video-jav.net

Rzecz o religii w szkołach

Nie wiedzieć czemu od kilku dni główną osią publicznego sporu stało się miejsce edukacji religijnej w polskim szkolnictwie, a właściwie systemowe postulowanie zniesienia szkolnych katechez. Bo pieniądze, bo czas, bo Kościół w oświatowych placówkach, bo niepoważne, bo neutralność...

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie chcę wykazywać dalekich wniosków, snuć makroimplikacji, według których skasowanie religii w szkole grozi całkowitą utratą moralności czy nawet tożsamości narodowej, jak czynili to niektórzy publicyści. Uważam to za bzdurę choćby dlatego, że wciąż miażdżąca większość gorliwych moralnie katolików wychowana została w ustroju, któremu religia w szkole pasowała jak rolnikom deszcz w żniwa, a teraz pokolenia urodzone po przemianach ustrojowych zdają się tonąć w morzu wódki i nieodpowiedzialnego seksu, choć nie wyszły jeszcze z gimnazjum.

Ważna jest dla mnie inna sprawa. Dlaczego mnie i wielu innym gorącym zwolennikom programowej katechezy, obrońcom religii w szkołach sami katecheci wytrącają argumenty?

Większość zarzutów, jakie wypisałem we wstępie, można bowiem zbyć wzruszeniem ramion. Nigdy nie pojmę, co ma katechizacja w szkole do naruszania neutralności światopoglądowej, podobnie jak nie wiem, co ma do tego krzyż w sejmie. Część z tych obiekcji można oczywiście zjeść również argumentacyjnie. Pamiętam odbytą lata temu rozmowę z antyklerykałem, który wskazywał na Anglię jako miejsce, gdzie zamiast religii w szkołach jest dodatkowy czas na języki obce i dzięki temu tamtejsze dzieci potrafią się swobodnie dogadywać, gdziekolwiek pojadą. Że w każdym państwie mówią wtedy w swoim naturalnym języku, bo świat ogólnie mówi po angielsku, nie przyjął do wiadomości.

Rzecz o religii w szkołach

Ale gdy przeciwnik religii w szkole (co ciekawe, często katolik i to gorliwy, mądry, pobożny itp.) wykazuje, że szkolna katecheza to kpina – wtedy apologeci szable chowają do pochew. Bo nie mają co odpowiedzieć i nie będą mieli, dopóki podstawowym materiałem dydaktycznym na katechezach będą filmy Pixara, a upragnionym ćwiczeniem – wyjście na przeważnie niemą dziesiątkę różańca do pobliskiej kaplicy i wcześniejsze skończenie zajęć.

W chwili, gdy przeciętny maturzysta, po wielu żmudnych latach kończący religijną edukację, myli Trójcę Świętą ze Świętą Rodziną, gdy niepokalane poczęcie jest dla niego synonimem dziewictwa Maryi, z siedmiu sakramentów potrafi wymienić trzy i to tylko dlatego, że zalicza do nich popiołkowanie, jest przekonany, że księgi Starego Testamentu powstały w naszej erze, a autorem spisanych tekstów ewangelicznych jest Jezus; w takim klimacie katecheci – często zagonieni parafialną robocizną księża – w części szkół notorycznie aplikują uczniom rozrywkę w postaci kreskówki lub dają im czas na odrabianie lekcji, a za zadanie pytania karcą i ćwiczą.

fot. ashley tyree

Żadnego z powyższych przykładów niewiedzy nie zmyśliłem. Wszystkie mnie spotkały lub mi je opowiedziano. Część z nich – o zgrozo! – wśród pierwszoroczniaków przychodzących na studia teologiczne.

Dlatego nie mamy szans na obronę szkolnej katechezy ani w rozmowie ze zorientowanym w sprawie antyklerykałem, ani w dyskusji z rozgoryczonym katolikiem, który zabiera swoje dziecko z zajęć religii i w nosie ma pohukiwania hierarchów o zdradzie, obowiązku i katolickim wychowaniu. Bo tego ostatniego nie dostrzegł przez lata. I nie mam prawa źle myśleć o takim rodzicu, bo w pojedynkę zrobił więcej niż cała rzesza katolików, którzy w zmowie milczenia czynią z tego cyrku tajemnicę poliszynela.

Ale apeluję do katechetów świeckich, zakonnych, duchownych i wszelkich innych: traktujcie poważnie swoje obowiązki, bo Wam tę robotę systemowo odbiorą. I to przy akompaniamencie braw ludzi, których znacie z pierwszych ławek w Waszych kościołach.

O szkodach wyrządzonych młodzieży nawet nie wspominam. O niej zapomnieliście już dawno.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Przypadek Króla Baldwina

W miniony weekend jako naród poczyniliśmy olbrzymi krok w niewiadomym kierunku. Jedni definiują go jako długo oczekiwaną iskrę zachodniej normalności, która może roznieci w Polsce ogień cywilizacji, inni widzą w nim raczej ideologiczną przebudowę państwa

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie mnie rozstrzygać, czym w istocie było podpisanie przez prezydenta ustawy "akceptującej ratyfikowanie konwencji tzw. antyprzemocowej", czymkolwiek ten gramatyczno-prawniczy potworek jest w swojej istocie. Ot, ani ze mnie gwiazda palestry ani politycznych gabinetów. Nie potrafię czytać między wierszami państwowych dokumentów. Ale między wierszami argumentacji, prędzej.

