Nasze projekty
Marcin Makowski

Posklejać kraj pęknięty na pół

Stało się. W poniedziałek 13 lipca obudziliśmy się w Polsce, w której około 10 milionów obywateli wolało innego prezydenta i inną wizję państwa - również pod względem światopoglądowym.

Reklama

Uwzględniając sumę oddanych głosów, to niemal symboliczne pęknięcie pół na pół. Mylą się jednak ci, którzy aby je zwizualizować, wklejają w media społecznościowe mapy z poparciem poszczególnych województw, gdzie Andrzej Duda bierze wschód, a Rafał Trzaskowski zachód kraju. W rzeczywistości ten podział zakorzenił się w nas znacznie głębiej i ponadregionalnie – sięga rodzin, znajomych, oddalonych od siebie o kilkanaście kilometrów miasteczek. Zarysowuje się w pracy, słyszymy o nim mimochodem, łapiąc jednym uchem kawiarniane dyskusje w weekendowy wieczór.

 

To mur postawiony między młodym, a starszym pokoleniem. Elektoratem kobiecym i męskim. Mniej i bardziej wykształconymi. Żyjącymi w wielkich ośrodkach i na tak zwanej prowincji. To również podział na płaszczyźnie stereotypów, wedle których głosy Polaków można dzielić na te lepsze i gorsze. Bardziej światłe i tolerancyjne, oraz motywowane socjalnym „rozdawnictwem”. Europejskie i ksenofobiczne.

Reklama
Reklama

 

W takich chwilach wydaje się, że jako naród więcej rzeczy nas różni, niż jest jeszcze w stanie zespolić. Podczas minionej kampanii prezydenckiej widzieliśmy w końcu rzeczy, które nigdy nie powinny się wydarzyć – dwie równolegle debaty, na których kandydaci wzajemnie zarzucali sobie tchórzostwo. Media rozpolitykowane do poziomu partii politycznych. Gry sztabów na najniższych instynktach i lękach przed innymi – bez względu, czy byłyby to mniejszości seksualne, czy wspomniani „niewykształceni, z małych ośrodków”. 

 

Reklama
Reklama
Potrzeba czasu, aby się wyciszyć, skupić na czymś konstruktywnym, zabrać za odbudowywanie poczucia jedności.

To oczywiste, że po tak wyczerpującym maratonie wyborczym, trwającym niemal nieprzerwanie od 2015 roku, potrzeba czasu, aby się wyciszyć, skupić na czymś konstruktywnym, zabrać za odbudowywanie poczucia jedności. Naiwnością byłoby sądzić, że dzisiaj wszyscy powinni rzucić się sobie na szyje, „przebaczyć i prosić o przebaczenie”. Od czegoś trzeba jednak zacząć. – Niezależnie od tego, w co wierzymy, jaki mamy kolor skóry, poglądy, jakiego kandydata popieramy i kogo kochamy, wszyscy jesteśmy równi i wszyscy zasługujemy na szacunek – powiedziała na niedzielnym wieczorze wyborczym córka prezydenta, Kinga Duda. Choć jej słowa spotkały się z ironicznymi komentarzami części opozycji i celebrytów, zarzucających hipokryzję, znacznie większą i wręcz instynktowną reakcją było przetaczające się przez rozpolitykowanego Twittera westchnienie: „nareszcie”.

Zbyt rozhuśtaną łodzią nie da się sterować.

Nareszcie ktoś powiedział rzecz oczywistą, w momencie, w którym powinna być powiedziana. Sam Andrzej Duda przeprosił również wszystkich, którzy mogli się poczuć urażeni jego słowami podczas 5 lat sprawowania urzędu, zaprosił także Rafała Trzaskowskiego do Pałacu Prezydenckiego na uściśnięcie dłoni po zakończonej, brutalnej kampanii. Nie wiem, na ile podobne gesty podyktowane są atmosferą chwili. W dużej mierze mogą być one wypadkową banalnej konstatacji, że zbyt rozhuśtaną łodzią nie da się sterować. Nawet jeśli, to każdy taki gest należy wychwytywać i nieustannie politykom o nim przypominać oraz rozliczać.

Reklama

Dzisiaj zakopywanie podziałów nie jest bowiem zajęciem dla pięknoduchów, ale elementem racji stanu. Aktem ponadpolitycznym. W rzeczywistości walki z ekonomicznymi oraz zdrowotnymi skutkami globalnej pandemii, odbywającymi się na naszych oczach geopolitycznymi przetasowaniami oraz rozruchami społecznymi – przelewającymi się przez USA i Europę Zachodnią – Polska jest nadal zbyt słaba, aby dodatkowo walczyć sama ze sobą.

Społeczeństwa słabe i podzielone nie są w stanie sprostać stojącym przed nimi wyzwaniom.

 

Co możemy zrobić w takiej sytuacji jako katolicy i obywatele?

To, co musieliśmy robić w podzielonym świecie od zawsze. Szukać uniwersalnych płaszczyzn, na których da się pracować razem. Dawać przykład otwartości codziennym życiem. Starać się zrozumieć inaczej myślących. Nie traktować polityki w kategorii manichejskiego podziału na dobro i zło, który wyłącza krytyczne myślenie względem własnego „obozu”. 

Tego wymaga od nas współczesny świat, pokazujący, że społeczeństwa słabe i podzielone nie są w stanie sprostać stojącym przed nimi wyzwaniom. Mam nadzieję, że zarówno rządzący jak i opozycja uświadomią sobie tę prostą prawdę. Nie pogrążą się ani w defetyzmie, ani w tryumfalizmie. Zbyt wiele razy w historii Polski upadaliśmy właśnie przez te same błędy – kolejny raz możemy się już nie podnieść.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite