne struktury. Znam ludzi, którzy potrafią to robić na mistrzowskim poziomie.

Zaproponowałem to mojemu biskupowi. Co z tym zrobi? Zobaczymy.

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Zatrudnij nas