Zacznę od historii, która wydarzyła się na podziwianym przez elity Zachodzie. 30 marca 1990 roku król Belgów, żarliwy katolik Baldwin I Koburg (stryj obecnego króla Filipa I), pomimo nacisków ze strony izb parlamentarnych, polityków i zaplątanego w tę sprawę lobby, odmówił podpisania ustawy liberalizującej przerywanie ciąży. Ustawy – kolokwialnie mówiąc – klepniętej przez parlament dzień wcześniej. Swoje stanowisko przytoczył w liście skierowanym do premiera, którego akapit pozwolę sobie zacytować.

Wiem, że postępując w ten sposób nie wybieram łatwej drogi i ryzykuję niezrozumienie ze strony wielu moich współobywateli. Ale jest to jedyna droga, którą mogę pójść w zgodzie ze swoim sumieniem. Tych zaś, których zdziwi moja decyzja, pytam: Czy byłoby normalne, gdybym jako jedyny obywatel belgijski musiał działać wbrew własnemu sumieniu w tak podstawowej kwestii? Czy wolność sumienia ma być dana wszystkim oprócz Króla?

Niestety władca ostatecznie zgodził się na sugerowane przez premiera przyjęcie ustawy i wprowadzenie jej w życie bez odpowiedniego podpisu. Korzystając z praw konstytucyjnych uznano tymczasową niemożność króla do sprawowania urzędu i mimo jasnego sprzeciwu, niejako za plecami, przyjęto ustawę. Osamotniony w walce król skapitulował.

Przypadek Króla Baldwina

Minęło niespełna 25 lat, a w jakże innych czasach żyjemy!

Dziś Belgia jest pierwszym krajem zezwalającym na eutanazję dzieci bez ograniczeń wiekowych, o ile zmagają się ze śmiertelnymi chorobami. Jeśli dziecko w pełni świadomie wyrazi wolę rozstania się z życiem w obecności psychologa, można odłączyć je od aparatury podtrzymującej życie. Lecz jeśli jest psychicznie chore lub w wieku niemowlęcym – nie trzeba pytać go o zdanie.

A w Polsce? Nie jest i oby nigdy nie było tak źle. Ale warto pomyśleć, jak daleko od współczesnego barbarzyństwa byłoby belgijskie królestwo, gdyby za przykładem króla poszli inni, którzy dali sobie wmówić, że ich prywatna opinia liczy się jedynie poza gabinetem. Czy to politycznym czy lekarskim.

My w takie barbarzyństwo wpaść dopiero możemy. Nie tą ustawą, to inną. Nie tą konwencją, to inną. I będzie tak niechybnie, jeżeli damy się zahukać, zmusić do kapitulacji i sprywatyzować swoją wiarę, jeżeli stłamsimy ją w sobie do takich rozmiarów, że sami nie będziemy potrafili jej znaleźć i zrobić z niej użytku.

Logika, wypływająca z listu króla Baldwina jest wyjątkowo bolesna, bo choć definiuje standardy demokracji, paradoksalnie odbierana jest jako jej wypaczenie, a nawet zagrożenie dla niej! Religia, przekonania, wartości, wychowanie – obywatel idealny to ten, który w oparciu o nie podejmuje decyzje jedynie we własnym mieszkaniu. Mile widziany jest dziś niewolnik urzędu, który Boga nosi tylko w domu, bo wkłada Go sobie jak wygodne kapcie.

To dlatego tak świerzbił list biskupa Deca, który odwołał się do deklarowanego katolicyzmu Prezydenta. To dlatego salony zapłonęły świętym oburzeniem, że choć konstytucja przyznaje sprawującemu władzę veto pod każdym pretekstem, religijny powód byłby nawrotem średniowiecza. Inkwizytorzy z lewej strony zaczęli stygmatyzować od wsteczników i katotalibanu.

I nie jest moim celem ani obrona ani atak wobec Prezydenta RP. Nie przyjmuję żadnej strony politycznego sporu ani nie demonizuję podjętej przez niego decyzji. Wykazuję jedynie jałowość sporego segmentu argumentacji, która jeszcze kilka dni temu próbowała Prezydentowi związać ręce.

Ktoś zapyta: gdzie polskiemu prezydentowi do urzędu belgijskiego króla? Fakt, to dwa różne światy. Ale na jakichkolwiek politycznych falach dryfować będzie światowa polityka ekonomiczna, społeczna, demograficzna i jakakolwiek inna, nie dajmy sobie wmówić, że wiara się nie liczy i nie mamy wyboru. Bo gdy naprawdę nie będziemy go mieli, wtedy będzie za późno.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >