Wasz bohater

Pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, nasze dzieci wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem.

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wasz bohater
Pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, nasze dzieci wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem.

– Proszę Pani, dla mnie on jest bohaterem „wszeczasów” – padło z ust ucznia podstawówki, który nie tylko ręką, ale całym sobą sygnalizował chęć zabrania głosu. Tak właśnie wyglądały lekcje w szkole, które jako autorkom książki o Żołnierzach Wyklętych dla dzieci, dane było nam prowadzić. Ten „wszebohater” – jak nazwał go 9 letni chłopiec – znany jest szerzej jako Witold Pilecki.

Obozy koncentracyjne, bombardowane domy, masowe egzekucje, cierpienie, śmierć i wręcz namacalne zło. Nie brzmi jak przepis na bajkę dla dzieci. Pierwszym odruchem jest raczej zasłonięcie oczu i zatkanie uszu, by do małej, niewinnej istoty takie historie nie dotarły. Od najmłodszych lat kołysząc do snu, zapewniamy nasze pociechy, że „jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz”, bo szczerze i prawdziwe tego nieba chcielibyśmy im przychylić. Dlaczego zatem do świata kolorowych bajek, kreskówek, w których zło nie jest w stanie wyrządzić żadnej krzywdy bohaterom, powinniśmy wprowadzać historie trudne, niesprawiedliwie i będące zaprzeczeniem „długo i szczęśliwie”? Może to jakaś nasza narodowa obsesja, że chcemy rozpamiętywać, epatować nieszczęściem, taplać się w strasznej historii, uprawiać martyrologię i wciągnąć w to dzieci? Takie głosy pojawiają się w debacie publicznej i wywołują gorącą dyskusję, jak komentarz sprzed kilku lat o „bezsensownej śmierci Inki” i sugestii, że ta 17-letnia sanitariuszka nie nadaje się na wzór i bohaterkę dla młodego pokolenia.

 

Raport Pileckiego z Auschwitz w postaci komiksu autorstwa Tomasza Kleszcza

 

Gdy z przyjaciółmi wpadliśmy na pomysł stworzenia pierwszej książki o Żołnierzach Wyklętych dla najmłodszych, nikt z nas nie zastanawiał się, czy to aby na pewno temat dla dzieci. Był rok 2012 i pamięć o Niezłomnych nie była tak żywa i powszechna jak dziś, a my chcieliśmy to zmienić. Dopiero podczas wywiadów o książce, jako autorki, musiałyśmy tłumaczyć, dlaczego tę historię warto i można opowiedzieć dzieciom. Z jednej strony to naturalne, że tych których kochamy chcemy ochronić od smutku, cierpienia, strachu. Z drugiej jednak, każdy z nas zdaje sobie sprawę, że stworzenie alternatywnego świata, gdzie panuje tylko pokój i dobro, tu na ziemi jest po prostu nie możliwe. Widząc niezrozumienie i wielokrotnie słysząc pytanie „ale dzieciom, takie rzeczy?!” dorobiłam się nawet w głowie skromnej animacji. Mały człowiek z dużym człowiekiem idą polną drogą, trzymają się za ręce. W oddali widać góry, nieznane, niezdobyte. Wzdłuż drogi, którą podążają, jak na filmowej taśmie, przesuwają się obrazy. Są tam postacie z bajek, bohaterowie dziecięcych opowiadań. Mały człowiek w trakcie tej drogi dojrzewa, rośnie, by ostatecznie zrównać się z trzymającym go za rękę opiekunem. Jego dorastaniu towarzyszy zmiana obrazów. Opiekun czuwa, by nie wyświetlały się zbyt wcześnie. Jeśli zajdzie taka potrzeba zatrzymują się przy taśmie, rozmawiają, padają dociekliwe pytania i wyczerpujące odpowiedzi. Gdy stają u podnóża góry dziecko jest już dorosłe. Puszcza dłoń opiekuna. Odpowiednie tempo, udzielone odpowiedzi i poczucie bezpieczeństwa w czasie tej drogi, sprawiły, że teraz jest gotowe samo ruszyć na szlak. Nie sprowadzi na siebie lawiny, nie padnie ofiarą dzikich zwierząt, ale nie ściągnie też niebezpieczeństwa na innych wędrowców. Zna konsekwencje konkretnych czynów i wie do czego doprowadziły w przeszłości.  

 

🔷 PRZECZYTAJ: Pence o Polsce: “gdzie Duch Boży, tam wolność”

 

Warto zdać sobie sprawę, że jeśli nie złapiemy dziecka mocno za rękę i nie przeprowadzimy przez tę drogę, wyruszy w nią samo. Dzięki temu będziemy mieli więcej wolnego czasu, mniej odpowiedzi do udzielenia i poczucie, że to nie my pokazaliśmy mu zło, nieszczęście i cierpienie. Nie wiemy tylko, czy taśmy filmowe nie wymkną się spod kontroli. Bardzo możliwe, że niewinne i nieprzygotowane oczy dziecka zobaczą najgorsze okrucieństwa, zostanie wypaczone poczucie odpowiedzialność za swoje czyny, wpojone przyzwolenie na przemoc i obojętności na cierpienie. 

 

Raport Pileckiego z Auschwitz w postaci komiksu autorstwa Tomasza Kleszcza

 

Możemy naszym pociechom zostawić w spadku piękny dom, majątek, wszystko to jednak legnie w gruzach i straci sens, gdy nie nauczymy ich dobrze żyć i nie damy instrukcji obsługi otaczającego świata.

Witold Pilecki, w oczach wspomnianego 9-latka, stał się „bohaterem wszeczasów”, nie dlatego że dziecko usłyszało, co dokładnie działo się w obozie koncentracyjnym i jak wymyślnym torturom został on poddany w ubeckiej katowni. Wystarczyła informacja, że Rotmistrz sam chciał iść do piekła na ziemi, żeby ratować ludzi. Chłopiec z czasem odkryje w tej postaci uczciwość, dobroć, chęć chronienia słabszych czy sumienność w wypełnianiu powierzonych zadań. Będzie chciał być jak Pilecki, a to oznacza że będą mogli na nim polegać najbliżsi i koledzy w pracy, nie złamie danego słowa i postąpi uczciwie w chwili próby. Każdy z nas chciałby mieć takiego sąsiada, szefa, wspólnika, czy przyjaciela. Ten chłopiec będzie wśród tych, którzy nie tylko słowem, ale i czynem opowiedzą się za hasłem „nigdy więcej wojny”, bo jego „wszebohater” walczył o wolność, możliwą tylko w czasach pokoju.  

Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście – mówił Robert Baden Powell, założyciel skautingu. Nie znam rodzica, który nie chciałby wypełnić tych słów dla swojego dziecka. Możemy naszym pociechom zostawić w spadku piękny dom, majątek, może lekarstwo na śmiertelne choroby. Wszystko to jednak legnie w gruzach i straci sens, gdy nie nauczymy ich dobrze żyć i nie damy instrukcji obsługi otaczającego świata. Trzeba to zrobić, dopóki chcą słuchać, dopóki zadają pytania i widzą w nas przewodników.  

 

🔷 PRZECZYTAJ: Bohaterowie wojny, którzy nieśli nadzieję

 

Pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, nasze dzieci wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem.

W czasie naszych lekcji dla dzieci pokazujemy wilka z bajki o Czerwonym Kapturku, nieudolnie ucharakteryzowanego na babcię. Tak tłumaczymy nieprawdziwe odzyskanie niepodległości w 1945. Opowiadamy, że Żołnierze Wyklęci zostawili im-najmłodszym taki niespisany testament, zadanie do wykonania. To sposób w jaki mają żyć, troszczyć się o siebie, o najbliższych, o Polskę. Widząc te zaciekawione spojrzenia, odpowiadając na dociekliwe pytania młodego audytorium, pozostaje mieć nadzieję, że tworząc listę swoich bohaterów i autorytetów, obok fikcyjnych postaci, znanych blogerów, wpiszą na nią też kilku ludzi, którzy mogą być prawdziwym drogowskazem. Jestem głęboko przekonana, że żaden z idoli wieku dorastania, ani żaden z komentatorów otaczającej nas rzeczywistości, nie miał takiego wpływu na mnie, jak moi bohaterowie z dzieciństwa: Alek, Rudy i Zośka. Mogłabym nigdy ich nie poznać, nie zachwycić się nimi, gdyby nie mama. To ona za rękę, bez szarpania i ze spokojem, przeprowadziła mnie od serialu Czterej Pancerni i Pies do prawdziwej wersji historii. Na progu dorosłości podarowała mi jeszcze książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”. Dalej mogłam iść sama.  

 

A dla tych, którzy upierają się, że przeszłość należy już zostawiać, bo nie pasuje do naszych realiów, wprowadza niepotrzebny smutek i epatuje cierpieniem, mam pewną muzyczną propozycję. W piosence „Jestem sobie przedszkolaczek”, którą śpiewają kolejne pokolenia małych Polaków, padają takie słowa:

„Kto jest beksą i mazgajem,  
ten się do nas nie nadaje,  
niechaj w domu siedzi sam,  
ram tam tam, ram tam tam” 

Jestem pewna że żadnemu z „bohaterowi wszeczasów” – a mamy ich w naszej historii wielu – taka postawa nie przypadłaby do gustu. Zamiast eliminacji i wykluczenia wobec słabszych i zlęknionych, zastosowaliby program „opieka i troska”. Super bohaterowie już tak mają, a nam bardzo ich dziś potrzeba.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Weronika Kostrzewa

Weronika Kostrzewa

Zobacz inne artykuły tego autora >
Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Zgliszcza

„Rozpoczynam nowe życie u boku kobiety. Będziemy nadal sąsiadami, będziemy się spotykać”. W kościele rozlegają się... brawa. Kilka godzin później kapłan ten sam komunikat publikuje w mediach społecznościowych. Bardzo szybko zasypany zostaje komentarzami pełnymi gratulacji, życzeń szczęścia i podziwu za odwagę. 

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zgliszcza
„Rozpoczynam nowe życie u boku kobiety. Będziemy nadal sąsiadami, będziemy się spotykać”. W kościele rozlegają się... brawa. Kilka godzin później kapłan ten sam komunikat publikuje w mediach społecznościowych. Bardzo szybko zasypany zostaje komentarzami pełnymi gratulacji, życzeń szczęścia i podziwu za odwagę. 

Boże Ciało. W jednej ze śląskich parafii kończy się procesja. Wierni wracają do kościoła, a proboszcz podchodzi do ambony, aby – jak to ma w zwyczaju – powiedzieć kilka słów. Tym razem nie jest to jednak żart ani życzenia dobrego dnia. „Rozpoczynam nowe życie u boku kobiety. Będziemy nadal sąsiadami, będziemy się spotykać”. W kościele rozlegają się… brawa. Kilka godzin później kapłan ten sam komunikat publikuje w mediach społecznościowych. Bardzo szybko zasypany zostaje komentarzami pełnymi gratulacji, życzeń szczęścia i podziwu za odwagę. 

A gdyby podobne wydarzenia miały miejsce w nieco innych okolicznościach? Oto stateczny ojciec rodziny podczas świątecznego obiadu wstaje i obwieszcza: – spotkałem miłość mojego życia, dlatego zostawiam żonę i dzieci, bo muszę przecież iść za głosem serca. W odpowiedzi na to wyznanie bliscy zaczynają klaskać. Po chwili taka sama deklaracja ląduje na portalu społeczościowym – tam natychmiast znajomi wspierają go dobrym słowem: „gratulacje”, „szczęścia na nowej drodze życia”, „brawo za odwagę”. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby takiej reakcji za właściwą. 

Czwartkowe wydarzenia dobitnie pokazały, że mamy w Kościele wielki problem. I nie jest nim tylko tragedia odejścia tego czy tamtego kapłana. Problemem są reakcje ludzi: przyjaciół, parafian, czasem całkiem obcych ludzi, świadczące o tym, że – choć obecni w Kościele – nie słuchają tego, co jest w nim głoszone.

„Gratuluję odwagi”, „męska decyzja” – przewija się w wielu komentarzach. „dobrze, że odszedł, bo drugi człowiek zawsze jest najważniejszy”, „każdy ma prawo być szczęśliwy” – piszą inni.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Ks. Adam Bilski: “List otwarty do księdza”

 

I choć słowa te wydają się być przepełnione życzliwością do byłego już księdza, to w rzeczywistości pokazują smutną prawdę o ich autorach – ludziach, którzy mylą szczęście z chwilową przyjemnością. Wartości takie jak odpowiedzialność, honor czy wierność mają dla nich znaczenie tylko wtedy, kiedy można je wykorzystać do zaspokojenia bieżących zachcianek. Ale gdy tylko trzeba ponieść jakąś ofiarę, natychmiast wyciągają sztandar z napisem „prawo do szczęścia” i ochoczo łopoczą nim przed oczami wszystkich, którzy ośmielają się przypomnieć o jakichś tam nieżyciowych zasadach.

 

„Pozostaje być miłosiernym. Nie oceniać, akceptować” – czytam dalej w komentarzach. Racja! Trzeba być miłosiernym. Ale miłosierdzie nie oznacza akceptacji zła. Miłosierdzie to nazwanie grzechu – grzechem i wskazanie na Jezusa, który jest ratunkiem dla upadającego człowieka. Miłosierdzie oznacza pomoc drugiemu w wyjściu z bagna, a nie milczące przyglądanie się, jak w nim tonie. A związek kapłana z kobietą jest grzechem, nawet gdyby wszyscy komentatorzy świata krzyczeli inaczej.

Kilka lat temu ważny dla mnie kapłan zdecydował o „porzuceniu sutanny”. I choć nie zrobił tego w blasku reflektorów, to tylko Pan Bóg wie, ile kosztowała mnie jego decyzja. Ile łez zostało wylanych z żalu, że człowiek, który miał być przewodnikiem, sam pobłądził. Ile godzin spędzonych na rozważaniach, czy mogę ufać słowom, które słyszałam od niego w konfesjonale. I ile lat upłynęło, nim znowu zaufałam na tyle, aby dać się w kierownictwie duchowym poprowadzić innemu kapłanowi.

 

Każdy odchodzący ksiądz pozostawia za sobą zgliszcza w sercach tych, którzy go słuchali i w oparciu o jego słowo budowali swoją relację z Bogiem. Parafia, z której proboszcz odszedł w tak spektakularnych okolicznościach, już zawsze będzie żyła z głęboką raną, a jego następca stanie przed trudnym zadaniem odbudowania pokiereszowanej wspólnoty. Nonszalanckie podśpiewywanie „nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” jest tylko próbą schowania tej rany pod brudnym opatrunkiem.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Zamiast muzycznej kariery, wybrał kapłaństwo

 

Na Twitterze opublikowałam wpis, w którym zauważyłam, że ludzie pochwalający decyzję odchodzącego kapłana mają zdeformowane sumienia. Wydawałoby się, że nie napisałam nic odkrywczego – w końcu jeśli człowiek w swoim sumieniu nazywa zło dobrem, daje świadectwo deformacji tegoż sumienia. Z komentarzy dowiedziałam się dużo o… sobie: swoich kompetencjach zawodowych jako psychologa, własnych problemach psychicznych, ba – nawet o tym, że hańbię dobre imię Ślązaków i pochwalam pedofilię. Chociaż nigdy nie ukrywałam swojej wiary, pierwszy raz spotkałam się z tak gwałtownym atakiem ad personam ze strony całkiem obcych mi ludzi. Tyle, że atak najczęściej jest formą obrony – w tym wypadku obrony swojej wygodnej wizji świata, w której wartości są w cenie tylko wówczas, kiedy służą bieżącej przyjemności.

 

W śląskiej parafii trwa modlitwa za byłego proboszcza. Wielu parafian indywidualnie podjęło również post w jego intencji. Nie potępiają, nie przekreślają dobra, jakie wydarzyło się dzięki jego zaangażowaniu. Ale nie udają, że wszystko jest w porządku. Nie jest – stracili ojca, pasterza, przewodnika. I tak, jak on kiedyś im służył, teraz oni służą mu jak mogą najlepiej – prosząc Boga o łaskę nawrócenia dla niego. I to jedyna godna katolików odpowiedź na dramat, którego są świadkami.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >