video-jav.net

Prawda czasu, prawda mediów

Starożytni grecy, gdzieś u zarania filozofii zastanawiali się nad istotą dobra wskazując na paradoks choroby, która niby jest zła dla chorego, ale dla lekarza wydaje się być błogosławieństwem. W ten sposób mylili obiektywne dobro z subiektywną korzyścią. Dziś z tą samą zaciekłością media mylą prawdę z profitem

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mniejsza o utyskiwanie na współczesność, bo nie to jest celem tekstu. Ot, w każdej epoce, ktokolwiek ma swój interes, traktuje związaną z nim korzyść w charakterze drogowskazu. Nie mnie oceniać czy to dobrze, czy źle, ale tkwi w tym logika zupełnie zrozumiała.

Problem w tym, że z całym zrozumieniem dla interesu części mediów, pewne praktyki są w dziennikarstwie kompletnie nieakceptowalne. To zresztą też ciekawy paradoks, że z jednej strony niby każdy przedszkolak zna hasło: telewizja kłamie!, a jednak ciągle cokolwiek powiedzą za szklanym ekranem lub cokolwiek papier przyjmie od maszyny drukarskiej, rezonuje w naszych głowach jako prawda.

Prawda czasu, prawda mediów

Dwa przykłady z ostatniego tygodnia.

Nie ma osoby, która nie słyszałaby w ciągu ostatnich dwóch lat mitu (używam tego terminu w pełni świadomy jego znaczenia) o papieżu Franciszku – wielkim rewolucjoniście i wyzwolicielu kolejno: homoseksualistów, transseksualistów, osób żyjących w związkach niesakramentalnych i wszystkich "dotychczas wykluczonych". Ostatnio portal natemat.pl napisał: Papież Franciszek, słynący z liberalnego stosunku do środowisk LGBT, ma twardy orzech do zgryzienia. (…) Z pewnością nikomu nie pomaga milczenie papieża, który przecież… jest znany ze swych liberalnych poglądów na kwestię orientacji seksualnej.

Papież Franciszek jest człowiekiem o innym spojrzeniu na Kościół i o odmiennej od dotychczasowych, pamiętanych przez nas papieży, mentalności. Wynika to z pochodzenia, innych doświadczeń duszpasterskich i ogromu innych faktorów. Dawno nie mieliśmy papieża spoza Europy, więc szok kulturowy, który media dostrzegają, próbują rozegrać na własną korzyść. To dość czytelne.

Co ciekawe, wyżej przytoczony fragment tekstu z natemat.pl dotyczył propozycji Francji w kwestii nowego ambasadora, którym okazał się zadeklarowany homoseksualista, Laurent Stefanini. Na początku tego tygodnia papież osobiście (!) spotkał się z nim i powiedział, że nie otrzyma akredytacji. Twardy orzech do zgryzienia okazał się całkiem łatwym kęsem miękkiego makaronu, ale media z człowieka, który nawet wśród dyplomatów w Watykanie nie chce mieć homoseksualistów wciąż czynią innowatora, który chce ich mieć w kościelnej komunii.

Prawda to? Chyba nie do końca.

Druga sprawa to wyniki ostatniego badania CBOS. Pokazują one, że ta metoda działa (61% badanych jest przekonanych, że Franciszek Kościół zrewolucjonizuje) i jak wielką siłę ma medialna narracja wobec watykańskich wydarzeń. Jedno z pytań brzmiało: Czy papież (…) jest dla Pana(i) ważnym autorytetem moralnym?. Biorąc pod uwagę odpowiedzi zdecydowanie takraczej tak uzyskano dla Argentyńczyka wynik 84%. Dla porównania Jan Paweł II średnio w takich samych badaniach uzyskiwał aż 93%, ale jako Papież Polak podlegał innej specyfice.

Prawda czasu, prawda mediów

Co w tym wszystkim dziwnego? Ano wyniki, jakie swego czasu otrzymano badając podejście do papieża Benedykta XVI: jedynie 64%. A gdyby wziąć pod uwagę tylko odpowiedzi: zdecydowanie tak, wyglądałoby to następująco: Jan Paweł II – 67%, Franciszek – 44%, Benedykt XVI… – 22%.

Powstaje pytanie: w jakim znaczącym elemencie bawarski teolog był gorszy od swojego poprzednika i następcy, jakiż to kryzys wstrząsnął Kościołem tak mocno, że Pancerny Kardynał na Tronie Piotrowym (tak go wtedy opisywały łaszące się dziś do Franciszka media) ze swoim pontyfikatem stał tak daleko w tyle? Nie zdarzyło się bowiem nic takiego, czego nie doświadczyłby Kościół za czasów papieży z Wadowic czy Buenos Aires.

Medialna narracja – i należy to po prostu zrozumieć i przyjąć – kieruje się swoim interesem, a nie relacjonowaniem prawdy. Nie zawsze, nie wszędzie i nie każda – to oczywiste. Ale warto mieć z tyłu głowy, że jeśli ktoś może uczynić czarne z białego i na odwrót, nie zawsze trzeba mu ufać.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

7 biblijnych kłamstw (?) paschalnych

Klimat w Polsce sprzyja powierzchownemu ateizmowi. To nie narzekanie i próba oceny, tylko stwierdzenie faktu, który jakoś za granicą zauważono, a u nas budzi to tylko podniosłe żachnięcia.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

 Jaka jest różnica pomiędzy ateizmem powierzchownym, a zwykłym? Otóż na ten drugi może sobie pozwolić intelektualista, który na drodze swoich poszukiwań Boga mimo usilnych i uczciwych prób nie spotkał, wobec czego uznał za bardziej prawdopodobne nieistnienie niż istnienie Absolutu (nie mówiąc już o Trójjedynym, o Osobie). Ateista powierzchowny z kolei, to raczej jego karykatura – człowiek czytający głównie to, co mu udowadnia prawdę, którą – jak uważa – już dawno posiadł. Niedawno jedna z przedstawicielek tej frakcji napisała w rozmowie ze mną, że ateistką jest od poczęcia. Zdanie prowadzące do miliarda pytań, których tu roztrząsać nie ma miejsca, ale mamy chyba czytelny obraz.

Nie szukać. Już znalazłem.

Nie chodzi o wyśmiewanie, ale miewa to swój tragikomiczny wymiar, kiedy przy jakiejś kościelnej okazji, któryś z racjonalistów (tak się bowiem lubią określać – znów nie oceniam, a tylko relacjonuję) postanowi zarechotać nad bezsensownością świąt i ułomnością intelektualną katolików. Jednym z przykładów jest wielkanocny (a jakże!) wpis na blogu polskiateista.pl.

Nie jest to specjalnie potężne medium. Ot, przekonywanie przekonywanych do przekonań. Ale wątpliwości – które w większości można skutecznie rozwiać zaglądając po prostu do katechetycznych podręczników! – towarzyszą nie tylko małej trzódce niezainteresowanych katolicką odpowiedzią ateistów, ale też wielu wierzących. Dlatego warto zająć się biblijnymi (!) zarzutami, jakie wobec świąt wielkanocnych ma rzekomy polski ateista.

1. U Mateusza za srebrniki kupiono pole, a Judasz się powiesił, z kolei w dziele Łukaszowym zdrajca zostawia sobie pieniądze i "umiera od upadku na głowę".

Do skarbca świątynnego nie można było przyjąć pieniędzy zdobytych w sposób niegodziwy (zdrada może była dla świątynnych korzystna, ale na pewno nie godziwa). W takich sytuacjach pieniądze oddawano i nakłaniano do wydania na cel publiczny. Skoro Judasz ich nie przyjął – pole kupiono de facto w jego imieniu. Co do śmierci – przepraszam za obrazowość – trup wiszący za szyję nie trwa tak w nieskończoność. Prawdopodobnie ciało Judasza odnaleziono już w rozkładzie po upadku ze sznura. Stąd relacja Piotra przytaczana w Dziejach.

2. Wg synoptyków Jezus milczał u Piłata, a wg Jana wygłaszał teologiczne mowy.

Nie trzeba być biblistą, by dostrzec, że u Piłata Jezus milczy jedynie w narracji markowej i łukaszowej. Natomiast u Mateusza "przyznaje się" do bycia królem żydowskim. Oczywistą odpowiedzią są tutaj założenia redaktorskie poszczególnych autorów, które są rzetelnie omawiane w opracowaniach poszczególnych Ewangelii. Dzieło Janowe jako zdecydowanie późniejsze zawiera bardziej rozwiniętą teologię. Zresztą żaden z ewangelistów nigdy nie twierdził, że był protokolantem i kronikarzem w gruncie rzeczy intymnego przesłuchania, jakie przeprowadzał Piłat.

7 biblijnych kłamstw (?) paschalnych

3. Wg synoptyków kobiety stały z daleka, a w Ewangelii Janowej – pod krzyżem.

Tutaj również założenia redaktorskie św. Jana będą odgrywały swoją rolę. W Ewangeliach synoptycznych nie ma narracji o wzajemnym powierzaniu Matki uczniowi i ucznia Matce. Stąd pewnie konieczność wspomnienia o fizycznej bliskości umierającego Jezusa do Maryi i ucznia, której – co ciekawe! – nie przeczy żadna z ewangelii synoptycznych. Każda obok wzmianki o "dalekości" niewiast, wspomina, że "były tam" lub "przypatrywały się temu". Powstaje pytanie skąd mogły się przypatrywać, jeśli nie np. zza pleców zgromadzonego na górze motłochu? Nie ma zatem szczególnych wątpliwości, że niewiasty pojawiły sie na Golgocie.

4. Wg Marka i Mateusza uczniowie spotkali Jezusa w Galilei, wg Łukasza i Jana – w Jerozolimie; różna rola kobiet.

To nie do końca prawda. U Mateusza Jezus pokazuje się uczniom na górze w Galilei i utożsamia to wydarzenie ze wniebowstąpieniem. U Marka najpierw ukazuje się (nie licząc oczywiście niewiast, gdzie sprawa jest skomplikowana, ale sprowadza się do prostego wniosku, że we wszystkich Ewangeliach kobiety pierwsze doświadczyły pustego grobu) dwóm uczniom idącym do nieokreślonej wsi, a później wszystkim w Jerozolimie. U Łukasza podobnie, z tym, że wieś nazwana jest Emaus – również po tym wydarzeniu dwójka uczniów wraca do Jerozolimy, gdzie później Jezus ukazuje się Apostołom. U Jana kolejność jest odwrotna – najpierw ukazuje się w Jerozolimie, następnie w Galilei.

Widzimy tutaj pozorną niespójność również wynikającą z redaktorskich założeń i samej historii tekstu (np. dopisek o Galilei w Ewangelii Jana może pochodzić od jego ucznia). Jest oczywistym, że Mateusz w kontekście całej Ewangelii musi tak doniosłe wydarzenie umieścić na górze (Przemienienie, kazanie, samotne modlitwy). Stąd Jerozolima jako miejsce chrystofanii mogła nie być wystarczająco symboliczna. Zresztą – co pewnie jest tezą dość ryzykowną – Mateusz nie wspomina, że ukazanie się w Galilei było pierwszym.

Wystarczy pamiętać, że Ewangelia nie jest kroniką, aby wszystko zagrało.

7 biblijnych kłamstw (?) paschalnych

5. Synoptycy i Jan podają różne ostatnie przedśmiertne słowa Jezusa.

Akurat synoptyków dość łatwo jest pogodzić. Marek i Mateusz piszą o modlitwie Jezusa słowami psalmu i doszukiwaniu się w tym wzywania Eliasza na pomoc, późniejszym "zawołaniu donośnym głosem" i śmierci. Łukasz nie wspomina o modlitwie, za to jasno precyzuje treść wspomnianego zawołania, pisząc o jezusowym zawierzeniu Ojcu swojego ducha. Nie ma tu sprzeczności.

Sytuacja – jak zwykle – wygląda inaczej u Jana, który podaje słowa, o których pozostali Ewangeliści nie wspominają. Wynika to z widocznego już wcześniej zamysłu ukazania Chrystusa z innej perspektywy – nie jako sprawiedliwego cierpiącego za niewinność męczennika, ale jako kontrolującego z krzyża wydarzenia Mesjasza świadomego listy znaków, które muszą się wypełnić, nim umrze. Zaskakująco spokojne – w porównaniu do pozostałych narracji – stwierdzenie faktu ukazuje ten właśnie sens śmierci. Nie jest to relacja w znaczeniu współczesnych stenogramów, bo i nie taki jest cel Ewangelii.

6. Łukasz pisze o przyodzianiu Jezusa w purpurę, Mateusz się z tym nie zgadza, a reszta – nie wspomina.

Sprawa wygląda kompletnie inaczej. Mateusz i Marek piszą o nałożonych Jezusowi przez żołnierzy szkarłatnych/purpurowych szatach, które dano mu tylko w celu wyszydzenia, po czym zdjęto je ze skazańca i zwrócono mu jego ubranie na czas kaźni. U Jana również w takim płaszczu wyprowadzono Jezusa do ludzi po ubiczowaniu, ale pod krzyżem losy rzuca się już o jego własną tunikę. Hazardowy motyw pojawia się również u Łukasza, ale – co ciekawe – wcześniej Jezus zostaje wyśmiany w "lśniącym płaszczu", jaki dał mu Herod. Widzimy zatem, że zarzut jest bezpodstawny, a różne narracje można bez trudu połączyć.

7 biblijnych kłamstw (?) paschalnych

7. Różna ilość osób spotkanych w grobie Zmartwychwstałego w poszczególnych Ewangeliach.

Suche wyliczenia, którymi częstuje autor wpisu faktycznie wzbudzają konsternację, bo na pierwszy rzut oka nie zgadza się prawie nic. Próba uzgadniania ze sobą wszystkich narracji bywa karkołomna i rzadko ma sens, ale sprawa jest dość oczywista: niewiasty widzą anioły. Jan z Łukaszem mówią w liczbie mnogiej, Marek z Mateuszem mówią o jednym aniele. Dodatkowo Jan umieszcza pośrodku wydarzeń nierozpoznanego z początku przez Marię Magdalenę Jezusa. I tyle tzw. sprzeczności.

Spójności jest jednak dużo więcej – aniołowie (lub anioł) znajdują się w pustym grobie, wygląd opisywany jest spójnie przez wszystkich, przekonują o zmartwychwstaniu, ostatecznie niewiasty zawsze zanosiły tę nowinę i ewentualne polecenia do uczniów. Zatem jedyna wyraźna niezgodność to ilość aniołów. Pytanie, jak wielką siłę falsyfikowania tej narracji ma ten różny opis, pozostawiam otwarte.


Nie jestem biblistą. Powyższy tekst przeczytany przez specjalistę mógłby wzbudzić wzruszenie ramion, jako nijaki i ubogi w odpowiednie kontrargumenty. Ale to pokazuje, jak niewiele trzeba, by zadać kłam rzuconym z buńczuczną miną tezom, że jedna Ewangelia drugiej przeczy i że obie nie mają racji.

Mają. Wszystkie.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >